Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2012-07-10

Krzysztof Wirpsza

Otchłań
Relacja z warsztatów diadowych z pytaniem „Kim jestem?” zorientowanych na oświecenie

Jest to relacja z podróży jaką może przedsięwziąć każdy. Zajmuje ona trzy dni. Są to trzy dni polegające na intensywnym zapytywaniu siebie na głos w parach (diadach) kim się jest. Zapytywanie trwa od rana do wieczora, często jest mozolne, czasem ekstatyczne, zawsze objawiające. W przerwach panuje atmosfera ciszy i skupienia. Podróż konfrontuje nas z tak głębokimi archetypowymi treściami, że nie można tego chyba robić inaczej jak BARDZO SERIO. Nagrody za taką poważną wyprawę wykraczają poza to, co można opisać w artykule.

Na najbliższą wyprawę do królestwa Oświecenia zapraszam na Warsztatach Przemiany, jakie poprowadzimy w sierpniu wspólnie z Wojciechem Jóźwiakiem i Marią Kojotą. Podróż w diadach, jaką przedsięweźmiemy, jest możliwością przekonania się na własnej skórze czym są archetypy enneagramu i tarota. Prowadzi do krain Drzewa Życia, krain, których osobistego doświadczenia nie zastąpi najpiękniejsza nawet lektura i najbardziej udana medytacja. Oto korzeń bytu, miejsce którego, ostatecznie, sięgają mistycy i szamani wszelkich tradycji. Gdy dotykamy tego korzenia – nie ma nic więcej. Jest to Otchłań jaka czai się pod każdym słowem, otchłań napełniona życiem, tętniąca Przydatnością W Naszym Konkretnym Przypadku. Żywy kontakt z nagualem dotyka do głębi, przenika i przewartościowuje, a do tego, w końcowym oszałamiającym crescendo, uśmierza wszelki zgiełk.


1. Wyprawa

Jak by nie patrzeć przypomina to podróż.

Usłyszeli o Celu. Zebrali się. Postanowili wyruszyć. Wyruszyli.

Idą najpierw przez śniegi, mijają dni, tygodnie. Zeszli do lochów, spotkali potwora. I tak dalej. Znowu mija czas, wiele czasu. Bohaterowie się zmieniają, przygody wciąż inne. Czasem wydaje się, że znaleźli – i faktycznie coś znajdują. Bywa to coś cennego, coś co wskazuje im dalszą drogę. Jak na przykład mapa. Magiczne astrolabium. Złoty kompas. Idą. Znów mija czas. Potwory stają się coraz dotkliwsze, a potem coraz bardziej przyjazne, prowadzą do bram, ogrodów, korytarzy odsłaniających się po obróceniu marmurowej wazy. I tak dzień za dniem, krok po kroku, nasi podróżnicy nie mogą wyjść ze zdumienia. Co wieczór rozbijany jest obóz, co rano zwijany, wraz z ptakami, i za kolejnym szczytem, w coraz bardziej przejrzystym powietrzu, wisi kolejna niewiadoma.

A potem każdy z nich niezależnie, ale w praktyce to wszyscy i tak cały czas razem, zstępuje w Otchłań.


2. Malchut - Zstąpienie

Nagle. Nieoczekiwanie, ale też bardzo przyjaźnie. Moje Ja, wraz z wszystkim dopiero co odkrytymi po drodze poziomami Nie-ja, Gdzie-ja, Po-prostu-ja, Zawsze-ja, Wiem-ja, Nie-wiem -ja, Wszędzie-ja i Nigdzie-ja, owo słynne Ja, co to jest celem wędrówki, zgodnie ze słowami Magów, ale też i wędrówką samą, i jej początkiem, wiecznym zresztą, i przeszkodą, i mapą, wszystkim na raz, owo Ja, które przysporzyło mi tylu nadziei, wskazówek, fałszywych obietnic, prawdziwych objawień i cudownych ale za to zupełnie niewyobrażalnych rewelacji - otóż – owo Ja właśnie teraz zapada się pode mną w Otchłań.

Jestem jedną wielką i absolutnie satysfakcjonującą Rzeczą.

Rzecz dzieje się naprawdę wielka, choć w tym królestwie bez czasu nie istnieje rozmiar. Nie ma też to nic wspólnego z ciałem, z duszą, z myślą czy z psychiką. Ta rzecz to Ja. Przypominam zatopiony wrak, w którego bezmiar wsunąłem się nagle jak w rękawiczkę. Nie mam kształtu i obrzeży, a jednak pozostaję zawieszony w czymś, w jakiejś przestrzeni, którą można by porównać do przydennych obszarów oceanu. Tę Rzecz, którą jestem, próbuję opisać na różne sposoby. Mogę ją na przykład wyrazić jako dźwięk – wielki basowy dźwięk bez dźwięku, taki infra-dźwięk jakiegoś gigantycznego nieistniejącego didgeridoo. Mogę też postarać się dobrać do niej odpowiednie obrazy, wizje. Przyglądam się wizjom, nasłuchuję dźwięku i wtem konstatuję, to przecież nie wizje, i nie dźwięk, lecz – Ja sam. Dźwięki i obrazy zdają się wypływać na usta, w odpowiedzi na moją chęć opowiedzenia o tym partnerowi w parze. Dobiegają one jednak wprost z niemej, zagłębionej w niewyrażalności jamy Ja.

Wsłuchuję się też w melodię tej Wielkiej Rzeczy. Wydaje się ona być zwykłym mruczeniem stawów, cięgien, mięśni, a jednak … jakież stawy, ścięgna i mięśnie zawierałyby w sobie To?! To ma naturę głęboko odżywczą, bezustannie mnie syci i satysfakcjonuje, jestem wiecznie na zawsze i teraz przepełniany Jego treścią. Staram się odnaleźć jakieś skojarzenie, coś z języka ludzi, co mogłoby przybliżyć naturę tego odżywiania. Matka? Zaraz, zaraz… Korzeń? Hej tak, tak, to jest przecież Korzeń! Korzeń przepełniony żyłkami, nerwami, z pozoru bezkształtny i chropawy, z wielokrotnymi rozgałęzieniami i chaosem rhizopodiów. Unurzany w ziemi, w chropawości, kamieniach, próchnie, ale jednocześnie tak pełen tajemnych grzybów, wielobarwnych chrząszczy, i całego tego kłębiącego się bractwa rozmaitych świetlistych, lubujących się próchnicy mieszkańców.

Gdzież oni wszyscy idą? Po co są? Ano, wiecznie przetwarzają próchno w życie, transformują przemacerowaną ociężałość w rozjarzone wewnętrznym życiem pragnienie, pulsujące podskórną i czarodziejską mocą manifestacji. Poznaję ! Temu archetypowemu obrazowi na imię Królestwo (Malchut). Jest to sefira, która stanowi Korzeń Drzewa Życia. Odpowiadająca jej na enneagramie Dziewiątka śpiewa hymn o właśnie tym - potrzebie naszego zakorzenienia się w ciele, w świecie materii, zakorzenienia się po to aby ożywić i wskrzesić wolę, wiarę w to, że marzenia i plany – można i należy wcielić w czyn. Zakorzenienie, umożliwiające transformację zwykłego świata w Wyższą Rzecz, jest prekursorem, potencjałem, zawierającym w sobie całą cudowność i bajkowość przemiany . W niedoistnieniu zachłystujemy się możliwościami, budzimy się konstatując przecież mogę. Na enneagramie nazywane to bywa Świętym Działaniem (Holy Action) – bo takie jest głębokie przeznaczenie każdej istoty. Działać w świecie, ale na pewno nie powierzchownie, nie dla poklasku czy samego tylko miłego spędzania czasu. Działać tak aby każdy krok wypełniony był głębią znaczenia, aby działanie stawało się samo na skutek naszych integralnych alchemicznych przemian, w ciężkim rdzeniu Ja.

Rozglądam się i pytam – a gdzie słynne lenistwo Dziewiątki? A ów kolos, podziemny Lewiatan, prastary Ent, brodaty Ymir grzmi do mnie bez słów: już jesteś treścią wszelkiego dzieła! Dzieło dokonuje się w tobie, nie na świecie. Jest zupełnie nieważne jak wyglądasz, jak się zachowujesz, co jesz gdzie bywasz i w jakiej postawie siedzisz… ważne jest to na ile umiesz naprawdę, w ciszy, zmierzyć się sam ze sobą. Cała reszta z tego wynika – nie na odwrót! Cała reszta wynika stąd, że spotykasz się w absolutnych ciemnościach ze swoim Ja i, nikomu o tym nie mówiąc, w wilgotnym podziemiu chaosu aktywizujesz przemianę. Możesz to robić w rurze kanalizacyjnej, możesz na salonach. Nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia. Słyszę jak jego dudniący głos chrypi przeciągle poprzez czeluście czegoś, co samo w sobie napawa zaświatową grozą. Nie ma znaczenia. To, co tu jest jest tak wielkie, tak bezmierne i bezimienne, że wszelki światowy kształt zdaje się być wtórny, jest cieniem, poblaskiem, wynikiem – a nie, jak głosi powszechne szaleństwo – pierwociną i zrębem wszystkiego.

Zmiana na poziomie korzenia może wywołać dowolną zmianę w tym domku z kart, który nazywasz Zewnętrznym Światem. Zmiana na poziomie korzenia sama w sobie jest już tak satysfakcjonująca, tak dogłębna, przeorana sobą, doszczętna i treściwa – że – sama potrzeba zewnętrznej manifestacji przestaje być szczytem pragnień . Po co manifestować, po co i dokąd śpieszyć się z wyrażaniem, jeśli już jest spełnione, jeśli już JEST – i to mocą oraz pewnością docierającą w każdej chwili do szpiku rzeczy?

Tak powiada Ymir


3. Inne otchłanie, inne światy

Wyprawa osiągnęła swój cel, chociaż imię tego celu – Ja – znane było od początku. Nie ma tu nazwy, ale też i nie ma ciszy. Pozostaje słuchać uczestników jak relacjonują kontakty ze Świętymi Ideami swoich enneagramowych ścieżek, wieczystymi sefirot które towarzyszyły im nieodłącznie od chwili narodzin. Ich prawdziwe znaczeni wreszcie staje się znane. Nie jest to to samo znaczenie, które opisano w książkach. Widzimy teraz znaczenie głębokie, wynikające z transformacji typów. Widzimy Świętą Ideę przyświecającą każdemu typowi, jego pozytywny, głęboko satysfakcjonujący wydźwięk. Dopiero teraz widać też wyraźnie, że każdy ma swojego anioła. Anioł ten nie jest odrębną od nas istotą, jest twarzą naszego Ja, choć powiedzieć, że „twarzą Boga” wychodzi na to samo. Bóg i nasze Ja okazują się być jednym. Słowa „Jestem Który (Która) Jestem” słychać teraz na sali, w rozmaitych kontekstach i układach, od każdego z uczestników, prawie cały czas.

Inni uczestnicy wyprawy doświadczają innych aspektów Nieskończoności, zaglądają w twarz Bogu o innym imieniu. Bóg ten, choć z wyglądu inny, łatwy jest do rozpoznania jako po prostu inna twarz. Wrażenie jest zawsze to samo – oto ktoś, z kim siedzimy właśnie w diadzie, skontaktował się ze Wszystkim co Jest. Ot, przeniósł się kompletnie poza obszary formy, poza linie czasu przestrzeni i atomów, poza tą ekumenę, a także poza każdą inną ekumenę, która w zgrabnych słowach udawała dotąd anekumenę.

To się po prostu czuje, gdy patrzy się temu komuś w oczy. Oczy za którymi otwiera się tunel. Nie przenośnia tunelu. Nie fantazja o tunelu. Nie afirmacja tunelu i nie wiara w tunel.

Tunel.


4. Binah – Gwiezdna Inteligencja

Siedzę w diadzie. Z Dwójką (enneagramową). I słyszę, co słyszę? Ot, tak, dosłownie na moich oczach, Dwójka zstępuje w archetypowe obszary Wielkiej Matki. Z fascynacją słucham jak opowiada o bezforemnej inteligencji przenikającej wszystko, inteligencji, którą w Kabale nazywamy Binah (czyli właśnie Inteligencją). Słowa są wzniosłe i niewinne zarazem, zdają się sięgać wielkiej czarnej pustki i jednocześnie śpiewać patetyczne hymny na chwałę gwiazd. Arcykapłanka jest chłodna i przenikliwa, orzeźwiająca jak strumień. Nie posiada formy. Jest potencjałem wszelkich rzeczy i zjawisk, spoczywających w łonie jako jajo możliwości. W Niej rozwija się nasza twórcza indywidualność, nasz pęd do życia pięknego i śpiewnego, życia któremu na imię Ja. Na kolanach trzyma księgę, której strony są czyste. Nasze Ja może być wszystkim co postanowi, na tym polega jego Święta Wolność.

Gdzie się podział cień Dwójki, ten właśnie o którym pełno w enneagramowych poradnikach? Gdzie duma? Nie ma jej. I, proszę zauważyć (jak mawiał szelma Korowiow), nigdy jej tu nie było. Ta tak zwana duma Dwójki okazuje się zupełnie słuszna! Jak tu nie być dumnym z siebie, gdy się jest inteligencją całego wszechświata? Każdy powinien, bo każdy jest. Słuchajcie, słuchajcie, kto to przemawia? Westalka z gwiazdozbioru Andromedy? Czy może to sama Andromeda zatrzymała się tutaj na chwilę w swoich podróżach przez mleczne szlaki? Oto przed wami kapłanka inteligencji, inteligencji która nie ma nic wspólnego z umysłem, podobnie zresztą jak nie ma ona nic wspólnego z ciałem. Binah oznajmia z najprostszą, misteryjną szczerością, wszystko jest myślą, owocem myśli, wszystko istnieje - z punktu widzenia myśli.

Odkryta na moment Tajemnica sprawia, że gapimy się w nagi Fakt, powaleni jego prostotą.


5. Ogrody Netzah

A potem siedzę w diadzie z Szóstką, też enneagramową, i oglądam na własne oczy nieme, tak mi przecież dobrze znane, ogrody istnienia. Piękno tarotowych Kochanków sączy się z tych szklistych obszarów, usianych akceptacją wszystkiego takim jakie jest, ekstatycznym celebrowaniem przejawów doczesnych i transcendentnych po równi. Już nie tak mistyczna, bardziej ludzka podróż, wciąż przecież pasjonuje niezmierzonymi rozlewiskami płynnego światła … Słowa zatykają, zapychają same siebie, wyraz przenika bardziej milczeniem, zmysłowością, rozpuszcza w oczywistości, uderza twardością, która jest dobrym światłem. Rozpoznaję Netzach, Zwycięstwo. To sefira, która przynosi Świętą Odwagę, czyli pragnienie bycia tym, kim się jest, i akceptacji życia na gorąco, z wszystkim jego wyborami i trudnościami, i jednocześnie w zachwycie patrząc jak te właśnie zadziory przeistaczają się na naszych oczach w łagodną symfonię tryumfu człowieka nad ograniczeniami.

Patrzę jak gromowładny Kowal Staffa na moich oczach topnieje w jezioro harmonii, i jestem dosłownie – zahipnotyzowany.


6. Itaka

Piszę to wszystko nazajutrz, po powrocie do starego dobrego Shire’u. Biorę sobie dzisiaj dzień wolny, chcę w pełni docenić efekty podróży. Słońce wpada przez firanki. Wszystko z jednej strony tak zwyczajne, jak przystało na dom do którego bohater powraca po dokonaniu czynu, z drugiej – tak przepełnione nieziemskim światłem, że nie sposób tego właściwie opisać.

Każdy krok niesie pokój . To na pewno.

Ostatni kawałek drogi Muminkowie biegli. Na przełaj, przez las, przez pagórek, i każdy z nich czuł to, co się czuje, gdy wreszcie jest się już w domu. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Drewniana poręcz werandy rzeźbiona w liście i kwiaty nie była połamana, a hamak wymókł w czasie powodzi i nareszcie miał przyjemny kolor. Było tak, jakby nic się nie zdarzyło. Jakby żadne niebezpieczeństwo nigdy nie mogło im już zagrozić.
Tove Jansson, Lato Muminków


Krzysztof Wirpsza


Krzysztof Wirpsza

Komentarzy nie ma.