Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2012-03-27

Krzysztof Wirpsza

Ogniwo galwaniczne
albo o nauce angielskiego przez żywe idee


Moja metoda – FunBodyEnglish - zaczęła powstawać wtedy, gdy odkryłem, że na zajęciach coś się wydarza. Niezależnie od tak zwanej nauki, musi wystąpić ogniwo galwaniczne - to znaczy musi popłynąć energia ekscytacji w obie strony. Ja w stronę słuchacza "zajarzam", a słuchacz "zajarza" w moją. Oczywiście ma to wiele faz. Na początku, aby wszystko uruchomić, mówię do siebie w myślach: "Jesteśmy tu razem, dwóch rozbitków na tej wspólnej tratwie, przez najbliższe półtorej godziny. Jest fajnie. Pozwalamy sobie być razem, w słońcu, nic nie musimy. Dobrze jest jak jest." A potem wołam bezgłośnym głosem sakramentalną frazę: "Żywe idee, żywe idee, przybywajcie!"

Najogólniejsza zasada pracy z żywą ideą brzmi - kieruj uwagę - nie tylko swoją, ale także słuchacza - tam gdzie pulsuje. Jeżeli uczeń mówi mi "byłem na wakacjach w Pcimiu" i "jak się złoszczę, bolą mnie zęby" - oczywiście bardziej pulsuje mi to drugie. Choć nie zawsze. Każda sytuacja jest inna. Na ogół pulsujące sprawy sprawiają wrażenie omywania, chlupotania, kopania lub elektryzowania. Atmosfera dziwności w pokoju wzrasta, zamiast maleć. Powstające w ten sposób ogniwa galwaniczne mają to do siebie, że oddalają uwagę od rzeczywistości uzgodnionej, kierując ją ku obszarom niesamowitym. Probierz jest prosty - niesamowitość w pokoju wzrosła (choćby o pół jednostki) - idź tam. Zwyczajność króluje? Zrób krok w tył i natęż czujność.

Żywe idee są właściwymi narzędziami wywoływania galwaniczności. Żywe, to znaczy takie, które mnie - i/lub słuchacza - interesują. A zatem takie, które nas kiedyś w życiu podnieciły, zabolały, uderzyły, rozniosły na strzępy, czy choćby pieszczotliwie musnęły. Moim zadaniem jest doprowadzenie do kontaktu dwojga żywych idei. Jak prowadzący na ogół zawsze zaczynam od swojej.


Witold Gombrowicz by Bullsik Biorę sobie na zajęcia tekst na przykład po... polsku. Na przykład fragment z Ferdydurke Gombrowicza. No dobrze, biorę ten tekst przetłumaczony z polskiego na angielski, w oryginale na niewiele by mi się przydał. Ale to jest tekst, którego autor myślał po polsku - co istotne. Teksty polskich autorów mają tą zaletę, że, nawet po przetłumaczeniu ich, są dla polskiego odbiorcy bardziej intuicyjnie zrozumiałe, bardziej naturalne. Oczywiście nie musi to być tekst polskiego autora. To jest jedna z wielu możliwości. Możemy zacząć od tekstu w języku, który zgłębiamy, wtedy oczywiście kwestia tłumaczenia odpada. Teksty Anglosasów mają swoje zalety, których z kolei nie mają nasze. Kwestia wyboru co nam bardziej odpowiada.

Starannie dobrany i opracowany tekst jest dla mnie jednym z najpotężniejszych narzędzi tworzenia międzyludzkich ogniw galwanicznych. Dobre teksty wprost roją się od idei. Jeżeli tekst mnie osobiście fascynuje – to znaczy, że te idee są żywe. Tu UWAGA! Idee te nie muszą być interesujące dla słuchacza. Sam fakt, że są one żywe dla mnie, powoduje, że siłą rzeczy rozmnażają się także w jego umyśle, zapładniając go niejako do własnych żywych refleksji.


Powiedzmy, że wybrałem na moje zajęcia tekst polski, i że jest to właśnie Ferdydurke. Co dalej? Patrzę co w tym tekście zwraca moją uwagę – w przypadku Ferdydurke, oczywiście jest to słynna scena z Bladaczką. I historycznymi słowami Bladaczki pt „...bo Słowacki wielkim poetą był” (w tłumaczeniu, które mam przed sobą: „...because Słowacki, oh, what a great poet he was!”). Scena zawierająca, w pigułce, cały komizm z dowcipów o Jasiu. Cały komizm z dowcipów o edukacji w ogóle. Być może w ogóle cały komizm całej edukacji – owe spazmy jakie targają człowiekiem, gdy tylko donośnie wymówi się słowo „edukować”. I popatrzy się na lwią część obowiązującej „edukacji” bez przemilczeń.


Więc biorę sobie na przykład tę scenę:
Chłopaki rolują kulki z papieru i wpychają do kałamarzy. Profesor truje coś o, dajmy na to, Słowackim. Nikt go oczywiście nie słucha. Uczniowie notują coś skrzętnie, ale po przyjrzeniu się – są to tylko szeregi nic nie znaczących słów. „Sło-wacki-Wacek-Wacek-Słowacki-muszka-pchła”. Czyli norma - nic dodać, nic ująć. Cała prawda o „edukacji”, i to, proszę zauważyć – prawda ponadczasowa.


Załóżmy, że mam na biurku właśnie ten urywek z Gombrowicza, i załóżmy, że mam go w wydaniu anglojęzycznym. Czy to wystarczy? Nie. Aby na jej podstawie poprowadzić efektywne zajęcia językowe – muszę przerobić tę scenę. Po to, aby język, w którym ją napisano nie gwałcił naszych przyzwyczajeń i aby był zrozumiały. Pomimo, że to sam Gombrowicz, to jednak pisał on ją bardzo dawno i używał innego niż współcześnie języka. Do tego – pisał przecież powieść, czyli rzecz przeznaczoną do lektury na czas dłuższy, nieporównywalny z językowymi zajęciami. Interesującą mnie ideę autor rozwlókł na dwadzieścia parę stron; oczywiście nikt z nas nie ma na to czasu; nikt nie będzie dla samego tylko szlifowania języka - czytać tak długiego tekstu.


Trzeba tekst, zatem, dla potrzeb naszych, uprościć, przystosować go do realiów. „Nikt nie rozumie, wszystkich nudzi, nikt nie czyta.” A zatem trzeba tak zrobić, aby czytać się dało, nawet jeśli autorem tego jest sam Wielki Wieszcz. Jako Anty-Profesor, stawiam tym samym nietypową tezę, że słuchacz kursu językowego może coś bez wysiłku przeczytać i od razu, zupełnie bez wysiłku, zrozumieć. Jest to możliwe – natomiast wymaga pewnej wstępnej pracy nauczyciela. Nauczyciel powinien stanąć na miejscu ucznia i zastanowić się:


A. jak przepisać tekst, tak, żeby słuchacz z łatwością zrozumiał o co chodzi

B. jak słuchacz prawdopodobnie zrozumie tekst, gdy go zrozumie

i wreszcie po trzecie:

C. jak pokazać słuchaczowi, że tekst ten, mimo, że pisany pół wieku temu, dotyczy jego samego, jego własnej rzeczywistości – czyli innymi słowy jak zaciekawić

Gdy już mam tekst, rozpoczynam galwanizowanie. Po przeczytaniu i krótkim omówieniu merytorycznym, mogę na przykład rzucić hasło „bezsens szkolnej edukacji”. Sam mam tu do powiedzenia wiele, całe mnóstwo. Czy to jednak zainteresuje słuchacza? Bywa różnie – jeśli mam szczęście, to owszem, ale praktyka wykazuje, że równie często temat może być słuchaczowi zwyczajnie obojętny. Wydarza się tu jednak coś innego. Właśnie dlatego, że „bezsens...” we mnie żyje, że płonie w moim sercu tajemnym ogniem, słuchacz popatrzy na tę ideę z uwagą. „Ki diabeł?” pomyśli.„Co tego gościa tak podnieca”? Czasami wystarczy zatrzymanie umysłu na tę jedną chwilę. Przed słuchaczem otwiera się brama - „Aha, coś innego mi w związku z tym klika. Powiem o tym.” I teraz z kolei słuchacz opowiada mi coś, co mu się wydaje ważne, może trochę a propos, a może wcale nie a propos mojego.. Niech opowie, dajmy na to, choćby o tym, jak po raz pierwszy palił cygaro. O tym jak zajadał dżdżownice w przedszkolu, czy jak go kiedyś, na studiach, zaczepił żul. Nie ważne, czy są to tematy „wielkie” czy „małe”. Ważna jest kryjąca się za nimi idea. Idea palenia cygara w szkole – to często bunt, gniew i niezgoda, dżdżownice to obrzydzenie, idea żula – poczucie bezpieczeństwa i zaufania do świata. Właściwie podsycane przeze mnie, idee te prowokują coraz bardziej energetyczne reagowanie, magnetyzm wzrasta i konwersacja przenosi się w coraz głębsze wymiary. Metodą delikatnych prób i błędów, wirujemy siłą rzeczy wokół tematów dla nas ważnych, wokół zagadnień życiowych, o które martwimy się i które nosimy ze sobą na co dzień.

Galwanizacja wydarzać się może się w obie strony – ode mnie do słuchacza i od słuchacza do mnie. Żywa idea słuchacza galwanizuje mnie w równym stopniu co moja jego. Choć w większości przypadków, sama społecznie przyjęta rola „nauczyciela” jaką piastuję, narzuca mi inicjowanie. Słuchacz przychodzi zmęczony, zawalony obowiązkami, z ciężkim hełmem szarzyzny zakrywającym tęczę. Ja jestem w trochę lepszej sytuacji – to moja praca i pewne kanały mam niejako zawodowo przepchane. Ale oczywiście, gdy nasze płomienie porządnie się rozbuchają – inicjowanie zachodzi spontanicznie i na przemian. I o to właśnie chodzi.

Tekst jest zawsze odnośnikiem, do którego można sięgnąć gdy się pojawią mielizny. Dopiero pracując w ten sposób odkryłem ile ważnych życiowo skojarzeń niosą ze sobą urywki dzieł literackich. Widziane pod różnymi kątami perypetie i wypowiedzi dostarczają wspaniałych tematów do refleksji, często tej niekonwencjonalnej, nicującej powszechne przekonania i stereotypy. Niejednokrotnie przypadkowe spojrzenie w tekst, w dowolnym miejscu może dostarczyć inspiracji kierującej poszukiwania na zupełnie nowe tory.


Krzysztof Wirpsza

www.FunBodyEnglish.pl (strona w budowie)
www.EmpatyczneKonwersacje.pl


Krzysztof Wirpsza

Komentarzy nie ma.