Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-10-13

Wojciech Jóźwiak

Ochrona przed wnikaniem

Ten tekst napisałem dziewięć lat temu, w 2006 r., jako wewnętrzną lekcję dla ówczesnego Kursu Astrologii. (Jego kontynuacja teraz nazywa się AstroAkademią – polecam!) Jest to odpowiedź na pytanie pewnej ówczesnej studentki, pseudo „Elka'K”. Tekst znalazłem w archiwum AstroAkademii, które też polecam, przy czym ostrzegam, że tekstów jest tam dużo, około 600, i wciągają, noc nad nimi można zarwać. Jest to chyba jedyne miejsce, gdzie wyłożyłem swoje zdanie n.t. tego, jak astrolog powinien dbać o swoje psychiczne zdrowie, całość i równowagę. Co w naszym zawodzie wcale nie jest łatwe. Zamieszczam in extenso, czyli jak leci, nie zmieniając.


Elka’K zadała takie pytanie na forum Klubu:

Chciałabym zapytać o sprawę dosyć trudną do wyjaśnienia, a może dla innych łatwą: Jak skutecznie „zabezpieczyć się” przed „wnikaniem” badanej osoby do naszej psychiki? Chodzi mi o własną czystość, może nawet sterylność emocjonalną. Nie ze wszystkimi osobami badanymi występuje takie przykre doświadczenie, ale niektóre osoby po prostu „wnikają” w naszą osobowość. Nie wiem, czy jasno to ujęłam. Chodzi mi o jakiś rodzaj skutecznej ochrony własnej osoby przed cudzym wpływem. I na pewno nie chodzi o wywieranie fizycznego nacisku, tylko o takie subtelne, ale wyczuwalne „kierowanie”. /.../ Chodzi o takie BHP w pracy z cudzym horoskopem. // elkak

Bardzo ciekawy temat i dzięki, Elko’K, za zauważenie problemu. Bo nie każdy to zauważa.

Właściwie to jest tak, że podatność na wnikanie (wnikanie „ducha” osoby badanej do psychiki astrologa badającego horoskop) jest koniecznym warunkiem bycia astrologiem. Bez tego trudno być astrologiem, a na pewno nie można być astrologiem dobrym – można być co najwyżej jakoś oczytanym w astrologii. Ale „oczytaniec” to jeszcze nie astrolog. Czyli astrolog musi w jakimś stopniu wpuszczać i powinien umieć wpuszczać w siebie tę strukturę psychiczną, która jest zapisana w horoskopie; musi pozwalać jej w siebie wniknąć. Musi otwierać się na psychiczną strukturę zawartą w horoskopie i musi mieć dar otwierania się na nią. Jak to robić, żeby nie oszaleć? – to jest właściwy sens pytania Elki’K.

Problem jest, żeby zachować w tym umiar i zdrowy poziom. Żeby nie dać się owładnąć przez zawartą w horoskopie strukturę psychiczną klienta.

Problem jest podobny jak w pracy z klientem na żywo. Dotyczy to nie tylko astrologii, ale wszelkiej pracy poradniczej, psychoterapeutycznej, psychologicznej. Tu podobnie jak w pracy z horoskopem grożą dwa zagrożenie: że astrolog (psycholog) pozwoli klientowi „wejść sobie na głowę”, tzn. zdominować; i drugie: że astrolog (psycholog, doradca) za bardzo przejmie się problemami klienta i zacznie uważać je za własne, mylić z własnymi, przejmować od klienta. Na przykład pod wpływem opowieści o zdradach u klienta sam zacznie podejrzewać swojego partnera o zdradę. To tak, jakby lekarz po zbadaniu chorego zaczynał widzieć u siebie objawy jego choroby.

Różnica jest taka, że takie problemy i objawy mogą u astrologów pojawiać się już na etapie kontaktu z „gołym” horoskopem, zanim się pozna klienta osobiście. Albo gdy osoba badana jest bezpośrednio niedostępna.

W jakimś stopniu nazwany tu problem astrologa jest problemem wszystkich mediatorów – mediatorów nie w sensie typu nr 9 w enneagramie, tylko mediatorów jako osób „stojących pośrodku”, w jakimś sensie niezaangażowanych – ale mimo to działających. W tym sensie mediatorami są np. adwokat (który przecież nie uzna, że świat mu się załamał, bo jego klient przegrał sprawę i poszedł siedzieć); sędzia (który nie cierpi z powodu ludzkich tragedii, które się przed nim przewijają); sędzia sportowy (który nie kibicuje żadnej drużynie); dowódca wojsk ONZ (który nie wspiera ogniem żadnej w walczących stron); także lekarze, psychologowie i inni pośrednicy. W zawodzie psychologa poważnym wykroczeniem (kwalifikującym się, zdaje się, do sądu korporacyjnego) jest romans z klientem – właśnie dlatego, że wtedy psycholog wypada z roli mediatora. Podobnie, jak mistrz duchowy, który uwodzi erotycznie swych wyznawców (co w epoce New-Age było plagą wśród mistrzów buddyjskich i innych, vide Chogyam Trungpa czy Rajneesh-Osho).

Tu mamy pierwszą radę, jak nie wpuszczać do siebie badanego horoskopu: należy pamiętać o swojej roli mediatora. Należy ugruntować się w tej roli.

Pozostawanie w roli mediatora może być niewdzięczne i dawać poczucie dyskomfortu. Poczujesz to, kiedy wykonasz takie np. ćwiczenie: z premedytacją odmówisz proszącym cię o radę zrobienia im horoskopu. I to w sytuacji, kiedy możesz to zrobić, kiedy nie ma jakiejś wyższej konieczności przeszkadzającej ci w zrobieniu tych horoskopów. Powiedz sobie, że jesteś jak adwokat, który ma prawo odmówić prowadzenia sprawy klientowi, do którego czuje „coś nie tak”. Ty też masz prawo odmówić i nie musisz się z tego tłumaczyć. Naucz się odmawiać, nie podając przyczyn. I nie wymyślając przyczyn nieprawdziwych.

Kiedy mowa o ugruntowaniu się w postawie mediatora, przychodzi mi sposób magiczny: trzeba kontemplować kartę tarota nr 14 pt. „Umiarkowanie”. Jest to najlepszy znany mi „wielki”, tzn. narysowany w „języku duszy” czy, jak kto woli, archetypowy, obraz postaci mediatora. Anioł (wiemy to, bo ma skrzydła), czyli istota sponad tego świata, a więc z definicji niezaangażowana, mimo to zstąpił do świata materialnego i zanurzył się w nim (co symbolizuje to, że stoi stopami w wodzie), ale to zanurzenie wykonał połowicznie, bo jedną stopę ma w wodzie, drugą na lądzie – dualność także charakterystyczna dla postawy mediatora. Co ten anioł robi? Przelewa płyn z naczynia do naczynia, a więc nie trzyma go w jednym naczyniu, co symbolizuje przejściowość, także właściwą postawie mediatora. Mediator lokuje się w przejściu, „pomiędzy”. Słowo „mediator” zostało przez Stanisława Lema spolszczone na „międzak”!

Astrolog ma być „międzakiem”, a nie naprawiaczem świata ani kimś, kto ingeruje w cudze życia, pozytywnie ani negatywnie. Przy zachowywaniu takiej postawy wpuszczasz czyjś horoskop do siebie, a potem go wypuszczasz. Chyba tego się nie da powiedzieć jaśniej.

Więc pierwsze remedium: zachowywanie postawy mediatora. (Czyli: życzliwego i uważnego, ale jednak niezaangażowania.)

Drugie remedium nazwałbym: nie-budowanie haczyków. Haczyk to coś, co jest po stronie astrologa. To jest coś, co astrolog ma i czym się łapie na oczekiwania i inne psychiczne dyspozycje klienta. Haczyki wyrastają jednak często wbrew naszej woli, także wtedy, kiedy ich nie chcemy. Haczyki są zbudowane z oczekiwań ludzi wobec nas (astrologów) i z czegoś, co można nazwać mitologią naszego zawodu, mitologią oczywiście fałszywą.

Przykłady haczyków lub tego, co może stać się haczykiem:
- wiara (legenda), że astrolog „wszystko wie”, bo „widzi przyszłość”;
- wiara w to, że astrolog lepiej wie od mnie, czego ja sam/a chcę;
- przekonanie, że astrolog pomoże tam, gdzie inni nie pomogli (lekarz, psycholog, policja);
- przekonanie, że porada astrologa może ustrzec przed nieszczęściami i kłopotami;
- sceptycyzm, niewiara w astrologię – co budzi u astrologa chęć sprawdzania się wciąż od nowa;
- lekceważenie astrologii, co budzi u astrologa chęci pt. „a ja ci pokażę, że działa!”
- poczucie odpowiedzialności za klienta.

We wszystkich tych przypadkach występuje podobny mechanizm: astrolog łapie się na subtelne naciski, które są emitowane przez konkretnych klientów lub przez środowisko, w którym przebywa. W każdym z tych przypadków astrolog angażuje się emocjonalnie w jeden z wymienionych wyżej sporów o astrologię. Problem, jak głęboko się angażuje i czy związane z tym emocje potrafi puścić po sobie jak gęś wodę, czy też przeciwnie, emocje te go drążą i zjadają. Wydaje mi się, żeby zajmować się astrologią, trzeba mieć odporność psychiczną podobną do tej odporności, która jest potrzebna w zawodzie np. klauna.

Z wymienionych wyżej haczyków dwa są chyba najpoważniejsze i najtrudniejsze do uniknięcia: łapanie się na własną (rzekomą) wszechwiedzę i poczucie winy z powodu niewiedzenia „wszystkiego”, oraz poczucie odpowiedzialności za klienta i odczuwanie jego niepowodzeń jako własnej winy. (I jego sukcesów jako powodu do przechwałek.) Straszne...

Przed haczykami ustrzeże tylko szczerość astrologa wobec samego siebie. Świadomość tego, co się naprawdę wie i umie. Nie-przypisywanie sobie jakichś szczególnych „mocy”, także w trybie przyszłym, np. tak: „ja teraz wprawdzie ‘mocy’ nie mam, ale w przyszłości będę je mieć”. (Taka „łagodna postać” wiary w moce też jest pychą!)

Na to, żeby wyrabiać w sobie postawę mediatora i unikać haczyków, dobrze robi zadawanie sobie pytań:
„Po co ja to robię?”
„Po co ja zajmuję się astrologią?”
„Do czego zajmowanie się astrologią jest mi potrzebne?”
„Co chcę przez to osiągnąć?”

Także trzeba umieć się przyznać do jakichś niższych pobudek, np. takich: „Zajmuję się astrologią w zastępstwie, bo inne rzeczy mi się nie udały.” „Zajmuje się /.../ bo chcę być tak sławny jak X”. „...Bo chcę na tym zarabiać.” „Bo chcę mieć przewagę na ludźmi.” – I inne.


Trzecie remedium: oparcie w życiu.

Astrologia uprawiana intuicyjnie, czyli właśnie ta, w której wpuszcza się do siebie psychiczną strukturę osoby badanej horoskopowo, jest przykładem medialności. (Skrajną medialnością jest owładnięcie, takie jakie wykazują media, przez które przemawiają duchy. Horoskopowe wnikanie to jest mały krok w tamtym kierunku, ku medialności pełnej.) Wszelki kontakt z „innościami” może być dokonywany na dwa sposoby: w sposób medium i w sposób szamański. Medium całkowicie oddaje się „innemu”, w granicy tracąc własną świadomość. Szaman świadomość zachowuje (ale przez to, że ją wyostrza, w porównaniu ze zwykłymi ludźmi) i z „innym” staje oko w oko, przyjmując je jako „twarda osoba”. Nie wiem, jak media, tym bywało różnie, ale szamani, ci sensu stricte, w pierwotnych społecznościach, byli ponadprzeciętnie sprawni fizycznie, zdrowi, silni, także dłużej żyli, często dłużej wręcz o całe pokolenie. Zwykle też byli solidnej budowy ciała – podobno Indianie twierdzili, że do obcowania z duchami trzeba mieć odpowiednią masę ciała, żeby im sprostać. Powyższe cechy etnicznych szamanów dają się nazwać jednym hasłem: to są/byli ludzie silnie związani z życiem, silnie zakorzenieni, zakotwiczeni w życiu.

Przekładając to na nasze współczesne stosunki: astrolog intuicyjny jeśli nie chce dać się wkręcić w rolę medium dla horoskopów (jak to robić świadomie, to osobny temat), ma do wyboru tylko działać jako ktoś w rodzaju szamana. Wtedy zachowuje, upraszczając, pełną świadomość w kontakcie z horoskopową „innością”, ale musi na to mieć oparcie w życiu. Więc także w swoim ciele i w całej cielesnej sferze kontaktowania się z materią świata. Czyli że trzeba żyć normalnym życiem i to raczej na dużych obrotach. Ze szczególnych technik polecam hatha-jogę, ale i jakieś zwykłe dyscypliny sportu są dobre. Także muzyka, taniec, śpiewanie, ćwiczenia głosowe. Dobrze robi kontaktowanie się z ludźmi w jakimś nie-astrologicznym „kanale”, np. poprzez biznes lub po prostu przez życie rodzinne. Jest wiele dobrych sposobów.


25 września 2006, 10:52, wschodzi Jowisz, Słońce 2° Wagi, Księżyc 3° Skorpiona

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 3

1. Dziękuję za ten tekst • autor: (2015-10-14 17:15:00)

i składam serdeczne życzenia w Dniu Nauczyciela.

[foto]2. Dzięki, Ewo :) Oraz: • autor: Wojciech Jóźwiak (2015-10-15 00:05:06)

-- Jak czytam ten tekst po raz któryś, to widzę, że te rady mogą przydać się nie tylko astrologom.

[foto]3. I chyba • autor: Radek Ziemic (2015-10-18 13:16:13)

nie tylko mediatorom sensu stricto. Myślę o pewnym otwarciu astrologa (nie wiem, czy dobrze to rozumiem), takim, ja nazwałbym je metafizycznym z jednej strony (niebiosa), z drugiej interpersonalnym, otwarciu, które osłabia osadzanie w ziemi. Czy otwiera na pozostałe żywioły? Kto wie, one są bardziej zmienne, ruchliwe.