Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-05-27

Paweł Droździak

O niemożności znalezienia kogokolwiek mądrego w tym wszystkim
Eurowybory, Daenerys Targaryen, Peterson, Żiżek i ofiary dla smoków

Kiedy zaczynałem pisać ten tekst, wyniki wyborów nie były jeszcze znane, ale gdy go kończyłem, pierwsze sondaże już były widoczne, pokazując, co mówię bez żadnej satysfakcji, dokładnie taki obraz, jaki przewidziałem. Wynikom polskim towarzyszą analogiczne węgierskie, francuskie i powiązane z nimi, choć specyficznie odmienne niemieckie. Czy muszę mówić, że nie jestem zaskoczony? Cóż mógłbym powiedzieć przegranym? Kochani – wasza wiara w moc poszczególnych spraw, różnych afer o działkę, wieżowiec, czy pożyczkę zaiste jest poruszająca, ale wynika ona z tego, że nie chcecie widzieć konfliktu który rozgrywa się wokół pryncypiów, ten bowiem napełniłby Was głęboką trwogą. Konflikt wokół fundamentów jest jednak dość oczywisty. Żaden naród nie odda władzy nad sobą komuś, dla kogo naród jest fikcją i żadna populacja nie poprze na dłuższą metę wizji społecznej, która prowadzi do zaniku rozrodczości. Bo by znikła. Wszelkie populacje i narody, które czyniły inaczej, przestały być. Ewolucja ich nie premiowała. Jeśli naprawdę chcemy być materialistami, uwierzmy w tę ewolucję w końcu chociaż trochę i zacznijmy z niej wyciągać wnioski nawet, jeśli są smutne. Społeczeństwo, w którym właścicielki psów składają sobie życzenia z okazji dnia matki jest urocze, i mówię to bez żadnej ironii, ale z punktu widzenia jakiegokolwiek rodzaju realizmu takie społeczeństwo nie ma prawa przetrwać i europejskie wyniki właśnie do tego faktu się odnoszą. Świat nie jest rajem, choć to przykre. Niestety tak jest. Jesteśmy częścią przyrody, ale przyroda nie jest bajką. Tyle o wyborach. Wróćmy do spraw poważnych.

Jeśli wierzyć naukowcom, żyjemy w czasach schyłku klimatycznego, a to, że nikt z tym nic zrobić nie może wskazuje tylko, że nie ma już na kogo liczyć i komu wierzyć. Do tego stopnia, że nie wiemy już nawet, czy możemy wierzyć tym naukowcom. Oto prawdziwy schyłek – nawet im nikt nie wierzy. Wszyscy oni bowiem zanurzeni są w tym, w czym zanurzona jest publiczność. W całkowitej zależności od chęci zysku i chęci zdobycia uznania, które prowadzą do intelektualnej zależności już nawet nie od autorytetów, a od filarów koterii zależności i dawców „możności rozwoju”. Dzisiejsza niemożność wyjścia poza własną informacyjną bańkę nie wynika już z dawniej tak powszechnej ślepej wiary w czyjąś nieomylność, ta bowiem dawno ustąpiła miejsca lepiej lub gorzej uświadamianej kalkulacji, z której wynika, że nie warto gryźć ręki, która chleb daje. Ludzie to widzą, bo doskonale czują na sobie, jak bardzo ich to samych dotyczy i oprócz całej masy innych powodów (całkowicie niepojętych dla kognitywistów) to właśnie spostrzeżenie, że nauka jest tak samo skorumpowana dziś przez rynek i poprawność jak cała reszta dziedzin życia, sprawia, że publiczność już nawet naukowcom nie wierzy. Naukowcy mówią o globalnym ociepleniu, ale politycy boją się mówić o globalnym ociepleniu wprost nazywając je po imieniu, bo ich marketingowcy wiedzą doskonale, że w ludziach wywołuje to podejrzliwość, nie ma już bowiem dziewiętnastowiecznej wiary w „naukowy konsensus”. Zamiast tego jest wiara w prawdę pokątną, bo tylko o takiej może publiczność żywić nadzieję, że jest niesprzedajna. Nadzieję, powiedzmy to sobie jasno, całkowicie płonną. Owa „prawda pokątna” i z pierwszej ręki, niefiltrowana przez sprzedajny system, nie kupna jak kupny dżem ze sklepu gnieciuch nie wiadomo z czego w fabryce robiony, tylko prawda własna, z pierwszej ręki, naturalna, bez konserwantów, prawda jak dżemik babciny własnej roboty najlepsza, z serca prosto, wypełnia wszystkie te broszury antymedyczne, antyatomowe, antygenetyczne, antyżydowskie, antykapitalistyczne i ogólnie „anty” drukowane na papierze z makulatury, które sprzedają na poczcie i w kioskach i które na końcu zwyciężą. Nie ma innej opcji.

Rzecz jasna cała ta masa spiskowych teorii w nich zawartych to przecież nic innego, niż także skok na bank, tyle że na skróty. Każda odsłonięta tam przed nami opowieść o zmowie korporacji, rządów, naukowców i bankierów okazuje się prędzej czy później tylko wstępem do tego, co nieuniknione. Czyli do reklamy jakiegoś produktu, lub jakiejś usługi. Warsztatów rozwoju, leku z kryształów nakładanych na czoło, baterii słonecznych montowanych na dachu, żeby tworzyły prąd w dzień, który „sieć energetyczna ma obowiązek od nas odebrać i przechować nam do nocy”, wiatraków które zrobią prąd kiedy wieje, który „sieć energetyczna ma obowiązek od nas odebrać i przechować nam na czas gdy nie wieje”, „jajek bez GMO”, działek budowlanych z gwarancją „poza zasięgiem 5G”, leczenia raka wlewami witamin, akupunktury, świecowania uszu i całej masy tego typu bzdur, których akwizytor będzie bronił do ostatka, bo z nich żyje i będzie opowiadał o spisku bankierów, który blokuje rozwój tego genialnego pomysłu. I będzie to opowiadał z całych sił, bo bez tej opowieści o spisku nic nie sprzeda, a kredyt na mieszkanie spłacać jakoś musi.

Wszyscy w tym siedzimy i wiemy to wszyscy. Dlatego tego rodzaju sprzedawca w niczym nie jest lepszy od naukowca, który wie doskonale, w jakim kierunku sformułować projekt badawczy, by móc liczyć na grant, a jakich pomysłów lepiej w ogóle nie ujawniać, bo karą za to w najlepszym razie może być wymowne milczenie. Nie dziewiętnastowieczne skreślenie z uczelni w oparach skandalu, ale współczesne milczące skreślenie przez napis na czole „przyszłe źródło zbędnych kłopotów”, jakie promotor doktoratu mógłby wypisać komuś w swej wyobraźni, jednocześnie uśmiechając się wyrozumiale i równie wyrozumiale milcząco przechodząc do tego, co do powiedzenia mają inni. Albo wyrok koleżeństwa profesorów, które przestaje człowieka cytować w obawie, że ich też nie zacytują. Jak to działa, wie każdy kto śmiał się w pracy z nieśmiesznych dowcipów szefa, każdy kto sprzedawał coś klientowi przekonany, że sprzedaje najlepszą rzecz na świecie, a miesiąc później sprzedawał produkt konkurencji z równie mocnym przekonaniem, że robi mu dobrze. Albo ktoś, kto choćby raz oglądał telewizję i pamięta, ile trzeba czekać w gąszczu reklam na treść jakąkolwiek, a nawet ona zawiera lokowanie produktu. Nikt kto przez to przeszedł, nie przyjmie argumentu o konsensusie naukowców z tak zabobonnym lękiem, z jakim by go pewnie przyjęli dziewiętnastowieczni naiwniacy, wychowani w świecie, w którym można było przeżyć cały dzień w terenie zamieszkałym i nie zobaczyć nawet jednego bilbordu.

W wieku dziewiętnastym powiedzieć, że prawie 90 procent naukowców uznaje coś za pewnik oznaczało powiedzieć, że to pewnik. W wieku XXI powiedzieć coś takiego, to jak powiedzieć „czyli sam wiesz jak jest” i puścić oczko. Politycy rozumieją to doskonale, nie chcą być z tym puszczonym oczkiem kojarzeni bardziej, niż i tak są, dlatego zamiast o ociepleniu, namiętnie opowiadają nam o smogu. W smog ludzie łatwiej uwierzą, uwielbiają bowiem filtrować to wszystko, co ich otacza, by wpuścić tylko dobre, a złe wyrzucić, godzinami rozprawiają o dietach i o tym, co może szkodzić ich cielesnej odrębności, więc smog – zło zewnętrzne które oddzielić trzeba od naszego wewnętrznego dobra, trujący pokarm złej matki i tam dalej – sprzedaje się doskonale, globalne ocieplenie zaś, jeden z symboli globalnego spisku, prędzej usmaży nam ostatnią grządkę pietruszki, niż się zgodzimy serio je potraktować.

Nie o ociepleniu jednak ten artykuł, a właśnie o tym kryzysie wiary i jego źródle – bolesnym uświadomieniu sobie, że wszyscy jesteśmy ludźmi. Wszyscy kierujemy się podobnym zestawem żałosnych pożądliwości, a zatem wszyscy jesteśmy niewiarygodni. Przeboje kinowej fantastyki, dawniej naukowej, dziś już tylko baśniowej, kryptonimują istotne treści kultury. Napisałem słówko „kryptonimują”, użył go bowiem w swoiście uroczy sposób w dokładnie tym samym sensie polityczny skandalista Grzegorz Braun w swym szalonym, ale i w pewnym sensie błyskotliwym wywodzie o ukrytych treściach zawartych w sadze Star Wars. Wywód ten stał się prześmiewczo reprodukowanym przebojem Youtube, a przekazywano go sobie link po linku z rąk do rąk jako parodię, jednak już kilka lat później frakcja Brauna staje się wyborczym hitem popularności najmłodszych wyborców, wyprzedając zarówno typowych konserwatystów, jak i typowych postępowców. Rząd dusz w przyszłości należy do polityków w rodzaju braunowskiej Konfederacji. To pewne. Racjonalnie rozumujący komentatorzy nie bardzo mogą zrozumieć co łączy Konfederatów, skoro ich programy zdają się sobie przeczyć. Istotnie, powierzchownie przeczą sobie, tak jak nie można logicznie pogodzić tai chi z hatha jogą. Ale łączy je coś głębiej i z Konfederatami jest bardzo podobnie. Co ich łączy, mimo tylu różnic?

To proste. Łączy ich właśnie owo słówko „kryptonimują”, które odczytać należy tak oto: wszyscy kłamią. Media, naukowcy, politycy – wszyscy was okłamują. Prawda jest gdzie indziej i znaleźć ją można zawsze poza systemem. Poza poprawnością, poza oficjalną nauką, poza układem zależności i interesów. Tylko tam. Komukolwiek o coś chodzi – kłamie. A o nic nie chodzić może tylko komuś takiemu jak Braun, kto nie obawia się być ekscentrykiem i nie boi się, że oburzą się, lub go wyśmieją. Tylko on godny jest wiary, bo mu nie zależy, by się komukolwiek podobać. Taki oto przekaz trafia do młodych ludzi najszybciej, gdyż wiedzą oni jak nikt inny, że nie należy wierzyć reklamom, a koniec końców reklamą jest dziś niemal wszystko.

Co zatem owe filmy nam „kryptonimują”? Weźmy Grę o Tron. Rozpoczęta błyskotliwie, niezwykle wciągająca, szekspirowsko krwawa opowieść o władzy, polityce i ich okropieństwie, czyli o tym wszystkim, co wiedzą młodzi głosujący na Konfederację. Nikt nie jest do końca dobry, wszyscy kłamią, koniec końców nic nie jest tym, czym się wydaje. Tak naprawdę wszystkim chodzi o zupełnie coś innego, niż mówią. Serial pokazuje to doskonale i gdybyż na tym poprzestano, doszedłby do swego końca w glorii i chwale, podobnej pewnie do tej, jaką zdobędą Konfederaci gdy im się uda wprowadzić do europarlamentu paru swoich posłów. I będzie to dla niektórych niczym scena rzezi Starków z filmu – jedno i drugie słusznie przejdzie do historii. Można było ten serial tak do końca prowadzić, musiał jednak pojawić się motyw, który wszystkich rozczarował i położył sprawę. Dojrzewał jakoś od połowy, by zbankrutować w finałowej scenie. Cóż to takiego? To utopia społeczna, reprezentowana przez krucjatę Daenerys Targaryen. Ona chce budować Nowy Świat. Wyzwolić niewolników. Uczynić wszystkich ludzi równymi. Aporia jej misji jest aż nadto widoczna, gdy sobie uświadomimy, że mówi to wszystko dążąc do objęcia tronu. Chce uczynić ludzi równymi będąc królową i właśnie to, że nią będzie, tę równość ma gwarantować. Samo to starczy, by uświadomić sobie histeryczność jej stanowiska, do pewnego momentu jednak tego nie dostrzegamy. Wybaczamy jej popełniane okrucieństwa, tak jak zachodni intelektualiści wybaczali do pewnego momentu okrucieństwa stalinizmu, wiemy bowiem, że cel jest dobry i cel ten środki uświęca. W końcu zresztą sama Daenerys wypowiada to wprost, gdy mówi „mam dobre intencje, reprezentuję dobro, niemożliwe więc, by to co robię było złe, bo wiem, czym jest zło”. Tak oto sama stawia się całkowicie poza osądem Innego. To ona jest Innym. Wie, czym jest dobro i zło, jest więc jak Bóg z opowieści o Hiobie – choć nam się zdaje okrutny, nie jest taki, bo wiemy przecież, że to Bóg. Nic nie jest złe, nawet jeśli się takie wydaje, o ile to Bóg to robi i podobnie nic nie jest złe, nawet jeśli się takie wydaje, o ile robi to ktoś, komu chodzi o zbudowanie Lepszego Świata, w którym zła już nie będzie żadnego. Dlatego Daenerys rację ma z samej definicji, tak jak Stalin i wielu współczesnych „reformatorów i reformatorek”, nie wahających się przed żadnym bezprawiem w dążeniu do zbudowania nam na Ziemi raju.

W kolejnych odcinkach widzimy triumfalny pochód Daenerys do władzy, widzimy jak stopniowo zdobywa zwolenników wśród idealistycznie nastawionych mężczyzn, którzy nie wiadomo już, czy bardziej w niej się zakochują, czy jej wierzą, wiadomo bowiem tyle tylko, że z tego nic nie mają. I wydawałoby się, że musi się udać i że Lepszy Świat już już powstanie i wtedy, dosłownie w finałowej scenie nasza bohaterka okazuje się okrutną idiotką. W tym najgorszym z sensów, bo nie tylko, że idiotką w stopniu okrutnym, to jeszcze okrutną tak bardzo, że aż idiotycznie. I cały plan pada. Stolica z upragnionym tronem jest dla Daenerys zdobyta, sukces jest w kieszeni i właśnie w tym momencie ona w bezsensownym akcie przemocy pali całe miasto z jego mieszkańcami, tracąc poparcie niemal wszystkich, którzy w nią dotąd wierzyli. Czyli nie tylko naukowcom wierzyć nie można, nie tylko bankierom, nie tylko lekarzom i nie tylko politykom, ale nie można też wierzyć rewolucjonistom od budowania lepszego świata, bo z ich obietnic zostaje w końcu tylko okrucieństwo. Komu zatem wierzyć? A może nie powinniśmy godzić się z tą pesymistyczną diagnozą?

Niektórzy wierzą myślicielom, szczególnie tym poczytniejszym. W ostatnich latach popularnymi postaciami na rynku przemyśleń stało się dwu panów, jakby z dwu przeciwnych politycznych biegunów, ale obaj ciekawi. Pierwszy z nich, to marksizujący psychoanalityk Słavoj Żiżek, drugi to dryfujący w stronę prawicowego konserwatyzmu „neojungista” Jordan Peterson. Człowiek który doszedł do wniosku, że koncepcję archetypów Junga da się przetłumaczyć na współczesną psychologię ewolucyjną i tą drogą, materializując archetyp w genotypie uskrzydlić genotyp do postaci boskiego planu z konserwatywnej utopii, w której Bóg, zgodnie z petersonowską zasadą „clean your room” tak dobrze swój pokój posprzątał, że kobiety i mężczyźni wiedzą już dobrze po co są i gdzie ich miejsce. On im tylko przypomni. Zarówno Peterson, jak i Żiżek raczyli odbiorców niezłą porcją dogłębnych analiz, a że wiadomo było, że pochodzą z przeciwnych narożników, prędzej czy później pojawił się pomysł pojedynku. Odbyli zatem debatę, gdzie punktem zapalnym było drażniące Petersona słówko „marksizm”, on bowiem używa pojęcia „marksizm kulturowy” i nie jest to w jego ustach komplement, choć trudno powiedzieć, by „marksizm kulturowy” Petersona z marksizmem Żiżka zbyt wiele łączyło. Niemniej pojedynek umówiono. I odbył się, i odsłonił to co miał odsłonić, czyli całkowitą pustkę obu narracji. Pustkę w tym sensie, że okazały się one zupełnie na siebie nieprzetłumaczalne. Tak dalece, że w zasadzie nie było jak odbyć pojedynku, podobnie jak nie można zrobić walki węża z wielorybem. Pragmatyzm Petersona nie rozumiał nic z idealizmu Żiżka, zaś idealizm Żiżka przy pragmatyzmie Petersona zmieniał się w bełkot, który trudno już było połączyć z czymkolwiek. I chyba dla większości obserwatorów stało się jasne, że z żadnym z tych facetów żadna kobieta nie wytrzyma. Nie nadają się do życia, ani jeden, ani drugi i choć przyczyny rozpadu będą odmienne, to rozpad nieunikniony jest w przypadku obu, z pierwszym bowiem nie sposób żyć, z drugim nie sposób dogadać się, mimo pozorów, że rozumie wszystko. Co najciekawsze, choć żadna kobieta nie wytrzyma z żadnym z panów, a obu panom gdzieniegdzie zarzuca się seksizm, to nie seksizm byłby tu jasną przyczyną porażki, ten bowiem okazuje się pozbawiony znaczenia gdy ludzie tworzą już faktyczny związek. Kłopot w czym innym. W tym mianowicie, że żaden z walczących nie mówił o prawdziwym świecie, a każdy z nich jedynie o swych wizjach, w których był zanurzony niczym Daenerys Targaryen i podobnie jak ona odosobniony w nich i narcystyczny.

Obu panom zresztą pojedynek wyraźnie zaszkodził. Peterson stracił od spotkania na impecie, Żiżek zaś od tego czasu jawnie bredzi, czego najjaskrawszym przykładem jest jego interpretacja zakończenia Gry o Tron. Uskrajnił się z tym Petersonem do tego stopnia, że dziś pisze, iż paroksyzm przemocy Daenerys jest wyrazem konserwatywnych męskich lęków przed kobietami dążącymi do władzy. Czyli rewolucjonistka Daenerys wcale nie spaliła całego miasta, a jej armia wyzwolonych niewolników nie stała się ślepo chętnymi wykonawcami późniejszej rzezi jeńców. To tylko tak sobie to wyobraziły męskie głowy, które boją się prawdziwej rewolucji i z rewolucjonistek robią histeryczki. Czego innego spodziewać się po staliniście? – rzekłby pewnie na to Peterson, mając jednocześnie rację i dowodząc, że nic nie rozumie.

Czemu bowiem Daenerys spaliła miasto? Czemu zatraciła wszystko w diabły i zaprzepaściła całą rewolucję? Czemu zabiła tych wszystkich ludzi i zniszczyła dzieło własnego życia? Czy dlatego, że wszystkie społeczne utopie w istocie są okrucieństwem, jak chce Peterson, czy też dlatego, że innego zakończenia nie znieśliby konserwatywni akcjonariusze filmu, jak chce Żiżek? Nie. Ona spaliła miasto, bo Jon Snow jej nie chciał. Bo była samotna jako kobieta i zrozumiała, że cała jej praca, rewolucja i tej rewolucji zwycięstwo nie tylko tego nie zmieni, ale wręcz to na wieki utwierdzi. Będzie samotną kobietą już zawsze i między nią, a mężczyznami będzie już tylko władza i strach. I uświadomienie sobie tej pułapki wpędziło ją w rozpacz, a całą rewolucję uczyniło bezwartościową. Rewolucja bankrutuje, gdy rewolucjonista dowiaduje się, że nikt go nie kocha. To jak nagła kolizja z samochodem, który wyleciał w pędzie z podporządkowanej. Miało go tam nie być, a zabił.

Co zatem „kryptonimuje” zakończenie Gry o Tron? Popatrzmy na finałową naradę, na której wybiera się nową władzę regionu, a może i świata. Widzimy, jak próbuje przedstawić siebie jeden z mężczyzn. Czyni to zgodnie z korporacyjnym współczesnym kanonem, będącym w istocie przedłużeniem tego wszystkiego, co znaliśmy z narad wojennych przez wieki. Oto grupa samców mierzy, który pawi ogon jest największy. I widzimy samca, który znów chce grać w tę grę, ale widzimy też, jak bardzo ta gra jest już zgrana. To już jest groteska. To już nie chwyci, tak jak nie chwyci już poczucie humoru prowincjonalnego konferansjera. Kobiety mówią mu „siadaj chłopie” i mężczyźni, zażenowani i rozbawieni jego napuszonym występem, nie protestują. To już inne czasy. Tak się już nie da. Ale Daenerys też już się skompromitowała i w idealistyczne wielkościowe wizje też już nie uwierzymy. To także już przeszłość. Co nam zostaje? Kastrat. Ktoś, kto nie ma ludzkich emocji, nie ma ludzkich dążeń, nie podlega namiętnościom, jakim w istocie podlegają wszyscy ludzie. Ktoś z innego świata. I takie postacie przez cały film przewijają się jako obdarzone mądrością niedostępną śmiertelnikom. Karzeł, eunuch, wreszcie uwięziony na inwalidzkim wózku telepata. Karzeł ma ludzkie namiętności, więc choć ma mądrość, przegrywa. Eunuch rozgryzł większą część prawdy, ale także oddaje się ludzkiej namiętności jaką jest zemsta, więc też musi zginąć. Zostaje telepata. Duch wyglądający tylko na człowieka, którym był kiedyś, widzący wszystko, będący wszędzie, choć uwięziony w okaleczonym ciele. I to jemu zgodnie wszyscy oddają władzę kierowani przeczuciem, że nie będzie podlegał ludzkim błędom tylko ten, kto nie będzie podlegał ludzkim namiętnościom. Władzę może mieć tylko ktoś naprawdę różniący się od nas. Istota jakby z innego świata. I takim i tylko takim gotowi jesteśmy w dzisiejszych czasach zgodnie oddać rządy, o czym wspominałem już tutaj na blogu jakiś czas temu w tekście Władcy na nowe czasy. Po pierwsze dlatego, że tylko im możemy nie zazdrościć, bo tylko z nimi byśmy się nie zamienili, po drugie zaś dlatego, że wierzymy, iż nie zrobią tego złego, które z pewnością sami byśmy zrobili.

Piszę to wszystko w kilka dni po emisji filmu, w którym opisano seksualne skandale katolickich księży, wykorzystujących dzieci. I piszę to w czasie komunijnym, kiedy po tym jak prawie dwadzieścia milionów ludzi obejrzało wstrząsające przyznania się do win autentycznych szaleńców w sutannach widzę na ulicach dziesiątki dziewczynek przebranych w komunijne stroje, idących u boku rozpromienionych rodziców. Mimo nadziei twórców i wielu projektantów społecznej rewolucji film nie zmienił niczego. Dlaczego? To źle zadane pytanie. O wiele sensowniej jest spytać o coś innego. Jak to się dzieje, że dorośli ludzie mogą wierzyć, że możliwy jest celibat? Jak to się dzieje, że mogą wierzyć, że dorosły mężczyzna może naprawdę wyrzec się swojej seksualności i nie tylko się wyrzec, ale realnie tego wyrzeczenia przez całe życie dotrzymać? To tak dalece niesamowite, że wręcz niemożliwe jest, byśmy o to nie pytali. A jednak społeczeństwo zachowuje się, jakby wierzyło i o tę wiarę nikt nie pyta. Dlaczego?

Spójrzmy na Grę o Tron. Społeczeństwo wierzy, że istnienie „istoty z innego świata”, kogoś kto nie podlega ludzkim namiętnościom, jest możliwe. Wierzy w to, ponieważ tylko istnienie takiej istoty sprawia, że cała reszta naszego życia może mieć sens. Bo jest coś, co się w jego logikę nie wpisuje do końca. Bo możliwy jest celibat, więc istnieje coś więcej niż popędy. Bo możliwe jest istnienie instytucji, która robi coś, choć niczego nie kupuje, ani nie sprzedaje. Tak bardzo chcemy w to wierzyć, że gotowi jesteśmy podtrzymać tę fikcję każdym kosztem. Nawet kosztem dzieci. Jest taki popularny motyw w kulturze: smok, albo inny potwór żyje gdzieś samotnie obok miasta i żyje jakby we własnym świecie, ale o mieście wie. Mógłby je zniszczyć, lecz tego nie robi, ale ma to swoją cenę. Co pewien czas trzeba mu dostarczyć ofiarę w postaci dziewic, młodych niewiniątek, lub czegokolwiek innego w tym rodzaju. I miasto dostarcza tę ofiarę, by móc istnieć obok tej istoty z innego świata. Czy opłakuje wysłane osoby? Raczej zapomina o nich jak najszybciej. Ich poświęcenie służy istnieniu systemu. W różnych wersjach to różnie wygląda. Czasem to Minotaur i młodzież, czasem smok i dziewice, czasem King Kong i chyba też jakieś dziewice. Ważne, by był obok naszego życia jakiś umysł rządzący się innymi zasadami, którego narracja jest dla naszej dopełnieniem. Płacimy za istnienie tej istoty srogi okup. Na przykład za wiarę w celibat płacimy niedowierzaniem dzieciom. Celibat zaś, lub dowolna jakaś inna forma psychicznej i seksualnej odmienności to jedyne, w co ludzie mogą jeszcze chcieć wierzyć. Nie dlatego, że uważają to za prawdopodobne, ale dlatego, że tylko taka odmienność gwarantuje dość niezależności, by nie ulec ludzkim pokusom, namiętnościom i ludzkiemu szaleństwu, tak jak uległa mu Daenerys pokazując, że wszelkie utopie kończą się tam, gdzie zaczyna się sercowa porażka. Dlatego smok zawsze będzie dostawał ofiary.

Władzę możemy oddać tylko komuś, kogo punkt widzenia, jak chcemy wierzyć, jest od naszego całkowicie inny. W Grze o Tron ostatecznie przejmuje władzę człowiek, którego ścieżek myśli nikt nie pojmie. Co też on mówi do śmiertelników? Oto jego ostatnie słowa: byłeś dokładnie tam, gdzie powinieneś być. Jesteś dokładnie tam, gdzie powinieneś być. Te słowa oczywiście nic nie znaczą, dlatego każdy z nas chętnie przypisze im jakiś swój sens. I tego Państwu, w nowym świecie po tych wyborach, życzę jak najserdeczniej.

Paweł Droździak

Komentarze: 3

1. Peterson vs Žižek • autor: Ylvaluiza (2019-05-28 00:24:54)

Myślę, że Peterson słusznie zwraca uwagę na konieczność zrobienia porządku we własnym wnętrzu, bo tylko wtedy, gdy ktoś zajrzy wgłąb własnej nieświadomości i zmierzy się z własnymi lękami i kompleksami może zyskać samoświadomość, zdrowe poczucie własnej wartości oraz odwagę konieczne do walki o lepszy świat bez niszczenia przy tym innych. Natomiast Žižek również mówi na koniec ważną rzecz: "Nie czujcie się zmuszeni do bycia politycznie poprawnymi" (nawet gdy jesteście lewicowi). Utożsamianie się z jakimkolwiek systemem jest według niego groźne - zawsze trzeba myśleć samodzielnie. Pojawia się problem, gdy głosujemy na jakąś partię - musimy przyjąć cudze poglądy w całym pakiecie także wówczas, gdy ich część nam nie odpowiada i pamiętając, że posłowie będą głosować jak im wódz i dyscyplina partyjna rozkaże, nawet gdy ich własne sumienie mówi coś innego. Jak jesteś z prawicy, masz obowiązek wierzyć, że ocieplenia nie ma, jak z lewicy - masz obowiązek przyjąć imigrantów - itp..   

2. Tej patologii nie ma w Szwajcarii • autor: JSC (2019-05-28 02:16:52)

(...)Pojawia się problem, gdy głosujemy na jakąś partię - musimy przyjąć cudze poglądy w całym pakiecie także wówczas, gdy ich część nam nie odpowiada i pamiętając, że posłowie będą głosować jak im wódz i dyscyplina partyjna rozkaże, nawet gdy ich własne sumienie mówi coś innego.(...)
Tam co kwartał jakieś referendum WIĄŻĄCE!!! W tym trybie można skorygować... nawet zakup myśliwców dla armii https://www.defence24.pl/szwajcarzy-nie-chca-gripenow. Przy ichniejszym modelu służby wojskowej referenda w sprawie sprzętu militarnego nie są takie głupie.

3. nie tylko prawda jest gdzie indziej.. • autor: Jerzy Pomianowski (2019-05-28 15:34:04)

"Życie jest gdzie indziej"
(Milan Kundera)