Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-12-08

Włodzimierz H. Zylbertal

O niebezpieczeństwie monokultury duchowej

Jak ogólnie wiadomo, największym skarbem przyrody jest jej bioróżnorodność – wielość gatunków, bogactwo genowe populacji, itp. cechy ekosystemów. Za największe zagrożenie ekologiczne powszechnie uważane jest nie co innego, jak właśnie dramatyczne zmniejszanie się bioróżnorodności w wyniku degradacji środowiska, wprowadzania monokulturowych upraw i takiejż hodowli na wielkich obszarach. Ważnym elementem świadomości ekologicznej jest przekonanie, że przemysłowe metody eksploatacji środowiska, choć w perspektywie krótko- i średniookresowej pozwalają maksymalizować zyski przez uproszczenie procesu produkcji żywności – na dłuższą metę są nie tylko nieopłacalne (gleba wyjałowiona monokulturową uprawą wymaga coraz większej ilości chemii, która nie jest za darmo), ale wręcz samobójcze nie tylko ekologicznie (używane w nadmiarze substancje nawożące, wymywane do wód podziemnych i wprowadzane do globalnego obiegu, nie są dla środowiska obojętne, a wręcz przeciwnie). Monotonia żywienia, wynikająca z monokulturowości upraw jest istotnym czynnikiem obniżającym zdrowotność społeczeństw. Na ten fakt zwracają zresztą uwagę zgodnie i ekolodzy, i przedstawiciele “oficjalnego” nurtu polityki żywnościowej – eksperci organizacji międzynarodowych, takich jak choćby FAO.

O ile w sferze materialnej, czy też przyrodniczej, świadomość niebezpieczeństw, jakie niesie monokulturowość jest na tyle znaczna, że potrafi już, choć na niewielką skalę, uruchamiać i namysł, i pieniądze, o tyle w sferze kulturowej – dla człowieka przecież równie ważnej, a może i istotniejszej niż przyrodnicza! - świadomość niebezpieczeństwa monokulturowości jest niewielka, wręcz żadna. Przy czym monokultura duchowa, to nie tylko wielokrotnie już wyklinane a wszechobecne MacDonaldy i myszka Miki, czyli amerykanizacja powszechna w najpłytszym, a przez to najgorszym wydaniu; to przede wszystkim zanik lokalnych tradycji, właściwych małym społecznościom. Udaje się wprawdzie od czasu do czasu stworzyć a nawet utrzymać przez dłuższy czas jakąś małą wspólnotę, skupioną wokół silnej osobowości, lub eksperymentu społecznego [1], ale rekwizyty, jakimi się ta wspólnota posługuje, materialne i nie, są rodem z nielubianej przez zwolenników rożnorodności i lokalności globalizacji. W efekcie społeczności takie, nie mając czegoś specyficznie “swojego”, a tylko zawłaszczając elementy kultury masowej, łatwo rozmywają się w anonimowej masie, gdy zabraknie przywódcy. Powstają i inne niebezpieczne zjawiska: wspólnota, niepewna siebie, ani swojej tożsamości, łatwo staje się ksenofobiczna. Przykładami takich całkowicie spaczonych lokalności są niektóre subkultury młodzieżowe na betonowych osiedlach.

Tymczasem, gdyby istniała autentyczna wielokulturowość, zakorzeniana przez czas dłuższy i wpajana, jako coś oczywistego od dziecka – zjawiska lęku przed “obcymi” i wynikające stąd nieufność a nawet agresywność, byłyby zapewne marginalne. Żyjemy jednak w czasach, gdy globalizacja (także globalizacja idei i zachowań ludzkich) dopiero zaczyna swój zwycięski pochód przez świat. Pewne jej elementy są bez wątpienia pożyteczne (takie, jak choćby standardy technologiczne, ekonomiczne, czy... ekologiczne), inne trzeba zdecydowanie tępić. Wśród tych ostatnich na pierwszym miejscu bez wątpienia postawimy ekonomiczną z ducha swego zasadę “równania do najniższego wspólnego mianownika”, w kulturze masowej obowiązującą jako dogmat, a dla postulowanej tu wielokulturowości zabójczą. Zasada ta nakazuje tak preparować treści kulturowe, aby były zrozumiałe dla możliwie najszerszych rzesz odbiorców. Tylko wtedy produkty kultury będą możliwie do skomercjalizowania na wielką skalę. A ponieważ w skali świata gros odbiorców to ludzie niewykształceni i niezbyt przygotowani do aktywnego kształtowania kultury, przeto i treści ulegają niemiłosiernemu zwulgaryzowaniu. Potem już spirala nakręca samą siebie: odbiorca masowy jest niepewny siebie i zależny od podawanych mu treści, którymi się utwierdza. Jest zatem oczywiste, że będzie konserwatywny, więc nie ma wielkich możliwości stworzenia dla niego czegoś nowego i odkrywczego. Zasadę tę lapidarnie ujął kiedyś jeden z managerów EMI Records: “nowa płyta może być dowolna artystycznie, jeśli tylko będzie wystarczająco podobna do takiej, co się już dobrze sprzedała!”. W praktyce twierdzenia takie i podobne zamykają twórcom drogę ich własnego rozwoju, a odbiorcom szansę na awans do wyższej kategorii kulturowej. Następuje zalew rynku produktami dobrze opakowanymi marketingowo, lecz miałkimi. I - co najgroźniejsze – samorodni twórcy, z jakich “od zawsze” rekrutowali się luminarze kultury jako takiej, też równają do zastanego poziomu, bo inaczej nie mają szans na wypłynięcie. Gdy nawet zdobędą już pewna pozycje i związaną z tym niezależność - nie są przeważnie zdolni do tworzenia nowych wartości. Lustrzanym odbiciem tego procesu jest grupa permanentnych buntowników i prowokatorów, która też niczego nie tworzy, bo całą energię kieruje w bunt zamiast w twórczość.

Wszystkie te zjawiska są w większym lub mniejszym stopniu powiązane z monokulturą duchową.

Monokultura duchowa nie jest, jak można by pomyśleć, tylko nieodrodnym dzieckiem globalizacji i spłycania powszechnego. Istnieje od dawien dawna. Od przysłowiowych niepamiętnych czasów wszelcy zdobywcy starali się nie tylko eksploatować gospodarczo podbite ziemie, ale i wykorzenić ich rodzime bogactwo kulturowe, zastępując je kulturą własną, powielaną na skalę opanowanego imperium. W najlepszym wypadku owo bogactwo było zawłaszczane i przykrawane do potrzeb ideologii aktualnie panującej. Postępowali tak Asyryjczycy, Babilończycy, Chińczycy, Rzymianie, Mongołowie a w czasach nowszych Napoleon, naziści i Rosja sowiecka; dokładnie tak czynili też wszelkiej maści misjonarze „objawionych” religii. Ale też nawracający świat na swoją wiarę zdobywcy aspirowali do kultury elitarnej, wskutek czego szybko się cywilizowali, pozostawiając lokalne korzenie - jako nie należące do kultury „wysokiej” wprawdzie mocno zdewastowane, lecz żywe i płodne. Kultura służyła jako legitymacja władzy, więc musiała być na miarę ambicji władzy. Dopiero masowa komercjalizacja kultury w wieku XX pokazała, jak zgubne mogą być skutki ujednolicania kultury na skalę globalną. W efekcie dzisiejsza kultura masowa jest niesłychanie uboga w propozycje duchowe i sztucznie utrzymuje swoich odbiorców na niskim poziomie mentalnym. Kultura zaś dawniej nazywana „wysoką”, nie mogąc czerpać ze zubożonych korzeni, dziwaczeje i traci kontakt ze światem realnym.

Zjawisko monokulturowości duchowej jest groźne także dla ekologiczności sensu stricte, zajmującej się ochroną środowiska. Człowiek bowiem powiela wokół siebie to, co ma w sobie, w tym przypadku monokulturę. Nie jest przypadkiem, że zbiega się czasowo powstanie wielkich monokulturowych upraw z rozplenieniem się lichych treści kultury masowej. Także wielkie i małe totalizmy XX stulecia to monokulturowości duchowej przejaw wyjątkowo odrażający.

W imię obowiązującej w ekologizmie ochrony różnorodności warto się zainteresować i róznorodnością kulturową. Wspierać jej ideę, zaszczepiać tam, gdzie z różnych przyczyn nie funkcjonuje i wspomagać na miarę możliwości tam, gdzie już lub jeszcze jest. Bo właśnie w różnorodności siła, jak przekonująco udowodnił to Renee Dubos w wydanej przed kilku laty książce „Pochwała różnorodności”. Gdy w nas będzie dla różnorodności kulturowej przyzwolenie, gdy rozkwitnie nieodmiennie związana z nim tolerancja - także i bioróżnorodność lepiej będzie rozumiana i bardziej naturalnie praktykowana na co dzień.


[1] Przykładem eksperymentu społecznego mogą tu być choćby wspólnoty skupione wokół tzw. pieniądza lokalnego, zaś przykłady, gdy silna osobowość – działacz lokalny, lub choćby proboszcz parafii potrafią utworzyć wokół siebie wspólnotę i wyznaczać jej cele, są liczne i wielokrotnie były opisywane i analizowane.

Włodzimierz H. Zylbertal

Komentarze: 11

[foto]1. mega cywilizacja • autor: Joanna Najdowska (2014-12-15 13:41:38)

Nie jesteśmy sami we Wszechświecie.

Sądzę, że w obecnych czasach, dzięki coraz głębszemu rozumieniu zjawiska fraktalności, poszerzamy naszą świadomość kosmiczną (od geocentrycznej, poprzez heliocentryczną, galaktyczną i in.) na tyle, że zmiany jakie zachodzą w naszej zbiorowej świadomości muszą wygenerować przeobrażenia w strukturach przejawionych. Takie przeobrażenia dokonują się w kierunku tworzenia form coraz bardziej złożonych, i zarazem będących spójną Całością (Pełnią na wyższym poziomie złożenia).

Łatwo zobrazować to procesem organizowania się plemion w państwa a następnie unie itd  Aby powstała unia państw, najpierw muszą z plemion powstać państwa; aby wejść do „unii galaktycznej” musimy utworzyć „państwo: Ziemia”. Jest to oczywiście pewna wizja.

„Wielka ziemska mono-mega-cywilizacja” grozi nam w sytuacji, jeśli nie zdołamy stworzyć spójnej cywilizacji wielokulturowej.

[foto]2. @joanna • autor: Boruta /Bogdan Zawadzki (2014-12-15 10:31:03)

celne spostrzeżenia ...

musiałem jednak zreflektować swój wcześniejszy pogląd ...i w związku z tym naszła mnie kolejna myśl [być może całkiem chybiona...błędna(?)]

Otóż piszesz o "być może" tworzeniu się jednej cywilizacji Ziemian.... a ja dopuszczam, że taka JEDNA mono-cywilizacja może w ogóle nie powstać. Bo "cywilizacja" jaka by nie była musi odbijać się na tle innej cywilizacji (lub proto-cywilizacji) ..."Cywilizacje" musimy jakoś opisać-odnieść do czegoś. A jeżeli jesteśmy sami we Wszechświecie, to odpowiedź nasuwa się sama  ...nie będzie się do czego odnieść. Może być tak, że zaistnieje jedna jawna cywilizacja i druga (anty) tj. opozycyjna w stosunku do niej ("podziemna") cywilizacja ...Świat nie jest przecież jednobiegunowy. Zresztą nic mnie tak nie przeraża jak wielka ziemska mono-mega-cywilizacja. ...z której nie będzie dokąd uciec ...


Pozdrawiam

[foto]3. Bogactwo treści • autor: Joanna Najdowska (2014-12-15 07:50:31)

Pozwolę sobie włączyć się do wymiany myśli na temat monokultury duchowej, bo chciałabym zwrócić uwagę na zjawisko bogactwa (lub ubóstwa) treści. Bliskie są mi idee bioróżnorodności, wielokulturowości, współistnienia i współpracy różnych elementów jednego organizmu.

Ale to właśnie istnienie owego JEDNEGO spójnego organizmu jest kluczem do możliwości asymilacji treści wzbogacających ten organizm. Jeśli do określonego ekosystemu wprowadzimy jakąś jedną roślinę nowego gatunku, to prawdopodobnie cały system zostanie po prostu o tę roślinę wzbogacony. Podobnie, 100 lat temu, treści kultury Wschodu wzbogacały kulturę Zachodu, bo w pewnej dostatecznie długiej jednostce czasu możliwe było przyswojenie nowych idei.

Dziś mamy do czynienia z innym zjawiskiem. Wymiana informacji, przepływ substancji myśli jest tak szybki i rozległy, że następuje przeładowanie przestrzeni treściami i zamiast rozwoju pojawia się chaos.

Telewizja, internet epatują nas taką ilością bodźców poznawczych, że gubimy się w tej wieloskładnikowej niespójnej masie, i nie ma już mowy o akceptacji odmienności, bo tracimy punkty odniesienia, bo każdy element jest inny, bo w tej masie rozbiciu ulegają struktury (w tym relacje: my – oni). To rozproszenie i izolowanie się ludzi jest znakomitą bazą do programowania umysłów w kierunku bez-wartościowego konsumpcjonizmu.

Być może jest to etap procesu tworzenia się jednej cywilizacji Ziemian. Czy jest możliwe, aby dokonywało się to w formie nadawania wspólnego mianownika wysokim treściom różnych kultur? Czy jesteśmy w stanie stworzyć spójną cywilizację, w której te same treści będą różnie wyrażane w różnych kulturach?

[foto]4. ciekawe • autor: Boruta /Bogdan Zawadzki (2014-12-10 06:45:56)

spostrzeżenia ...

"....Teraz w nowej cywilizacji sieciowej, dzięki rozwojowi komunikacji, mogą powstawać o wiele większe grupy..."

"...Cywilizacja sieciowa spowoduje o wiele bardziej swobodny wybór przynależności do różnych grup przez ludzi. I jednocześnie większą rywalizację wśród liderów o członków grupy..."

A czy ktoś w ogóle dopuszcza taką myśl, że w "cywilizacji sieciowej"  w której bardziej swobodnie będą powstawać o wiele większe grupy i nasilać się będzie silniejsza rywalizacja o prymat nad ich członkami również konflikty przybiorą na sile.

"Postęp" pozwala rozwiązywać wiele problemów bieżących, a w związku z tym zwiększa nasze aspiracje (do rozmiarów nie spotykanych wcześniej) i w rezultacie generuje nową rzeszę niezadowolonych, gotowych osiągnąć wszystko, chociażby podstępem lub siłą (tak zwyczajnie na chama...śmiech). Oczywiście nie piszę tutaj o społeczeństwie spacyfikowanym medialnie jak nasze, bo to nie czas i nie miejsce.

Chociaż wszystko się zmienia (scalanie-łączenie,...itp), to naszemu wznoszeniu się na "wyższy" poziom towarzyszy przenoszenie nań tego co nas konfliktuje ... (pod tym względem ludzie się nie zmieniają)  

Pozdrawiam

[foto]5. Atraktory? • autor: Wojciech Jóźwiak (2014-12-09 22:00:09)

Nie wiem, Przemku, o który artykuł Ci chodzi, a ja całego swojego dorobku nie pamiętam.
Z Googli znalazłem:
http://www.taraka.pl/astrologia_prawo_serii_teoria
http://www.taraka.pl/fala_tarota
http://www.taraka.pl/chce_bog_cywilizacji_religii

i jeszcze Skusikula pisał o atraktorach:
http://www.taraka.pl/laurka_lorenzow

[foto]6. Dlaczego? • autor: Wojciech Jóźwiak (2014-12-09 20:57:00)

Ekosystemy ewoluują w kierunku wzrostu różnorodności. W miarę czasu stają się coraz bardziej różnorodne. Oczywiście prócz zdarzających się katastrof, jak wejście pustyni lub lodowca.
To dlaczego ludzkie społeczne "kulturowe ekosystemy" ewoluują w kierunku zanikania różnorodności?
Co tutaj jest nie tak?

[foto]7. Atraktory • autor: Przemysław Kapałka (2014-12-09 21:38:10)

Wojtku, może odgrzebiesz swój dawny tekst o atraktorach? (ja go nie znajdę). Może coś w tym jest?

Ekosystemy ewoluują w stronę różnorodności. Ale kiedy zejdą się dwa ekosystemy (na przykład na skutek połączenia dwóch mórz kanałem), z reguły jeden zanika.

[foto]8. Zgadzam się • autor: Przemysław Kapałka (2014-12-09 18:37:57)

Moim zdaniem te spostrzeżenia są genialne.


[foto]9. Też tak uważam :) a ponadto: • autor: Wojciech Jóźwiak (2014-12-09 18:51:20)

"Powstają i inne niebezpieczne zjawiska: wspólnota, niepewna siebie, ani swojej tożsamości, łatwo staje się ksenofobiczna. Przykładami takich całkowicie spaczonych lokalności są niektóre subkultury młodzieżowe na betonowych osiedlach."
Oraz Grzegorz Braun (o którym dzisiaj pisał Roman Fierfas: Jeśli nie demokracja, to jaka monarchia?) i inni miłośnicy spychania Polski w zamkniętą przykościelność.
A Peter Sloterdijk pokazuje, że to nie tylko ksenofobia, ale coś bardziej podstawowego i groźniejszego: auto-tresura w kierunku grupowego zamknięcia się przeciwko niebezpiecznemu "światu". Czyli "długi cień Synaju" -- patrz wczorajsze: Sloterdijka cień Synaju
Oj ta historia ludzi to jedna wielka patologia. Małpyśmy ledwo po wierzchu myśleniem przypudrowane.

10. Witam, Panie Włodziemierzu, bardzo mi miło spotkać Pana chociażby w takiej formie • autor: (2014-12-09 11:19:38)

Z przyjemnością i zaciekawieniem czytałem Pana teksty (tak jak Wojtka) Z racji mojego zainteresowania astrologią. Niestety okazała się zbyt trudna dla mnie. Cóż jestem prosty człowieczek.
Mimo to pozwolę sobie ma mały komentarz.
Od dawna twierdzę i piszę że życie i rozwój jest tylko tam gdzie są różnice potencjałów, gdzie jest różnorodność. Bo tylko tam może powstać ruch, zmiana.
Czytając Pana tekst, z którym się zgadzam, pojawiły się takie myśli.
1 Czy w ogóle jest możliwe żeby życie jakie znamy nie biegło w stronę rozwoju? Inaczej mówiąc, może nawet ten niekorzystny proces globalizacji, standaryzacji jest naturalnym elementem rozwoju.
2. Wg. mnie życie jakie znamy przebiega po spirali. A jednym z fundamentalnych cykli jest dzielenie i scalanie. Grupy, społeczności dzielą się i łączą naprzemiennie. A globalizacja jest naturalnym elementem tego cyklu. Zresztą jestem przekonany że jako ludzkość żyjemy w czasie transformacji cywilizacyjnej. Umierania dotychczasowej i narodzin nowej cywilizacji. Spirala życia wraca do punktu wyjścia ale na kolejnym poziomie rozwoju. Kończy się cywilizacja hierarchiczna (globalizacja) a nadchodzi cywilizacja sieciowa (grupowa, rozdrobniona).  
Trzecia myśl. Łącząca poprzednie. Ta nadchodząca cywilizacja sieciowa jest kolejnym poziomem poprzedniej rozdrobnionej. Kiedy świat, ze względu na brak swobodnej komunikacji, tworzyły mniejsze, niezależne lokalne grupy. Związane z lokalizacją i zależne od niej. Tym samym było wiele grup i wielu lokalnych liderów. Teraz w nowej cywilizacji sieciowej, dzięki rozwojowi komunikacji, mogą powstawać o wiele większe grupy. Poza tym mogą być całkowicie niezależne od lokalizacji, stanu fizycznego posiadania ziemi. Są całkowicie niezależne od granic, państw i tak dalej. Wszystko to stwarza całkowicie nową jakość cywilizacji. W której prawdopodobnie powstanie nowa grupa liderów i przewodników znacznie większych grup. Do czego może przyczynić się też to "równanie w dół" w dotychczasowej cywilizacji. Co ja zwykle opisuję jako selekcję negatywną. Cywilizacja sieciowa spowoduje o wiele bardziej swobodny wybór przynależności do różnych grup przez ludzi. I jednocześnie większą rywalizację wśród liderów o członków grupy.
Widać że rozwój cywilizacyjny przyśpiesza w niewyobrażalnym tempie. Może dzięki temu jeszcze zdążymy zobaczyć w jakim kierunku zmierzamy jako ludzkość, jako ziemianie.   

[foto]11. Ostatni sens istnienia małych języków • autor: Wojciech Jóźwiak (2014-12-08 18:36:46)

Taki wydaje mi się ostatni sens istnienia "małych" języków, czyli języków niewielkich liczebnie narodów: są one ostojami, "rezerwatami", które przechowują i podtrzymują  kulturową różnorodność -- lub przynajmniej mogą to robić.
Gdy się o tym pomyśli, to przynajmniej mniej przykre jest to, że się jest "fonem" marginesowego polskiego języka. ("Fon" od "frankofon", "anglofon" itp.) -- Chociaż z tego powodu spada się o parę pięter w dół na światowej liście rang, tych wg. Mindella.