Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2012-11-07

Wojciech Jóźwiak

Nowy szamanizm poza i pomiędzy imitacją, spektaklem, terapią i religią


Nowy szamanizm to – jak pewnie domyśla się każdy Czytający – szamanizm praktykowany ludzi przez ludzi „nowoczesnych”, żyjących we współczesnej cywilizacji, wyedukowanych i mających dostęp do książkowej wiedzy, która coraz częściej jest wiedzą internetową. Do tego nie mających szamańskich korzeni, tzn. nie mających przodków ani krewnych, którzy praktykowaliby ten etniczno-plemienny stary szamanizm; ani bezpośredniego, ustnego przekazu od owych przodków lub krewnych. Nowy szamanizm przychodzi do kogoś przez wybór, podobnie jak inny zawód lub hobby, a nie przez napór tradycji. Nowy szamanizm bywa nazywany neoszamanizmem, którego terminu nie lubię, z powodów których tu nie będę wyliczać.

Nowy szamanizm jest u nas rzeczą nową, a jako nowość jest narażony na nieodróżnienie od rzeczy starszych i trwalszych, na wessanie przez nie i w końcu na to, że zostanie przez nie zdezintegrowany. Artykuł ten piszę więc jako, po części, poradnik dla praktykujących, pozwalający im „nie dać się” tym sąsiednim i mocniejszym formacjom, których widzę co najmniej cztery wymienione już w tytule, a są to: religia, psychoterapia, sztuka (sztuka spektaklu) oraz „zabawy w Indian” czyli to, co w odniesieniu do historii nazywa się rekonstrukcjami lub rekonstrukcjonizmem.


Kłopot z religią

Praktycy nowego szamanizmu („nowi szamani”, tak będę ich czasem dla skrótu nazywać) na szczęście nie usiłują zakładać „kościołów”. Być może wyjątkiem są trzy kościoły w Brazylii używające ayahuaski jako sakramentu; sprawa jest jednak daleka i egzotyczna, do tego nie wiadomo, czy działalność tych denominacji w ogóle można uznać za szamanizm. Wpływ religii, nawykowego pojmowania religii i książkowego zaliczania szamanizmu do religii, jednak działa, chociaż jest subtelniejszy.

Tym, co wpuszcza religijne nawyki do szamańskich praktyk jest niedobór form. Niedobór form wydaje mi się powszechną dolegliwością wśród nowych szamanów. To co robi się w ramach i pod firmą nowego szamanizmu jest często niedostatecznie określone, za to improwizowane; zresztą ta improwizacja nie jest błędem, lecz istotą sprawy, gdyż przychodzi jako „dar” w wyniku rozbudzenia mocy psyche podczas szamańskich praktyk. Jednak szamańskim działaniom stale towarzyszy mniejszy lub większy niedobór form, przejawiający się np. w westchnieniach w rodzaju: „co by tu jeszcze można zrobić...”. Wyzwolona energia wręcz domaga się rytualnych działań. Gdy brak form „szamańskich”, w to miejsce wchodzą formy znane i nawykowe, brane przeważnie z macierzystej religii i innych rytuałów lepiej znanych uczestnikom. Ja sam na swoich działaniach w pewnym momencie zauważyłem, że nasze spotkania mają skłonność upodabniać się do imieninowych biesiad i do składania życzeń jak pod choinką; a do żywiołów niektórzy przemawiają jak do „bóstw błagalnych” (jęczalnych?), z których słynie polski katolicyzm. Oczywiście zacząłem próbować temu przeciwdziałać.

W Stanach Zjednoczonych za to, jak się wydaje, w podobnym kontekście do głosu dochodzą dwa inne przemożne wdruki tamtejszej dominującej religii, protestantyzmu, mianowicie apokaliptyczny profetyzm oraz pęd do uzdrawiania. Apokaliptycznemu profetyzmowi pozwolił się owładnąć sam Terence McKenna,→1 który swoje wizje najwyraźniej przekierował na głoszenie nadciągającego Końca Wszystkiego, który w pewnym momencie utożsamił z rokiem 2012, zmianą baktunów z kalendarza Majów. Śpiewki o „nowych czasach”, „przełomie” lub „czasie ujawniania tajemnych przekazów”, nagminne w wykonaniu prócz tego trzeźwych amerykańskich (czy szerzej: ze strefy języka angielskiego) neo-szamanów bywają nudnie niestrawne; ciekawe jak przeformatują się ich głosiciele, kiedy rok 2012 się skończy i nic się nie wydarzy?→2

Tamtejsze utożsamianie szamanizmu z uzdrawianiem też nie wygląda na szamański przekaz, tylko na zastosowanie do nowego szamanizmu starego tradycyjnego protestanckiego poglądu-wdruku, że duchowa moc entuzjastycznego lidera połączona z ekstazą adepta ma tegoż uzdrowić, kulawemu kazać chodzić, ślepemu widzieć itd. Zapomina się przy tym, że szamani „etniczni” robili dużo więcej niż leczyli i z ich palety możemy wybrać wiele więcej kolorów. Szaman działał jako poeta, jako „pamiętacz”, rozstrzygacz sporów, jako wieszcz-wróżbita, nauczyciel, znawca przyrody, zaklinacz deszczu... Ale przede wszystkim jako ten, którzy trzyma sens – podtrzymuje u swoich ziomków poczucie, że świat idzie dobrą drogą i jest w równowadze, jakkolwiek by to nazwać. W dzisiejszym świecie – jednak, chyba – nie ma sensu ni powodu, żeby szamańskim leczeniem zastępować całkiem niezłą naukową medycynę. Wrócę do tego dalej.

Główna – istotowa – różnica między (nowym) szamanizmem a religiami (przynajmniej tymi z naszego kręgu kulturowego) jest taka, że religie dążą do „wieczności”, swoje formy mają za odwieczne i (najlepiej, gdyby) niezmienne, i za naśladowanie danego raz na zawsze „przed wiekami” niezmiennego archetypu. Religie mają skłonność zamykać się w tym, co było, w swojej niezmienności. Szamanizm, inaczej, jest doraźny, improwizowany, stale otwarty na to co przychodzi „kanałem świata” (jakby powiedział Arnold Mindell). Może sobie na to pozwolić, ponieważ polega nie na kapłańskim recytowaniu ksiąg według niezmiennego scenariusza, tylko na osobistej i chwilowej mocy albo i fantazji szamana.

Tu koniecznie dopowiem anegdotę o tym, czym mnie „uwiódł” (lub „kupił”) David Thomson u którego zaczynałem praktyki z bębnem i szałasem potu w latach 1990-tych. Pierwsze warsztaty, które on prowadził, a ja uczestniczyłem, odbywały się koło Lubartowa w okolicy pełnej stawów, gdzie żyją masy ptaków, w tym bociany białe i czarne, i czaple siwe i podobno też purpurowe.→3 Podczas ceremonii otwarcia kręgu David patrząc w górę zwrócił uwagę na krążące nad nami bociany i zaprosił je do kręgu. Uderzyło mnie to, że nie posługiwał się sztywnym skryptem i umiał zauważyć i docenić istoty, niewątpliwie magiczne, ale najzupełniej obce jego rodzinnej Ameryce Północnej i tamtejszym kulturom, także tym tubylczym, bo bocianów w Ameryce Pn. zwyczajnie nie ma. A dla nas, Polaków, ważne, bo wręcz totemiczne. Było to uderzającym przeciwieństwem postawy buddyjskich nauczycieli, tak z Europy jak i Tybetańczyków, pod którymi praktykowałem w latach przed tamtym zdarzeniem, których „strumień nauk” był najzupełniej odcięty od naokolnego tu-i-teraz, miejscem działań były najchętniej sale pod dachem, a przyroda nijak nie brana pod uwagę ani jako źródło inspiracji ani jako ewentualny zasilacz dla umysłu.


Kłopot z terapią

Gdy przyjrzeć się historii zainteresowań szamanizmem w świecie Zachodu, jego importu i powstawania lub tworzenia nowego szamanizmu, jego związki z psychoterapią okazują się silne i nieomal „nierozerwalne”. Nie podejmuję się wyliczyć ani wszystkich przypadków, ani tych najbardziej znaczących. Niech wystarczy przypomnieć, że pierwsza i jak dotąd z największym rozmachem pociągnięta próba stworzenia własnej czyli niewzorowanej na „etnicznych” szamanach „szkoły” szamańskiej eksploracji umysłu – mam na myśli badania Stanislava Grofa, zarówno te z LSD jak i późniejsze z oddychaniem holotropowym – zaczęła się pod firmą psychiatrii i za cel miała początkowo wypracowanie pewnych pomocniczych metod dla psychiatrów, później zaś stworzenie „terapii holotropowej” wykorzystującej pogłębiony oddech, odkąd użycie LSD i innych psychodelików zostało skryminalizowane najpierw w USA, potem prawie wszędzie. Znane jest także powoływanie się przez Arnolda Mindella, twórcy, propagatora i „papieża” Psychologii zOrientowanej na Proces (POP) na szamańskie inspiracje jego metody. W Polsce autor pierwszej książki o szamanizmie dla praktyków, Robert Palusiński, równolegle działa od lat jako terapeuta mindellowski. Wspomniany wyżej David Thomson, z zawodu psycholog, znalazł się w Polsce ze swoimi szamańskimi warsztatami poprzez EUROTAS – The European Transpersonal Association, stowarzyszenie psychologii transpersonalnej. Na liście komitetu doradczego Instytutu Wasiwaska,→4 zajmującego się badaniem roślin psychoaktywnych i indukowanych przez nie „integracyjnych” (czyli szamańskich) stanów świadomości, znajduje się 9 psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów – największa grupa zawodowa na tej liście. Itd.

Czy wobec tego nie należałoby przyjąć, że nowy, ten zachodni-cywilizowany szamanizm jest po prostu częścią i działem psychoterapii? No tak, ale rzucenie się w objęcia silniejszego sojusznika grozi pochłonięciem lub zgnieceniem... Zaliczony do psychoterapii, szamanizm straciłby swój „nerw”. Utraciłby to, co jest jego siłą, a więc aurę tajemnicy i niezwykłości. Jeśli przyjąć za Michaelem Winkelmanem,→5 że stany świadomości dzielą się na cztery mody (modes): 1) zwykle czuwanie, 2) sen z marzeniami sennymi, 3) głęboki sen i 4) świadomość „integracyjna”, czyli wizyjna, ekstatyczna lub szamańska, to tajemnica i niezwykłość otacza właśnie ów czwarty stan. Tymczasem psychoterapia – jak każda nauka lub naukowo uzasadnione postępowanie – nieodmiennie pozostaje w obszarze nr 1., zwykłego czuwania, zaś wejście w czwarty mod skutkuje zdmuchnięciem racjonalistycznych, przedmiotowych (obiektywnych) metodologii i poglądów. Dlatego nauka (taka jaka istnieje dotąd) i naukowo wsparte postępowanie musi albo rozbrajać i neutralizować to, co przychodzi z czwartego modu świadomości, albo przestaje być nauką. Można by figlarnie powiedzieć, że nauka i szamanizm działają „w innych kanałach” lub wręcz „na innych dragach”. Co naukowcy działający w transpersonalnej branży rozwiązują jak się wydaje tak, że oscylują pomiędzy niepasującymi do siebie rolami: naukowca i ekstatyka. (Być może już temu dysonansowi gdzieś zaradzono, tylko o tym nie wiem.)

Jak widać, zagrożenie jest obustronne, bo nie tylko szamanizmowi grozi, że zintegrowany z jakimś działem nauki lub naukowo motywowanej technologii (którą jest psychoterapia) utraci swoje „jaja”, ale również nauce grozi, że wszedłszy na serio w szamańskie doświadczenia, utraci swój obserwatorski dystans do przedmiotu – więc przestanie być nauką.

Drugim dysonansem między szamanizmem (tak tym starym, jak i tym nowym) a psychoterapią jest to, że psychoterapia nastawia się właśnie na terapię, czyli podciągnięcie pacjentów do poziomu „normy”, podczas gdy szamanizm, nowy chyba jeszcze usilniej niż stary (a podobnie jak joga), nastawia się na nieustanny i nieograniczony rozwój, w którym nie ma z góry ustawionych „celów” ani pułapów w rodzaju terapeutycznej normy. Frank Henderson MacEowen pisał o „szamańskim widmie” (shamanic spectrum),→6 które polega m.i. na tym, że gdyby ludzi w jakikolwiek sposób zajmujących się szamanizmem, włączając nawet jednorazowych uczestników weekendowych kursów, usadzić jeden koło drugiego według ich „szamańskich mocy” i poziomu rozbudzenia umysłu, to każdy miałby po swojej prawej ręce kogoś jeszcze potężniejszego lub bardziej przebudzonego i ta „galeria” nie miałaby kresu.

Z drugiej strony, szamanizm i psychoterapia są – jakoś – skazane na to, żeby siebie wzajemnie czujnie obserwować i nawzajem się inspirować. Istnienie szamanizmu jest wyzwaniem dla terapii, terapia zaś przypomina praktykom szamanizmu o tym, że ich praca nie może być sztuką dla sztuki, bo... potrzebujący czekają.


Kłopot ze sztuką, teatrem, spektaklem

Bliskie związki nowego szamanizmu ze sztuką, a zwłaszcza z dramatem i performansem, podkreślają tylko podstawową i przepaścistą różnicę. Marina Abramović (jedna z założycieli performansu) znana jest z poglądu, że „każdy artysta performansu musi znienawidzić teatr [dlatego,] że aktor udaje kogoś, kim nie jest”→7 – podczas gdy performer działa całym sobą, doświadcza prawdziwych emocji, w tym naprawdę cierpi. Aktor teatru (primo) coś/kogoś udaje i (secundo) robi to przed publicznością i dla niej. Performer tym od aktora się różni, że odrzuca pierwszy punkt: nie udaje. Praktycy nowego szamanizmu z kolei tym różnią się od performerów, że odrzucają również punkt drugi: tego, co robią, nie robią ani przed ani publicznością, ani dla niej, i w ogóle obywają się bez publiczności, a nawet więcej, ewentualna obecność gapiów zniszczyłaby i unieważniła ich działania.

Dobrą ilustracją jest tu kariera, jaką zrobiło słowo „warsztaty” (ang. workshop), dziś główne określenie imprez szamańskich. Warsztatami najpierw nazywano działania artystów, w tym ludzi teatru, czynione dla doskonalenia ich sztuki, ale bez widzów.

Poszukiwania wychodzące od szamanizmu i od sztuki (teatru lub performansu) spotykają się w obszarze, który Jerzy Grotowski, być może do dziś najwybitniejszy z autorów tych poszukiwań, nazwał „sztukami rytuału” (lub: rytualnymi), po angielsku: ritual art(s). Grotowski zdawał sobie sprawę z tego, że ten nowy gatunek sztuki, chociaż przeznaczony dla widza, to zawiera również coś, co jest dostępne tylko aktorowi (lub: performerowi) i być może ów przekaz „tylko dla aktora” jest ważniejszy niż przekaz idący do publiczności. W wyniku jego spektakle stawały się coraz rzadsze i grane dla coraz węższej publiczności, a przez ostatnie 30 lat jego działalności więcej u Grotowskiego działo się na warsztatach niż w przedstawieniach.

Druga sprzeczność między (nowym) szamanizmem a sztuką jest taka, że sztuka – każda, nie tylko teatr – jest tworzona przez wyspecjalizowanych perfekcjonistów. Ów perfekcjonizm, nastawienie na doskonałe i wciąż doskonalone opanowanie techniki, sprawia, że czynny udział w sztuce (czynne muzykowanie, śpiew, taniec, poezja, malarstwo, teatr itd.) z konieczności może być udziałem tylko nielicznych, a próg na wejście do tej kasty wybrańców jest wysoki. Działanie szamańskie stoją na przeciwnym brzegu tej skali: możliwość wzięcia w ich udziału powinien w zasadzie mieć każdy, niezależnie od swojego wyszkolenia; przy niektórych formach przeszkodą mogą być niedostatki zdrowia, np. lepiej nie wchodzić do szałasu potu z ostrym nadciśnieniem. Pod tym względem szamanizm stoi dużo bliżej terapii, gdzie pacjent raczej nie przechodzi kwalifikujących go surowych egzaminów, przeciwnie, terapia jest dla każdego potrzebującego. Z powyższego powodu szamanizm wydaje się nie być atrakcyjny dla artystów! Z czym sam wielokrotnie się stykałem. A to dlatego, że poezje, pieśni, tańce, melodie i formy plastyczne jakich potrzebujemy na naszych działaniach, są za mało ambitne – za mało perfekcyjne – dla poetów, muzyków, plastyków itd. Ich tworzenie wymaga innego nastawienia: nie szukania nowości, precyzji i glamouru, ale przeciwnie czegoś, co byłoby maksymalnie łatwe i skromne, ale nie pospolite. Stąd częste w (nowym) szamanizmie odwoływanie się do zasobów sztuki ludowej, archaicznej lub etnicznej, które z kolei często nie współgrają z „duchem” warsztatów nowego szamanizmu... itd.

Z drugiej strony, (nowy) szamanizm mógłby być – i może kiedyś będzie – źródłem jakościowo nowego i zapładniającego zamówienia pod adresem artystów; np. muzyka pod działania warsztatowe mogłaby zaistnieć podobnie jak kiedyś muzyka filmowa: z początku użytkowe zamówienie, a w dalszym rozwoju osobny gatunek. Przychodzące z Amazonii icaros, pieśni wspomagające rytuały ayahuaskowe, są tu jakąś zapowiedzią i nadzieją.


Kłopot z imitacją i autentycznością

Wiele wskazuje na to, że nowy szamanizm przekroczył już pewien zwrotny punkt: przestał być imitacją szamanizmu „starego”, etnicznego. Kiedy to się stało, trudno orzec; na pewno w różnych „liniach” w różnym momencie. Jeszcze około 10 lat temu w różnych miejscach w Internecie, gdzie się mówiło o szamanizmie, trwały – jakże gorące! – dyskusje o tym, czy „u nas”, a więc w krajach Zachodu, można być szamanem. Stronnictwo tych, co głosili, że szamanem może być tylko „plemieniec”, a szamanizm może być przekazywany tylko szlakiem rodzinno-plemiennej tradycji, było liczne i stanowcze. To się jednak zmieniało. Victor Sanchez, w wydanej w 2001 książce „The Toltec Path of Recapitulation”→8 odróżnił rolę szamana od doświadczenia szamańskiego. Szamanami bywają nieliczni – za to doświadczenie szamańskie potencjalnie może być udziałem każdego. Oprócz szamanów w tradycyjnym i etnicznym sensie, pojawiają się przewodnicy i organizatorzy doświadczeń szamańskich, adresowanych do ludzi miejskich, niezależnie od kontynentu. A raczej: organizatorzy i przewodnicy działań, które mogą wywołać szamańskie doświadczenia u ich uczestników. Długość powyższych omówień świadczy o tym, że potrzebna jest dla nich nowa nazwa.

Również granica między szamanizmem tradycyjnym a tym nowym cienknie i zaciera się. W Amazonii tradycyjnym szamanizmem enteogennym zajmują się tak Indianie, jak i nie-Indianie, przy czym oczywiście nie rasa jest tu ważna tylko przynależność kulturowa, która stanowi pełne spektrum, bo curandero może być równie dobrze tradycyjnym „plemieńcem”, jak i miejskim posiadaczem tytułu doktora nauk.

Z drugiej strony szaman (lub przewodnik doświadczeń szamańskich) mający solidne etniczne korzenie, jest od progu lepiej widziany przez potencjalnych odbiorców na rynku... Obserwuję wręcz snobowanie się na pobieranie nauk u możliwie „najbardziej rdzennych” nauczycieli. Co jeśli już nie spowodowało, to pewnie w bliskiej przyszłości spowoduje rozszczepienie się szamańskiego ruchu na dwie orientacje: jedni adepci będą szli za siłą doświadczeń, drudzy zaś – inaczej – za widoczną oryginalną etnicznością swoich mistrzów. Popadanie w szamanizm plastikowy grozi obu orientacjom. Plastikowe może być zarówno nadmierne utechnicznienie działań, jak i ślepe trzymanie się nauk jakichś Lakotów lub Jivarów.

W ramach zacierania się granicy między szamanizmami starym a nowym działa też i (chyba) nasila się kolejne zjawisko: napór nawet nie nowego szamanizmu, ale po prostu wulgarnego New Age'u na kultury tradycyjne. Kilka lat temu przetłumaczono na polski zdumiewającą książkę:→9 zbiór wywiadów z szamanami z wielu różnych kultur i stron świata, i okazuje się, że wszyscy oni mówią New Age'em! Zjawisko to – przenikanie języka, pojęć i mitologii New Age do kultur tradycyjnych – wydaje mi się bardziej nasilone niż to się wydaje, i tym bardziej warte badań w terenie. Może się bowiem okazać, że do zgłodniałych pierwotnej duchowej autentyczności i „dzikości” ludzi Zachodu, docierają ich własne marzenia i złudzenia odbite w umysłach rzekomo „dzikich” szamanów jak w lustrze! Byłaby to wyrafinowana zemsta za kolonializm.

Zachodni neo-szaman pozostaje między młotem a kowadłem: kowadłem posądzenia o małpowanie „prawdziwych” szamanów, tych etnicznych, młotem zaś – gdy za bardzo dostosowuje to co robi, do realiów współczesnego życia i techniki – oskarżenia o „plastik”. Tak źle i tak niedobrze. Wyjście znaleziono w „nacjonalizacji” lub (używając komputerowego terminu) „lokalizacji” swoich praktyk. Pionierem, jak się wydaje, był wspomniany Frank Henderson MacEowen, z pochodzenia Szkot, z zamieszkania Teksańczyk, który w bardzo młodym wieku przeszedłszy inicjacje u Lakotów, podczas Tańca Słońca, wielodniowej ceremonii połączonej z przebijaniem skóry, doświadczył wezwania, by wrócić do własnych rodowych korzeni. Swoje poszukiwania mające na celu rekonstrukcję swojego rodowego celtyckiego szamanizmu, opisał.→10 Jego starania i przemyślenia, po małych zmianach stosujące się również do naszego słowiańskiego substratu, pozostają od lat przysłowiową nicią przewodnią również dla piszącego te słowa.


Wojciech Jóźwiak


Tekst napisany w listopadzie 2012; najpierw publikowany w „trans/wizje, pismo psycho aktywne ” nr 3/2012.


→1 Terence McKenna. The Invisible Landscape. 1975, liczne wydania późniejsze.

→2 Tekst napisany w listopadzie 2012. Nic się nie wydarzyło.

→3 Ardea purpurea.

→4 http://www.wasiwaska.org

→5 Michael Winkelman. Shamanism. A Biopsychosocial Paradigm of Consciousness and Healing. 2010. W Internecie: http://pl.scribd.com/doc/109260482/Shamanism

→6 F. H. MacEowen. Reclaiming Our Ancestral Bones: Revitalizing Shamanic Practices in the New Millenium. Shaman's Drum, nr 58/2001, s. 15-19. Polski przekład: http://www.taraka.pl/kosci

→7 Za: Anka Herbut, „Ciało węża”. W: „dwutygodnik.com”, 90/2012. W Internecie: http://www.dwutygodnik.com/artykul/3901

→8 Victor Sanchez. The Toltec Path of Recapitulation: Healing Your Past to Free Your Soul. Bear & Comp., Rochester, Vermont. 2001

→9 Geseko von Lüpke. Dawna mądrość na nowe czasy. Rozmowy z uzdrawiaczami i szamanami XXI wieku. Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2009. Oryg.: Altes Wissen für eine neue Zeit..., 2008

→10 F. H. MacEowen. Rekindling the Gaelic Hearthways of Oran Mor; „Shaman's Drum” 49/1998. Polski przekład: http://www.taraka.pl/oranmor



Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.