Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2017-11-27

Dean Radin

Niewiarygodne
Rozdział 5 z książki „Zjawiska nadprzyrodzone. Nauka, joga i dowody”, wyd. Manendra 2017

Rozdział 5 z książki „Zjawiska nadprzyrodzone. Nauka, joga i dowody”, Wyd. Manendra 2017.
W Tarace za uprzejmą zgodą Wydawcy.


Jak tylko dotknąłem szerokiej, pustej misy, wypełniła się smażonymi na maśle lući (luci, indyjskie pieczywo), curry i wyjątkowymi słodyczami. Częstowałem się i obserwowałem, jak naczynie cały czas się wypełnia. Po posiłku rozejrzałem się za wodą. Mój guru wskazał miskę stojącą przede mną. Coś takiego! Jedzenie znikło, a w jego miejsce pojawiła się woda, przejrzysta jak z górskiego źródła. (…) Święty mędrzec podniósł ze stołu przepiękny dzban o uchwycie mieniącym się diamentami. – Nasz wielki guru stworzył ten pałac, krystalizując niezliczone wolne promienie kosmiczne – rzekł1.
Paramahamsa Jogananda

Poważnie? Mieniące się diamenty i skrystalizowane promienie kosmiczne? Pamiętam, kiedy jako nastolatek po raz pierwszy przeczytałem ten fragment. W przeciwieństwie do bajek, które mi się podobały i o których wiedziałem, że to fantazja literacka, ten tekst był przedstawiony jak prawdziwa autobiografia – coś autentycznego. Zazdrościłem Joganandzie, że był świadkiem takich cudów.

Wiele lat później, po uzyskaniu dyplomu studiów wyższych w zakresie inżynierii elektrycznej i psychologii pracowałem nad różnymi projektami w Bell Laboratories (w skrócie Bell Labs) grupy AT&T. W tamtym czasie Bell Labs były jedną z przodujących na świecie organizacji naukowych, słynącą z ważnych najnowszych wynalazków technologicznych – od tranzystora po laser czy telefon komórkowy. Jak większość moich kolegów z Bell Labs, po kilkudziesięciu latach kształcenia się w zakresie inżynierii i nauk ścisłych, nauczyłem się, że jeśli ktoś się natknie na historię o „prawdziwym” cudzie, pierwszą rzeczą, jaka powinna przyjść mu do głowy, a nie może to być zdziwienie, to irytacja tym, że ktoś mając więcej niż 5 lat, uwierzył w taką bzdurę. Nauczono mnie, że zapierające dech opowieści o umyśle kontrolującym materię i o percepcji ponadzmysłowej – przedstawiane jako prawdziwe w sensie dosłownym – to w najlepszym wypadku myślenie magiczne, a w najgorszym objaw choroby psychicznej. Środowisko naukowe nauczyło mnie, że Swami Jogananda miałby więcej pożytku z odpowiednio dobranych medytacji antypsychotycznych niż wyimaginowanego płaskiego pieczywa smażonego na maśle.

Cały czas dręczyło mnie jednak poczucie, że w moim programie uniwersyteckim brakuje czegoś ważnego; czegoś prawdziwego, do czego nawiązywały mity i bajki w postaci metafor. Później ku swojemu zdziwieniu i uldze odkryłem, że to samo poczucie braku było cichą tajemnicą wielu moich kolegów z Bell Labs. Byłem zaskoczony jeszcze bardziej, kiedy w końcu okazało się, że dotyczy to również szerszego grona w świecie nauki. Przekonałem się, że pomimo oficjalnego lekceważenia, niechęci i pogardy w stosunku do historii o Joganandzie, w środowisku reprezentującym główny nurt nauki istnieje duże zainteresowanie wyższym potencjałem człowieka, w tym nadprzyrodzonymi i mistycznymi doznaniami. Dotyczy to nie tylko głównych nurtów środowisk zajmujących się rozwojem przemysłowym, lecz także środowisk akademickich, naukowych, rządowych, medycznych i militarnych. W takich zbiorowiskach ludzie bardzo szybko uczą się, by nie mówić o takich rzeczach zbyt otwarcie, bo kilka osób zaraz się zaczerwieni ze złości, zacznie wrzeszczeć i robić problemy. Dlatego też tego typu zainteresowania przechodzą do podziemia. Cicho. Wytrwale. Ta dziwna sytuacja sprawia, że na Zachodzie można przejść różne stadia kształcenia się – od przedszkola po doktorat i profesurę – i nigdy nie usłyszeć nawet o poważnych naukowych badaniach nad doświadczeniami paranormalnymi i mistycznymi.

Mówiąc o badaniach, nie mam na myśli tego, co pokazuje się w telewizyjnych programach reality na temat egzorcyzmów czy innych rodzajów paranormalnych rozrywek. To, co widzimy w oksymoronie „reality TV”, to prawdziwy teatr stworzony tylko w jednym celu – by przykuć twoją uwagę. A kiedy już rzeczywiście nadarzy się owa rzadka okazje, że coś ukaże się w nocy, i tak nie da się stwierdzić z całą pewnością, czy było to jakieś zaburzenie percepcji, błąd w odczycie urządzenia, czy też wartościowe dane.

Badania, o których mówię, to eksperymenty laboratoryjne przeprowadzone z zastosowaniem ściśle naukowych metod i wynikami opublikowanymi w czasopismach naukowych. To o tej linii badań w ogóle się nie słyszy. Natomiast to, czego uczymy się w szkołach, opiera się na przekonaniu, że mechanistyczny materializm – dominujący w nauce dogmat – wystarczy, by wyjaśnić wszystko w świecie przyrody. Tego właśnie, pośrednio lub bezpośrednio, uczy większość podręczników na uczelniach wyższych, gdzie są wykładane nauki ścisłe. Dogmat ten jest przyjęty z wielu praktycznych względów. Doprowadził do wielkiego rozwoju wiedzy. Pozwolił nam wyjść z mroków średniowiecza i dotrzeć na Księżyc, a nawet dalej. Jednak prowadzi on do światopoglądu, który wydaje się wykluczać możliwość istnienia prawdziwych siddhi. Tu podkreśliłbym słowo „wydaje się”, gdyż w istocie nie jest to prawdą, kiedy weźmie się pod uwagę współczesne zrozumienie świata fizycznego, o czym się zaraz przekonamy.

W rzeczy samej nie jest łatwo znaleźć osoby, które regularnie wykazują zdolności nadprzyrodzone na żądanie w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych. Sądzę, że tacy ludzie prawdopodobnie istnieją, ale osoby posiadające największe zdolności unikają rozgłosu i wcale nie ma się im co dziwić. Bo kiedy objawi się od czasu do czasu taka gwiazda i publicznie zademonstruje swoje umiejętności, szum medialny szybko tworzy wokół tego cyrkową atmosferę, w której odróżnienie prawdy od fikcji staje się niemożliwe. Kilka tysiącleci temu nie było 24-godzinnych wiadomości ani rozrywkowych programów informacyjnych typu „infotainment”, ale starożytnym mędrcom nie był obcy problem medialnych cyrków i mieli wiele do powiedzenia na temat wykorzystywania siddhi w celu dostarczania rozrywki i zaspokajania swoich egoistycznych potrzeb. Tę kwestię omówimy później.

Nie patrz tutaj

Konflikt między oficjalnymi a prywatnymi przekonaniami utrzymuje potężne tabu, które sprawia, że naukowe zainteresowanie zjawiskami nadprzyrodzonymi jest utrzymywane w podziemiu. Owo tabu umacniają samozwańczy strażnicy, którzy poczuwają się do strzeżenia niepisanej społecznej zmowy, by nie poruszać pewnych kwestii, a przynajmniej nie robić tego w poważnym tonie. Przykładem jest choćby program telewizyjny zatytułowany Bullshit! (‘Bzdety!’), emitowany na kablowym kanale Showtime premium w latach 2003–2010.

Program ten był narzędziem zajadłych ataków na wszystkich i wszystko, co dwóch prowadzących program estradowych iluzjonistów uważało za bzdurę, w tym zdolności nadprzyrodzone. Prowokacyjny tytuł programu zawdzięcza się temu, że seria ta zawierała więcej obsceniczności i profanacji, niż można byłoby się spodziewać w cyklu poświęconym zagadnieniom naukowym i badaniom, ale [zostało to] wyjaśnione, jako prawna taktyka, bo „jak się nazywa ludzi kłamcami i szarlatanami, to ktoś cię może pozwać. (…), natomiast epitet „dupek” jest dość bezpieczny.

Podczas gdy niektóre ofiary inwektyw tego programu zasłużyły sobie na niegrzeczne potraktowanie, żaden naukowiec nie chciałby narażać się na publiczne ośmieszenie albo stawiać się w niezręcznej sytuacji wchodzenia w spory z prawnikami, którzy wymyślili sobie sprytny sposób na legalne zniesławianie.

Napędzane w ten sposób piętno znajduje odzwierciedlenie w statystykach, które pokazują, jak silne jest owo tabu. Mimo iż badania statystyczne na temat opinii społeczeństwa wskazują, że większość populacji na świecie jest zafascynowana zjawiskami paranormalnymi, to mniej niż 1 procent akredytowanych uniwersytetów ma choćby jednego pracownika znanego ze swojego naukowego zainteresowania takimi zjawiskami3.

Co złego w takim stanie rzeczy? Miliardy ludzi fascynują się zjawiskami nadprzyrodzonymi, a mimo tego 99 procent instytucji szkolnictwa wyższego na całym świecie całkowicie lekceważy tę tematykę. Przemysł rozrywkowy z zapałem odpowiada na społeczne zainteresowanie ich odwiecznym pędem w kierunku programów o zjawiskach nadprzyrodzonych4, dlatego można byłoby się spodziewać, że niektóre uczelnie wyższe reprezentujące główny nurt mogłyby na tym zarobić. W końcu uczelnie zawsze szukają sposobu, by przyciągnąć więcej studentów, dlatego też można zrobić doktorat, zajmując się „Semiotyką Star Treka” czy „Archetypową hermeneutyką Buffy, postrachu wampirów”5. Podczas gdy prace naukowe na temat Star Treka i Buffy zdają się być nieco frywolne dla poważnych naukowców, to tak naprawdę dotykają one ważnej kwestii. Jak zauważa religioznawca z Rice University Jeffrey Kripal w swoje książce Muttants and Mystics: Science Fiction, Superhero Comics, and the Paranormal (‘Mutanty i mistycy. Science fiction, komiksy o superbohaterach a zjawiska paranormalne’), nasze koncepcje na temat tego, co jest możliwe, są dużo bardziej ograniczone niż nam się wydaje. Nauki humanistyczne specjalizują się w szukaniu głębszego dna w różnych historiach, w tym również w historii nauki, która opiera się na licznych warstwach założeń. Kiedy warstwy te są stopniowo przekraczane, solidny jak skała światopogląd stworzony przez naukę zaczyna kruszeć i w rezultacie prowadzi do fascynującego wniosku. Jak ujął to Kripal, „subtelne, często niezauważalne wpływy w języku, kulturze i religii kształtują [ludzkie istoty] – zapisują je”6. Tej koncepcji, która odnosi się do naszego tematu nauki i siddhi, przyjrzymy się bliżej w ostatnim rozdziale niniejszej książki.

Poza pracami Kripala faktem jest, że w ortodoksyjnym środowisku akademickim wręcz zabronione jest nawet dopuszczanie do siebie myśli, że niektóre siddhi, czy też zdolności nadprzyrodzone, są prawdziwe. Istnieje kilka odstępstw od tej zasady. Zdolności nadprzyrodzone są automatycznie kojarzone z wiarą w sferę paranormalną i żaden poważny (wykształcony na Zachodzie) uczony nie wierzy już w zjawiska paranormalne, nieprawdaż? Wstyd pomyśleć, że ktoś mógł kiedykolwiek w nie wierzyć.

Rolę odgrywają tu uprzedzenia kulturowe. Wyraźnie widać to, kiedy przyjrzymy się temu, jak niezwykłe doznania psychiczne są postrzegane poza kulturą Zachodu. W Indiach przypadki osobowości mnogiej są diagnozowane wśród niewielkiej liczby pacjentów cierpiących na choroby psychiczne, mianowicie zaledwie 0,015 procent7. W Stanach Zjednoczonych liczba takich osób jest stukrotnie wyższa, czyli aż 10 procent. Różnica ta może wynikać z tego, że zachodni umysł jest bardziej podatny na choroby niż umysł wschodni ze względu na oczekiwania kulturowe. To znaczy, że ideał zachodniego ego to odosobniona, surowa w swej niezależności istota całkowicie osamotniona w martwym wszechświecie, pozbawiona sensu i świadomości – kowboj o martwej twarzy i myślach pogrążonych w pustce. Psycholodzy społeczni odkryli, że ponury światopogląd prowadzi do ograniczenia pozytywnych odruchów, takich jak chęć pomagania innym czy empatia. Z kolei osoby zaawansowane w medytacji, z których wiele podaje, iż mieli doświadczenia paranormalne i mistyczne, wykazują zwiększoną skłonność do współczucia oraz lepsze samopoczucie fizyczne i psychiczne.


Czego nas uczą


Brytyjski astrofizyk Sir Arthur Eddington napisał kiedyś: „Szokiem byłoby znaleźć się w uniwersytecie, gdzie praktyka studentów polegałaby na recytowaniu zasad dynamiki Newtona, równań Maxwella i elektromagnetycznej teorii światła”. Laureat nagrody Nobla, fizyk Brian Josephson dodaje do tego: „równie szokujące jest dzisiaj to, że szanowani naukowcy kategorycznie twierdzą, iż niemożliwe jest takie zjawisko, jak percepcja pozazmysłowa”. Ale takie rzeczy zdarzają się i to regularnie. Pouczające jest badanie, dlaczego tak się dzieje, ponieważ jest to jedno ze źródeł ciągłego tabu, które omawiamy, oraz przyczyna tego, dlaczego nauka i uczeni zazwyczaj nie chcą badać zjawisk nadprzyrodzonych. Poza kursami filozofii i religii Wschodu większość zachodnich studentów raczej nie deklarowałaby uczestnictwa w wykładach dotyczących siddhi. Można znaleźć czasami kurs psychologii na temat dziwnych wierzeń, który odnosiłby się do zjawisk paranormalnych czy mistycznych, ale większość z nich jest prezentowana w kontekście tego, w co wierzyli ludzie w dawnych czasach albo w co wierzą dziś ludzie na skraju schizofrenii, a nie rozpatrywania możliwości, iż historie te mogą być prawdziwe.

Inne kursy prezentujące perspektywę psychologiczną i neurobiologiczną mają na celu wpojenie studentom koncepcji, że takie zagadnienia to niebezpieczna pseudonauka, która tym samym zasługuje na pogardę i wyśmiewanie. Tak zwane kursy krytycznego myślenia mają na celu wprowadzenie swego rodzaju naukowego katechizmu. Studenci, którzy przetrwają takie kursy, uczą się traktować każdy pozytywny dowód na istnienie „cudownych” zdolności, z jakim się spotkają, jako złudzenia, oszustwo lub oznakę psychozy. Ci, którzy mają inne zdanie, gdyż takie wyjaśnienia nie są zgodne z ich doświadczeniami, uczą się milczeć.

Kiedyś wygłosiłem wykład dla uniwersyteckiej grupy międzynarodowego stowarzyszenia najlepszych absolwentów i studentów psychologii Psi Chi. Przedstawiłem wyniki badań przeprowadzonych przez mój zespół, w których sprawdzaliśmy, jak jedna osoba skupiająca myśli na drugiej znajdującej się daleko wpływa na jej układ nerwowy. Stwierdziliśmy, że w ściśle kontrolowanych warunkach pojawiał się pewien rodzaj „uczucia bycia obserwowanym(ą)”, które było dość odczuwalne.

Studenci wysłuchali mnie z uwagą, po czym zaczęli zadawać dobre pytania. Kiedy spotkanie zaczęło się przedłużać, siedzący na końcu sali z wypiekami na twarzy kierownik studiów zerwał się nagle na równe nogi, pobiegł do przodu, wymachując papierami, po czym w pośpiechu zaczął rozdawać kartki studentom. Zaintrygowany tym dziwnym zachowaniem i zaczerwienieniem twarzy kierownika studiów, wziąłem do ręki jedną z kartek i zobaczyłem, że zawiera długą listę książek i artykułów autorstwa zagorzałych demaskatorów oszustw. Kierownik na jednym wdechu wyjaśnił studentom, że jest to jego lista zalecanych lektur na temat zjawisk nadprzyrodzonych i że oczekuje, iż zapoznają się z tą literaturą. Nie powiedział jednak, że jest to z jego strony próba wymazania wszelkiego „zanieczyszczającego” wpływu, jaki mogłem na nich wywrzeć.

Z ostentacyjnego zachowania kierownika studiów studenci mieli wywnioskować, że oczekuje się od nich, by wyzbyli się wszelkiego zainteresowania zjawiskami paranormalnymi. Grzecznie dostosowali się do tego wymogu i od tamtej pory żaden z nich się do mnie już nie odezwał. Chciałbym móc powiedzieć, że zdarzenie to było tylko pojedynczym epizodem, ale niestety nie było.



Co mówią podręczniki

Na wielu kursach wprowadzających do psychologii profesorowie chcą zniechęcić swoich studentów do wiary w cuda i „zjawiska paranormalne”. Mówią im, że wierzący są bardziej dogmatyczni od sceptyków, albo że brak im umiejętności krytycznego myślenia, popełniają więcej błędów w myśleniu, pochodzą z niższych środowisk społeczno-ekonomicznych, są mniej inteligentni, mają mniej wykształconych rodziców, częściej występuje u nich psychotyzm, przejawiają mniejszą zdolność przystosowania do życia w społeczeństwie, mają większe skłonności do depresji, rozdwojenia jaźni i nadpobudliwości. Profesorowie zgodzą się czasami, że badania skutkujące takim deprecjonowaniem są prowadzone przez niereformowalnych sceptyków i że ich wyniki są znacznie słabsze i dwuznaczne, niż się je przedstawia16. Ale o tych wadach jakoś się nie wspomina. A potem zalecają, by wykładowcy psychologii informowali się o tych sprawach: [po pierwsze] czytając takie czasopisma, jak „Skeptical Inquirer” (‘Sceptyczny Poszukiwacz Wiedzy’), i książki, jak (…) krytyka badań nad zjawiskami paranormalnymi autorstwa Hansla, (…) prowadząc kursy na temat zjawisk paranormalnych. (…) Dopóki sceptyczni naukowcy nie zaczną traktować takich kwestii poważnie, studenci i ogół społeczeństwa w kwestii zjawisk nadprzyrodzonych będą polegać na takich źródłach informacji, jak „Reader’s Digest”, „National Enquirer” czy filmy Stevena Spielberga.

Inni profesorowie zalecają wyłącznie lekturę sceptycznych książek, które wrzucają do jednego worka tematykę duchów, wudu, teorię spiskową z UFO oraz inne zjawiska nadprzyrodzone albo między wierszami mówią: „dlaczego ludzie wierzą w takie dziwne rzeczy”. Polecane przez nich książki prezentują naiwne wyjaśnienia tych zjawisk na podstawie „jedynych słusznych zasad uprawiania nauki”.

Mam nadzieję, że studenci rozumieją, że te moralizatorskie nastroje w czasopismach sceptyków i niestworzone historie z brukowców i filmów grozy nie stanowią źródła wiarygodnych informacji potrzebnych po to, by świadomie decydować w trudnych kwestiach. Książki, które mają na celu jedynie zniechęcać do dziwacznych przekonań, mogą pomóc czytelnikom poczuć intelektualną przewagę nad ich „niedokształconymi” braćmi, problem zaczyna się wtedy, kiedy czytelnicy ci zaczynają przekształcać swoje rozrywkowe lektury w podręczniki szkolne.

Takim przykładem jest choćby popularny podręcznik wprowadzający do psychologii autorstwa Keith Stanovich, zatytułowany How to Think Straight About Psycholology. W książce tej Stanovich twierdzi, że naukowcy stracili cierpliwość do badań nad postrzeganiem pozazmysłowym, powodem jest to, że „obszar ten jest skażony oszustwem, szarlataństwem i manipulacją medialną”. To znaczy, że naukowe badania nad zjawiskami nadprzyrodzonymi są bez wyjątku wadliwe i dlatego nie są wiarygodne. To mocny argument, gdyby był prawdziwy, ale nie jest. Prawda jest taka, że w całej historii badań laboratoryjnych nad tymi zjawiskami, liczącej ponad 100 lat, nie ma ani jednego przypadku udowodnionego oszustwa, a tylko w dwóch lub trzech przypadkach domniemano oszustwo. W porównaniu z liczbą naukowych nieprawidłowości w dyscyplinach konwencjonalnych, od fabrykowania danych po wielokrotne publikowanie i plagiatowanie, ten obszar jest dość czysty. Oczywiście na przełomie XIX i XX wieku było wielu fałszywych jasnowidzów, a dziś też nie brakuje oszustów, którzy twierdzą, że posiadają zdolności nadprzyrodzone. Ale kwitnące oszustwa i manipulacje medialne w sferze badań naukowych nad zjawiskami nadprzyrodzonymi? Czysta fikcja.

Następnie Stanovich niefrasobliwie wyjaśnia, dlaczego psycholodzy nie zajmują się już percepcją pozazmysłową:

Percepcja pozazmysłowa nie jest już uważana za temat godny uwagi dla współczesnej psychologii, ponieważ badania w tym zakresie nie okazały się owocne. Dlatego zaledwie kilku psychologów tym się interesuje. Tu warto podkreślić słowo „współczesna”, gdyż kwestia percepcji pozazmysłowej była przedmiotem większego zainteresowania psychologów przed laty, zanim zgromadzono tak dużą liczbę negatywnych dowodów. (…) Wyniki wielu badań, które pojawiły się w poważanych czasopismach psychologicznych, były wyjątkowo negatywne. Po ponad 90 latach badań, nadal nie ma przykładu zjawiska percepcji pozazmysłowej, który można byłoby odtworzyć w warunkach kontrolowanych21.

Tego typu stwierdzenia można znaleźć w wielu podręcznikach wyższych studiów psychologicznych, a prezentują one niezbyt poważne powody, by lekceważyć badania nad percepcja pozazmysłową. Zdecydowanie można stwierdzić, że nie ma „dużej liczby negatywnych dowodów”. Jak się przekonamy, w czasopismach naukowych opublikowano wiele badań na temat rozmaitych zjawisk paranormalnych, a wyniki tych badań są wyjątkowo pozytywne.


Bezpodstawne opinie


Spotkałem się z wieloma innymi nieprawdziwymi informacjami dotyczącymi badań nad percepcją pozazmysłową. W 2000 roku byłem członkiem panelu dyskusyjnego na temat percepcji pozazmysłowej w programie PBS (amerykańskiej telewizji publicznej) zatytułowanym Closer to Truth ( Bliżej prawdy). Jednym z uczestników panelu był sceptyczny psycholog z Simon Frase University Barry Beyerstein. W dyskusji brali też udział: prowadzący program Robert Kuhn; antropolog Marilyn Schlitz, który w tamtym czasie pełnił funkcję dyrektora Instytutu Nauk Noetycznych; znany badacz percepcji pozazmysłowej i twórca psychologii transpersonalnej, psycholog Charles Tart. Omawialiśmy kwestię odtwarzania zjawisk percepcji pozazmysłowej w laboratorium, kiedy doszło do niżej zacytowanej wymiany:

Barry Beyerstein: Dla mnie problem polega na tym, że przez ostatnich 20 lat prosiłem swoich studentów psychologii, by prowadzili klasyczne eksperymenty parapsychologiczne, i nie przyniosło to żadnych pozytywnych wyników. Ponieważ mam w swoim laboratorium generator liczb losowych, inni ludzie ze społeczności przychodzą do mnie z prośbą o pomoc w przeprowadzeniu eksperymentów związanych z percepcją pozazmysłową. Niejeden jasnowidz próbował pokonać moją maszynę.

Robert Kuhn: Jak im szło?

Barry Beyerstein: Zero. Nic. Po prostu nie jestem w stanie uzyskać żadnych pozytywnych wyników w tym zakresie...

Ja: Twierdzisz zatem, że nie uzyskujesz żadnych znaczących wyników?

Barry Beyerstein: To znaczy [uzyskuję] tylko takie, które nie są niczym więcej niż to, co można by uznać za czysty przypadek…

Ja: Dobrze, ale uzyskujesz zróżnicowane wyniki, zarówno pozytywne jak i negatywne?

Barry Beyerstein: Indywidualne próby, czy nawet indywidualne osoby, przynoszą różne wyniki. Kiedy uruchamiasz Generator liczb losowych sto razy, średnio pięć z nich wykracza ponad losowość. Zatem wyniki odzwierciedlają statystyczne wyniki losowe. (…) Wybieram studentów, którzy przychodzą do mnie, żeby udowodnić mi, że się mylę. Daję im sprzęt i mówię na odchodne: „Ok, nie będę przeszkadzał, żeby nikt potem nie narzekał, że to wszystko przez moje złe wibracje”. Niektórzy z tych studentów nie chcieli podzielić się ze mną swoimi wynikami badań, bo byli tak zawstydzeni, że nie zdarzyło się nic, co nie było przypadkiem.

W nieemitowanej części programu zapytałem Beyersteina, skąd wiedział, że wyniki jego studentów były takie słabe, skoro mu ich nie przedstawili. Zapytałem też, czy zapoznawał się z wynikami badań, które jego studenci prowadzili przez wspomniany przez niego wcześniej okres dwudziestu lat. Odpowiedział, że nie zachowywał wyników badań. Zacząłem więc naciskać go, by wyjaśnił, dlaczego był tak pewien siebie, że ogólnie wyniki te były „zerowe”, zwłaszcza że według tego, czego nauczyliśmy się z metaanalizy – znanej metody analizowania wszystkich wyników wielu podobnych doświadczeń – w której to niewielkie, ale systematycznie powtarzające się zjawiska w tym samym kierunku mogą stworzyć razem wyjątkowo silny zbiór dowodów. Nie udzielił mi żadnej odpowiedzi.

Po jego reakcji było widać, jak niewygodne jest wyobrażenie sobie, że twoje głębokie przekonania mogą być mylne, zwłaszcza kiedy jest się profesorem, który przez wiele lat je głosił. Ale nie trzeba wiele wysiłku ani wykształcenia, by uznać, że istnieje różnica między wiarą w bajki a ściśle kontrolowanymi eksperymentami naukowymi22. Na przykład Keith Stanovich w swoich podręcznikach do psychologii wymienia następujące zjawiska paranormalne: „telepatię, jasnowidztwo, psychokinezę, przepowiadanie przyszłości, reinkarnację, biorytmy, podróże astralne, energię piramid, komunikację roślin i chirurgię fantomową”.

Wszystkie wyżej wymienione zjawiska są doskonałym polem badań naukowych, ale dotąd zaledwie kilka z nich było poddanych systematycznej analizie. Dla edukacji lepiej byłoby wpajać studentom unikanie ścinających z nóg negatywnych reakcji na określone tematy tylko dlatego, że wydają się one dziwne, i zachęcać ich z kolei, by analizowali, co tak naprawdę mówią wyniki badań. Kiedy brakuje systematycznych naukowych dowodów, na podstawie których można byłoby wyciągnąć wnioski (np. istnienia „energii piramid”), nie możemy zbyt wiele w tej kwestii powiedzieć. Ale kiedy istnieją już dowody (jak jest to w przypadku wielu zjawisk nadprzyrodzonych), studenci powinni nauczyć się, jak je interpretować. Profesorowie często tylko mówią o tym, jak ważne jest, by uczyć krytycznego myślenia, ale w praktyce mówienie o tym sprowadza się do arogancji i lekceważenia.

Innym powodem tego, że zjawiska nadprzyrodzone mają złą opinię, jest fakt, iż profesorowie nie znają dowodów, ponieważ ich profesorowie i profesorowie ich profesorów nieustannie powtarzali, że wyniki te nie są godne uwagi24. Kłamstwo, powtarzane wielokrotnie zaczyna żyć własnym życiem. Propagandyści polityczni i agencje reklamowe od dawna czerpią z tego korzyści.

Jeszcze innym argumentem, jaki przedstawiają psycholodzy, jest to, że wiara w zjawiska: „takie jak astrologia i moce nadprzyrodzone, mają ze sobą jedną wspólną rzecz, mianowicie pogwałcenie podstawowych ograniczających zasad nauki”. Inne podobne do tego argumentu przekonanie jest takie, że wiara w zjawiska nadprzyrodzone jest sprzeczna ze „współczesnymi teoriami fizyki” . Czymże jednak są owe „współczesne teorie fizyki”? Określenie to wprowadził filozof C.D. Broad w 1949 roku. Napisał on:

Istnieją pewne podstawowe, ograniczające zasady nauki, których nie doceniamy, choć opierają się na nich wszystkie nasze praktyczne działania i naukowe teorie. Niektóre z nich zdają się być oczywiste same w sobie. Inne zaś są tak oszałamiająco wspierane przez dowody empiryczne, które mieszczą się w zakresie zwykłych doświadczeń i ich naukowych analiz (dotyczy to również ortodoksyjnej psychologii), że nie przychodzi nam nawet do głowy, by je kwestionować. Nazwijmy je Podstawowymi Zasadami Ograniczającymi. Teraz badania nad zjawiskami nadprzyrodzonymi zajmują się rzekomymi zdarzeniami, które zdają się prima facie sprzeczne z co najmniej jedną z tych zasad28.

Broad podzielił następnie te zasady na cztery ogólne kategorie. Pierwsza z nich mówi, że niemożliwe jest, by skutek pojawił się przed przyczyną. To wyklucza wszelkiego rodzaju retroprzyczynowość, w tym również przewidywanie przyszłości. Druga zasada mówi, że niemożliwe jest bezpośrednie oddziaływanie między umysłem a materią, chyba że umysł zmieni działanie mózgu. To zaś wyklucza wszelkiego rodzaju psychokinezę, w tym również działanie modlitwy oraz inne formy uzdrawiania na odległość. Trzecia zasada stanowi, że zdarzenia zachodzące w umyśle są całkowicie uzależnione od mózgu, co wyklucza eksterioryzację czy istnienie świadomości po śmierci ciała. Czwarta głosi, że niemożliwe jest uzyskanie informacji na temat czegokolwiek, co dzieje się poza ciałem, oprócz środków, jakie umożliwiają zwykłe zmysły. To wyklucza jasnowidztwo i widzenie na odległość.

Broad po analizie dowodów dotyczących zdolności nadprzyrodzonych badanych w warunkach laboratoryjnych, które uważał za „fakty, które stworzono, by zadowolić każdego, kto miał coś do czynienia z przedstawionymi dowodami i nie padł ofiarą niezwyciężonych przesądów”, powiedział:

Podsumowując, co sugeruje różnego rodzaju paranormalna kognicja – najwyraźniej zapowiada ona bardzo radykalne zmiany w naszych podstawowych zasadach ograniczających.

Innymi słowy, nauczyciele akademiccy odwołujący się do zasad ograniczających Broada, by zdeprecjonować wiarygodność zjawisk nadprzyrodzonych, nie zdają sobie sprawy z tego, że Broad ustanowił te zasady przede wszystkim po to, by na podstawie dowodów empirycznych wykazać, że niezbędne jest wprowadzenie istotnych zmian do takich „oczywistych” zasad. To było ponad pół wieku temu. Dziś dowody są o wiele silniejsze.


Zaprogramowany mózg

Inne stanowisko w kwestii, dlaczego ludzie wierzą w zjawiska nadprzyrodzone – stanowisko, które nie zakłada wypaczonego rozumowania ani innego rodzaju braku higieny umysłu – jest takie, że mózg jest najzwyczajniej zaprogramowany, by wierzyć. Sharon Beglley dziennikarka naukowa „Newsweeka” pisze:

To, że jesteśmy podatni na dziwne wierzenia, odzwierciedla fakt, że struktury mózgu, które na nie pozwalają, a nawet zachęcają do nich, „rozwinęły się na bazie innych rzeczy”, mówi psycholog i neurolog z George Washington University James Griffith. Na przykład zwój neuronów w górnym płacie ciemieniowym, górnym tylnym obszarze mózgu, jest odpowiedzialny za rozróżnianie, gdzie kończy się twoje ciało, a zaczyna świat materialny. Bez tego zwoju człowiek nie umiałby przejść przez framugę drzwi. Ale inne obszary mózgu, w tym te znajdujące się w przednim płacie, które są odpowiedzialne za myślenie, czasami wysyłają do tego zwoju sygnał „wyłączyć”, na przykład, kiedy zapadamy w sen lub kiedy odczuwamy fizyczną bliskość z inną osobą (to taki eufemizm oznaczający seks). Badania aktywności mózgu wykazują, że podczas intensywnej modlitwy lub medytacji [górny płat ciemieniowy] jest również wyjątkowo spokojny. Nie umiejąc znaleźć granicy między sobą a światem, mózg adaptuje się i doświadcza poczucia pełni i jedności. Czujesz się wtedy częścią czegoś większego niż twoja osoba.

Zwróćmy uwagę, że wyjaśnienie to zakłada, bez stawiania pytań, że poczucie jedności jest wywołaną przez mózg halucynacją. Begley nie pomyślała, że warto byłoby zastanowić się nad tym, czy te doświadczenia mogą być prawdziwe. Jak się przekonamy później, przeprowadzono wiele badań w tym zakresie, które doprowadziły do odkrycia, że pewnego rodzaju holistyczne związki są całkiem prawdziwe. To jednak nie zostało opublikowane w „Newsweeku”.


Sceptyczny mózg


Przyjrzyjmy się teraz bliżej kwestii „wierzącego mózgu”. Wielu autorów rozwinęło koncepcję, że ludzie wierzą w dziwne rzeczy z powodu struktury ich mózgu oraz że wyjaśnia to również, dlaczego tak wiele osób wierzy w zjawiska nadprzyrodzone. W naszej dyskusji będziemy odwoływać się do dwóch książek. Jedna z nich to praca akademickiego psychologa Richarda Wisemana, a druga – wydawcy magazynu Michaela Shermera, reprezentującego sceptyczne poglądy. Obaj autorzy są adwokatami wiary sceptycznej.

Książka Shermera zatytułowana The Believing Brain (‘Wierzący umysł’), której podtytuł brzmi How We Construct Beliefs and Reinforce Them as Thruths (‘Jak konstruujemy swoje wierzenia i przyjmujemy je za prawdziwe’), co oznacza: dlaczego jesteście na tyle głupi, by wierzyć w duchy, bogów, niewłaściwą frakcję polityczną i kosmiczne teorie spiskowe, zamiast wierzyć jemu31. Książka Wisemana Paranormality (‘Zjawiska paranormalne’) nosi podtytuł Why We See What Isn’t There (‘Dlaczego widzimy coś, czego nie ma’), który również znaczy: dlaczego wierzycie w takie bzdury jak duchy, zjawiska nadprzyrodzone, wyższość umysłu nad materią i przewidywanie przyszłości, a nie mnie.

Teza Wisemana jest taka, że łatwo jest dać się zwieść na drogę wiary w coś nieprawdziwego, czasami świadomie, a czasami nieumyślnie33. To jest niewątpliwie prawdą. Wszyscy jesteśmy skłonni pamiętać kilka niezwykłych zbiegów okoliczności w swoim życiu i zapominać mnóstwo, zdawać by się mogło niezwiązanych ze sobą, przyziemnych sytuacji. Na przykład, kiedy pewnego dnia jechałem z pracy do domu, ni stąd, ni zowąd zacząłem myśleć o tym, jak bardzo lubię spaghetti z sosem marinara. Wiedziałem, że w domu nie będzie żadnego spaghetti, ale nie przeszkadzało to mojemu żołądkowi o nim marzyć. Kiedy dotarłem do domu, pierwsza rzecz, jaką powiedziała mi żona, to informacja, że kupiła mi spaghetti z sosem marinara. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek wcześniej zrobiła coś takiego, a w ciągu dnia nie kontaktowaliśmy się ze sobą. Zbieg okoliczności?

Możliwe. Nie potrafimy przecież dobrze oceniać prawdopodobieństwa zdarzeń i zbyt pochopnie wynajdujemy ekscytujące nadprzyrodzone powody dziwnych odgłosów, które usłyszeliśmy w nocy, zamiast poszukać dla nich jakichś zwyczajnych, nudnych wyjaśnień. W podsumowującym rozdziale swojej książki Wiseman podniósł kwestię, dlaczego postanowił „doświadczyć niemożliwego”, przez co rozumie wszystko, co ma w sobie dozę nadprzyrodzoności.

Doszedł do wniosku, że jest to oparte na ciążącej na nas ewolucyjnej presji, by szybko rozwikłać model losowości. Gdybyśmy nie widzieli zagrożenia, nie zdołalibyśmy osiągnąć takiego poziomu rozwoju. I nawet gdyby się okazało, że dostrzegalibyśmy zagrożenie tam, gdzie go w zasadzie nie było, to może przez chwilę czulibyśmy lęk, ale nie stałoby się nam nic złego. Ta asymetria skłania nas do wiary w dziwne rzeczy, które nie istnieją. Oczywiście ta sama zdolność rozpoznawania wyższych modeli może również zaprowadzić nas ku dostrzeżeniu rzeczy, które tak naprawdę istnieją i uwierzeniu w nie, o czym Wiseman już nie wspomina. Książka Shelmera sięga głębiej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie Wisemana: „dlaczego w ten sposób się rozwijamy”. Shermer pisze, że był kiedyś nieugiętym chrześcijańskim fundamentalistą; teraz jest równie nieugiętym materialistycznym ateistą. To oznacza między innymi, że wierzy, iż jego rozum jest wygenerowanym przez mózg złudzeniem oraz że on i wszyscy inni są ostatecznie pozbawieni rozumu. Nie mówię tego złośliwie. Tak po prostu wygląda ortodoksyjny punkt widzenia neurobiologii, w którym wszelkie subiektywne doświadczenie jest jedynie wynikiem spięć neuronów w mózgu.

Shermer, tak jak Wiseman, twierdzi, że mózg jest „zaprogramowany na wiarę” i skonstruowany tak, by szukać wzorów. Nadaje tym wzorom znaczenie, doszukuje się w nich intencji i przypisuje autorytet, a nieco utrwalone wzory szybko sztywnieją do postaci niezłomnych przekonań. Mózg uwielbia szukać dowodów potwierdzających jego opinie, co prowadzi do wygodnie zamkniętego schematu, w którym to, w co wierzy, determinuje to, co jest on w stanie zobaczyć. To z kolei umacnia to, w co wierzy. Im bystrzejszy umysł, łatwiej mu jest racjonalizować swoje przekonania, niezależnie od tego, czy stoją za nimi powody nazywane przez Shermera „nieinteligentnymi powodami”. Znaczna część tych książek to rozdziały odpowiadające na pytanie, w jaki sposób tworzymy i podtrzymujemy głębokie przekonania. Coś wyjątkowo złego jednak zaczyna się dziać, kiedy autorzy tych książek wykorzystują opisane w nich koncepcje w celu odrzucenia wiary w zjawiska nadprzyrodzone. Obaj autorzy ochoczo doszukują się tendencyjności u innych, ale nie dostrzegają własnych uprzedzeń. To sprawia, że publikują dane potwierdzające ich założenia, a pozostałe ignorują. Nie poruszają też kwestii „kosztów utopionych wynikających z tendencyjności”, na temat których Upton Sinclair napisał: „Trudno skłonić człowieka, by zrozumiał coś, kiedy w jego interesie jest to, by tego nie zrozumieć”.

Rozważmy przykład z książki Wisemana Paranormality. Książka Rozpoczyna się od opowieści, jak dowiedział się o psie Jaytee, który podobno miał telepatyczny związek ze swoją ludzką towarzyszką o imieniu Pam Smart. Kiedy Pam była w drodze do domu, jej rodzice widzieli, że pies szedł w określone miejsce blisko okna z przodu domu i cierpliwie na nią czekał. Zazwyczaj pies rzadko spędzał czas w tym miejscu. Wiseman opisał serię eksperymentów, jakie przeprowadził, by sprawdzić, czy Jaytee naprawdę miał zdolności telepatyczne, i stwierdził, że nie znalazł na to żadnych dowodów. Historia ta przyczyniła się do napisania przez niego książki zaczynającej się od spektakularnego wprowadzenia w postaci opowieści, mającego na celu pokazanie, jak łatwo zwykłych ludzi skłonić do myślenia, że coś tak wyraźnie dziwnego, jak psie zdolności telepatyczne, jest prawdą. Czytelnicy, którzy wcześniej nie natknęli się na tę historię, uznali ją za zabawną, całkowicie obalającą teorię, że niektóre psy wiedzą, kiedy ich opiekuni wracają do domu.

Osobom jednak, które znają całą historię, wyraźnie czegoś brakuje. Wyjaśniając pokrótce sprawę, brytyjski biolog Rupert Sheldrake jako pierwszy zbadał przekonanie Smart na temat Jaytee. W rezultacie Sheldrake przeprowadził około dwustu sesji z Jaytee, który wykazywał wysoką umiejętność przewidywania powrotów Smart w sposób, jakiego nie można prosto wyjaśnić. Z kolei Wiseman wykonał zaledwie cztery testy, a mimo tego uznał, że nie ma żadnych dowodów, by uznać zdolności Jaytee. Zignorowanie przez niego znacznie obszerniejszych danych Sheldrake’a budziło podejrzenia, ale jeszcze więcej do myślenia dawał fakt, że Wiseman osiągnął dokładnie taki sam schemat wyników jak Sheldrake, o czym nawet nie wspomniał.

W 2002 roku zapytałem Sheldrake’a, czy mógłbym zapoznać się z danymi jego eksperymentów oraz eksperymentów Wisemana. Sheldrake uprzejmie udostępnił mi te dane35. Mogłem zdecydowanie potwierdzić, że wyniki silnie przemawiały za wnioskami Sheldrake’a, iż zachowanie Jaytee’ego ulegało dramatycznej zmianie, kiedy Pam była w drodze do domu, nawet kilka mil od domu, a sygnał powrotu był ustalany losowo i nie wiedział o tym nikt z otoczenia Jaytee. Sheldrake planował testy coraz bardziej rygorystycznie, by wykluczyć wszelkie możliwe wątpliwości, ale wyniki nie ulegały zmianie. Nic o tej naprawdę wyjątkowej stronie historii nie zostało wspomniane w książce Wisemana.

Wiseman pominął też inne fakty, ale najbardziej skandaliczne jest to, że każdy przypadek podważany przez Wisemana – od jasnowidzenia po przewidywanie przyszłości w snach – był dokładnie badany w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych. I w przeciwieństwie do naiwnych profesorów psychologii, którzy nie znają prawdy, ponieważ powtarzają tylko to, czego się dowiedzieli, Wiseman uzyskał swój stopień doktora pod naukową opieką Koestlera na Wydziale Parapsychologii Uniwersytetu Edynburskiego, w jednym z niewielu miejsc na świecie akademickim, gdzie tego rodzaju informacje nie są lekceważone.

I rzeczywiście, w 2008 roku Wiseman przyznał, że jego zdaniem zgromadzone dowody naukowe na istnienie zjawisk nadprzyrodzonych są tak przekonujące, że w wywiadzie dla brytyjskiej gazety „Daily Mail” przyznał: „Zgodnie ze standardami wszelkich innych obszarów nauki postrzeganie na odległość zostało udowodnione. (…)”

To wręcz nieoceniona opinia. Wiseman – główny sceptyk w zakresie wszelkich zjawisk paranormalnych, jedyny w Wielkiej Brytanii posiadacz tytułu „profesora w dziedzinie społecznego zrozumienia psychologii”, członek Magic Circle (londyńskiej organizacji magików estradowych) i, jak sam się określa, „najbardziej popularny na Twitterze psycholog brytyjski” – przyznał, że wierzy, iż istnienie zjawisk nadprzyrodzonych zostało naukowo udowodnione. Później wyjaśniał, że nie dotyczyło to tylko postrzegania na odległość (np. jasnowidztwa), ale że wszystkie zjawiska nadprzyrodzone „spełniają standardowe wymogi zwykłych twierdzeń”, a tym samym są udowodnione zgodnie z naukowymi standardami.

Mimo tego Wiseman nie wierzy w percepcję pozazmysłową39. Dlaczego nie? Otóż, jak wielu sceptyków, uważa, że jeśli chodzi o ocenę niezwykłych zdarzeń, wymagane są wyższe standardy dowodów. Zatem według Wisemana percepcja pozazmysłowa zostałaby udowodniona, gdyby była zwykłym twierdzeniem, ale w przypadku paranormalnego materiału badawczego nie jest to wystarczające. Brzmi to rozsądnie, bo w zdumiewające twierdzenia trudniej jest uwierzyć niż w coś zwyczajnego. Ale jest z tym jeden problem: to, czy coś jest nadzwyczajne czy nie, zależy od subiektywnego punktu widzenia. Dla wykształconego na Zachodzie psychologa akademickiego samo istnienie telepatii jest nadprzyrodzone, a tym samym pod każdym względem nadzwyczajne. Ale dla doświadczonego jogina to tylko zwykłe, nudne siddhi. Sceptyczny psycholog, który nie ma za sobą tysięcy godzin praktyki jogi i medytacji, potrzebuje powtarzalnych, otrzymywanych w rygorystycznych warunkach danych, pokazujących wyniki losowe rzędu gazylion do jednego. Jogin natomiast potrzebuje tylko swojego własnego doświadczenia.

I nawet w obliczu wiarygodnych, powtarzalnych dowodów sceptycy upierają się, że to raczej te eksperymenty były przeprowadzone niewłaściwie w jakiś bliżej nieznany sposób. Może w naszej metodologii jest coś z założenia złego. Może to wszystko zrobiły gremliny. Może… Nie mówiąc już o owych niekończących się „może, dlaczego, Wiseman nie wspomniał w swojej książce o odkryciu, że „percepcja pozazmysłowa jest udowodniona” (skoro było to zwyczajne zjawisko)? Pomoże nam to zrozumieć książka Shermera The Believing brain (‘Wierzący umysł’).

Niestety u Shermera wygląda to jeszcze gorzej. Czytając The Believing Brain, cały czas napotykałem mniejsze lub większe błędy. Przykładem mniejszego błędu jest to: Shermer sugeruje, iż przekłucie ramienia szpikulcem o długości 25 centymetrów, nieodczuwanie przy tym bólu i utrata zaledwie kropli krwi dają się wyjaśnić jedynie jako sztuczka magika (np. igła wydaje się tylko przekłuwać ramię). Zapewne nigdy nie słyszał o szybko gojących się ranach sufich40 albo o znieczulającym działaniu hipnozy, a przecież oba te przykłady wyraźnie pokazują, że ludzie w odpowiednim stanie umysłu (w pierwszym przypadku jest to rytuał religijny, a w drugim głęboki trans) mogą przekłuć ramię, język, policzek, brzuch i nie odczuwać bólu ani nie utracić krwi lub tylko nieznacznie krwawić, a potem ich rany zadziwiająco szybko się goją. Można temu nie dowierzać, ale są to przecież zdarzenia, które widuje się na własne oczy.

Największe problemy to między innymi reakcja Shermera na znane poglądy fizyka Freemana Dysona, który ku rozgoryczeniu Shermera uznał prawdziwość zdolności nadprzyrodzonych – w recenzji książki opublikowanej w „New York Times”41. W anty-Dysonowskim elaboracie opublikowanym w „Scientific American” Shermer stwierdził: „Albo ludzie potrafią czytać w umysłach innych (czy też karty ESP), albo nie. Nauka bezsprzecznie wykazała, że nie umieją – Q.E.D.”. Czyżby? Jak się przekonamy, naukowe testy wykazały coś dokładnie odwrotnego. Nawet Wiseman się z tym zgadza.

Kiedy starszy, znany uczony twierdzi, że coś jest możliwe, to niemal na pewno ma rację. Kiedy zaś twierdzi, że coś jest niemożliwe, to najprawdopodobniej się myli. pierwsze prawo przewidywania Arthura C. Clarke’a

Kiedy znany fizyk opowiada się za istnieniem zdolności nadprzyrodzonych na wpływowym publicznym forum, budzi to niepokój naukowej ortodoksji. Powszechną reakcją jest poddawanie w wątpliwość zdrowia psychicznego poważanego sędziwego naukowca. Łatwo zrozumieć, że wiara w percepcję pozazmysłową jest wynikiem demencji, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy w takie rzeczy. Dlatego nie ma się co dziwić słowom Johna Horgana z bloga „Scientific American”:

Wiara Dysona w percepcję pozazmysłową, zwaną też psi, jeszcze bardziej podważa jego wiarygodność. Dyson przyznał się do swoich przekonań w tym względzie w eseju Jeden na milion opublikowanym 25 marca 2004 roku w „New York Review of Books” poświęconym omówieniu książki na temat percepcji pozazmysłowej. Jak wyznał Dyson, miał on w rodzinie dwoje „zagorzałych wyznawców wiary w zjawiska paranormalne”: babcię, która była „znaną i cieszącą się uznaniem uzdrowicielką”, oraz kuzyna – redaktora „Journal of the Society for Psychical Research”. Dyson stwierdził, że „zjawiska paranormalne są prawdziwe, ale Znajdują się poza zasięgiem nauki”. Nikomu nie udało się uzyskać empirycznych dowodów na istnienie percepcji pozazmysłowej, jak wywnioskował, ponieważ przejawia się ona w warunkach „silnych emocji i stresu”, które są „z natury niekompatybilne z kontrolowanymi procedurami naukowymi.(…)”

Tu mamy do czynienia z podwójnym złym urokiem. Mógłbym zgodzić się z przekonaniem Dysona, ale do swoich przekonań doszliśmy z zupełnie odmiennych źródeł. Dyson opiera swoje przekonania na historii ze swojej rodziny, a nie na danych naukowych. Ja zaś nie mam żadnych rodzinnych powodów, by wierzyć w percepcję pozazmysłową, natomiast przekonują mnie do niej dowody naukowe.

Ale Dyson nie jest zaznajomiony z danymi empirycznymi, dlatego ma błędne przekonanie, że okoliczności, takie jak silne emocje czy stres, nie występują w warunkach kontrolowanych procedur naukowych. Jako fizykowi można by mu wybaczyć, że nie wie, iż badania nad emocjami i skuteczne środki wywoływania ich w warunkach kontrolowanych są dość dobrze rozwinięte w dziedzinach psychologii i psychofizjologii. W dalszej części opiszę eksperyment, który miał wzbudzać emocje w celu zbadania nieświadomej prekognicji. Technika ta przynosi powtarzalne, niebywale stabilne rezultaty.


* * *

Wracając do błędów Shermera, należy podkreślić, że zakłada on, iż jeśli naukowiec prowadzący eksperyment i osoba postrzegająca na odległość nie widzą celu, „moce nadprzyrodzone giną”. Badacze zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi w ciągu ostatniego stulecia rozwinęli procedury pozwalające całkowicie wykluczyć tego rodzaju nieścisłości, jak również podali wiele innych, znacznie subtelniejszych wątpliwości. Jak się przekonamy, dowody na zdolności nadprzyrodzone wcale nie znikają przy zastosowaniu tych procedur.

Następnie Shermer przywołuje badania przeprowadzone przez antropolog Marilyn Schlitz, byłą prezes Instytutu Badań Noetycznych. Współpracowała ona z Richardem Wisemanem w badaniach laboratoryjnych nad uczuciem „bycia obserwowanym”. Schlitz, w przeciwieństwie do Wisemana, uzyskała istotne dane wskazujące, iż ludzie mogą czuć, że ktoś ich obserwuje. Shermer interpretuje to jako „problem niespójności metod badań”, najwyraźniej nieświadomy tego, że oboje naukowców badało konkretnie ów problem niespójności, prowadząc testy w tym samym czasie, stosując te same procedury i sprzęt, z udziałem takiej samej grupy kontrolnej i dokonując takiej samej analizy. Mimo tego otrzymali różne wyniki44. Shermer kontynuuje:

Badacze zademonstrowali teraz bezsprzecznie, co zwykle dzieje się w badaniach, w których jedna osoba próbuje odgadnąć myśli lub działania drugiej za pomocą paranormalnych środków. (…) Kiedy druga z osób jest poproszona o losowe wykonywanie pewnych czynności (…), kolejność tych czynności nie będzie przypadkowa. Z czasem osoba ta rozwinie przewidywalny schemat działania, którego pierwsza z osób nieświadomie się nauczy.

To mogłoby być prawdą, gdyby eksperymenty rzeczywiście były przeprowadzane w taki sposób. Ale badacze doskonale wiedzą, że ludzie nie działają losowo i dlatego eksperymenty te wcale nie były prowadzone w taki sposób przez ponad stulecie.

Nie ma potrzeby roztrząsać dłużej tej kwestii. Zgadzam się, że przekonania wypaczają percepcję, przekonania są nieuniknione, a nauka jest najlepszą znaną metodą unikania zniekształceń będących wynikiem ludzkich przekonań. Ale biorąc pod uwagę błędy tych dwojga autorów, jesteśmy zobowiązani rozważyć zdanie biednych zawodowych sceptyków. Rozumieją oni, przynajmniej na poziomie intelektualnym, że przekonania mają wpływ na percepcję. A jednak nie są w stanie wznieść się ponad własne przekonania w konfrontacji z niewygodnymi dla nich danymi. Co dzieje się, kiedy ową analizę zastosuję do swoich przekonań? Wiara jest tak silna, że ja również jestem niewątpliwie ślepy na określone rzeczy, których wolałbym nie widzieć. Ale jest jednak zasadnicza różnica między moim stanowiskiem a stanowiskiem zatwardziałego sceptyka. Uważam, że obszerne dowody empiryczne są wystarczające, by postawić tezę, iż istnieją związki na odległość zarówno między osobami, jak i osobami oraz przedmiotami.

Jeśli moje – oparte na dowodach – przekonanie jest choćby w najmniejszym stopniu prawdziwe, to domek z kart zbudowany przez sceptyków rozpadnie się. Stanowisko sceptyków jest bowiem takie, że absolutnie nic z owych nadprzyrodzonych rzeczy nie jest możliwe, mimo iż przyznają oni (jak w przypadku Wisemana), że zebrane dowody w tym zakresie są dość przekonujące. Biorąc pod uwagę ową niespójność, profesjonalny sceptyk musi odrzucać lub ignorować wszelkie pozytywne dowody [na istnienie zjawisk nadprzyrodzonych], gdyż w przeciwnym wypadku daremne mogą okazać się „koszty poniesione” w całej karierze. To duży ciężar do uniesienia, kiedy dowody są coraz silniejsze.


Dean Radin

Komentarze: 3

[foto]1. Parę pozytywnych sygnałów • autor: Przemysław Kapałka (2017-12-02 19:46:56)

Mam parę przykładów, które świadczą o tym, że w społeczności akademickiej wcale nie jest tak źle z wiarą w zjawiska paranormalne.1. Kiedy byłem na studiach, profesor filozofii poświęcił dwa wykłady na obalanie takich rzeczy, jak radiestezja, postrzeganie pozazmysłowe itp. Spotkał się ze zdecydowaną reakcją sali. W połowie było to spowodowane jego żałosnymi próbami matematyzowania swych wywodów, ale w połowie meritum. Rozmowy w kuluarach też świadczyły o tym, że tu wyjątkowo audytorium się z nim nie zgadza.2. Współpracowałem kiedyś z pewnym profesorem fizyki. Rozmawiał ze mną całkiem poważnie na paranormalne tematy. A kiedyś, jak rozmowa zeszła na temat radiestezji, zaczął mówić, że on nie może negować tego zjawiska bo widział radiestetę w akcji i przekonał się, że to istnieje. Próbował nawet szukać wyjaśnienia oddziaływań radiestezyjnych, ale tego nie zrozumiałem.

[foto]2. Wątpliwe nadrzyrodzone • autor: Wojciech Jóźwiak (2017-12-03 10:30:46)

Mój protest budzi używanie i nadużywanie słowa "nadprzyrodzone" -- kt. w powyższym tekście występuje kilkadziesiąt razy.
Jeśli zjawiska parapsychiczne zostaną potwierdzone i zostaną stwierdzone prawidłowości ich występowania (a tego chcę ci, którzy się nimi zajmują!), to staną się ona częścią badanej przyrody -- więc nie będą "nadprzyrodzone", tylko "przyrodzone".
Może rzadkie -- ale diamenty też występują rzadko, a nie są nadprzyrodzone.
Do przemyślenia.

3. "przyrodzone", czy nad- ? • autor: (2017-12-03 19:17:34)

@ WJ: Radin, jako pracownik instytutów naukowych i ekspert w projektach badawczych, z pewnością czuje się zobowiązany do używania terminologii oficjalnie przyjętej w tym środowisku, zwłaszcza gdy sam eksploruje pogranicza oficjalnej nauki - i tu go dobrze rozumiem.
@PK: Dawno temu, będąc młodym naukowcem, pojechałem na międzynarodowe sympozjum o interakcjach wód gruntowych i powierzchniowych. Po moim referacie podchodzi do mnie profesor, światowy autorytet w tej dziedzinie, którego też cytowałem w dyskusji moich wyników, i pyta: jak wyznaczyłem stanowiska w terenie do moich badań? Zaczynam plątać się w zeznaniach, bo zrobiłem to metodami radiestezyjnymi (dużo szybsze), tylko weryfikując to później standardowymi metodami naukowymi. On mówi, że od razu w prezentacji to zauważył, i też on sam, i wielu badaczy w tej dziedzinie w podobny sposób pracuje... a więc witaj w klubie! Jest to jednak pewnego rodzaju schizofreniczna sytuacja, gdy co innego w badaniach naukowych robi się w praktyce, a co innego się pisze w publikacjach...
Hope Jahren (specjalistka w geobiologii i autorka książki "Lab Girl", 2016) pięknie określiła czym jest literatura produkowana przez naukowców: "rzadki gatunek prozy umożliwiający wydestylowanie 10 lat pracy pięciu osób do sześciu stron druku, napisanej w języku, który nieliczni zdolni są odczytać, a nikt nigdy w nim nie mówi"...