Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2007-05-29

Wojciech Jóźwiak

Czy Nietzsche może być praktykowany? (Cz. I)
Filozofia Nietzschego a rozwoj duchowy

odcinki:  I   II   III   IV 

(1)
Czy Nietzsche może być praktykowany? Czy przekaz dokonany przez Nietzschego jest (tylko) teorią, czyli konstrukcją pojęć (do przestudiowania i zrozumienia), czy też wymaga praktyki, a więc wykonywania pewnych czynności, pewnych działań? Ale skoro sam Nietzsche tej praktyki nie określił i nie nauczał, to czy wynika stąd, że jego przekaz jest niepełny? A może ów przekaz woła o dopełnienie praktyką, gdyż choć wprawdzie sam Nietzsche z jakichś powodów nie podał praktyki dla swego przekazu, to ów brak praktyki był z jego strony tylko przypadkowy, choćby z tej przyczyny, iż autor jej nie stworzył, bo nie zdążył, gdyż żył - przy władzach umysłowych - krótko? Czy przeciwnie: żadna praktyka z przekazu Fryderyka Nietzschego nie wynika i ewentualne dorabianie mu jej na siłę byłoby nieporozumieniem? Jest jeszcze jeden wariant: że oto istnieć mogą praktyki, "ścieżki" z naukami Nietzschego niesprzeczne, a których on sam podać nie mógł, gdyż pewnych danych po temu nie miał? W tym przypadku można by powiedzieć, że Nietzsche żył nie za krótko, lecz za wcześnie, by wpaść na pomysł praktyki (lub praktyk) przedłużających jego przekaz. Ale czy tak faktycznie było i jak to poznać, że było tak, a nie inaczej?

Pisząc to, a raczej pisać zaczynając, bo nie wiem, do jakich konkluzji dojdę, mam nadzieję, że chociaż uda mi się postawić kilka pytań - mniejszą już nadzieję mam na odpowiedzi. Tym bardziej, że zapewne odpowiedzi wymagałyby specjalistycznych badań, także nad historią życia Nietzschego i jego pisania, a tego nie znam.


(2)
Jaką praktykę mam na myśli? Friedrich Nietzsche jest uważany za filozofa, czasami z dodatkiem "filozof-poeta". I filozofia i poezja w europejskiej tradycji są pojmowane jako zajęcia nie-praktyczne. Filozof tworzy teksty, pisane lub mówione, w których wykłada pewne pojęcia. Może ponadto te teksty porównywać z innymi tekstami, a także nauczać o nich i kształcić podobnych sobie znawców tego rodzaju twórczości. Od paru wieków dzieje się to na uniwersytetach i nie różni się od innej pracy twórczych intelektualistów. Filozofia ma pewne praktyczne zastosowania, gdyż wypracowany przez nią porządek pojęciowy służy uporządkowaniu innych nauk, już tych "szczegółowych". Nie o taką praktykę jednak tu chodzi, a o praktykę stosowaną w życiu. Lecz oto od zajmujących się filozofią sama ta dziedzina - tzn. jej teksty, dzieła do niej zaliczane, jej przekazy - nie wymaga jakiegoś szczególnego zachowania czy prowadzenia jakiegoś szczególnego trybu życia, ani wykonywania jakichś szczególnych czynności.

Ale co właściwie filozofowie mieliby robić, co mogłoby być ich praktyką? Przynajmniej jeden nurt lub "szkoła" filozofii była praktykowana i to ostro. Mam na myśli oczywiście marksizm, który postulował praktykę, mianowicie aktywne "popychanie do przodu" historii, w postaci zawiązywania spisków, podburzania ludności i obalania dotychczasowych rządów, aby po przechwyceniu władzy przebudować (zwykle gwałtem) gospodarkę i społeczeństwo tak, aby usunąć rzekome zło, polegające na "wyzysku". Jednak nawet tak praktycznemu marksizmowi czegoś brakowało, mianowicie brakowało takiej praktyki, w którą byliby zaangażowani ludzie nie jako "klasa społeczna" lub jako członkowie takiej lub innej organizacji lub grupy, lecz jako oni sami. Nie było chyba nikogo, kto by "praktykował marksizm" i to właśnie w taki sposób, że byłoby to jego zajęcie osobiste, a nie jakieś organizacyjne lub polityczne. Właśnie jednym z dolegliwych braków marksizmu było to, że nie dostarczał właściwego zajęcia ludziom, którzy kiedy już "rewolucja" została dokonana, nie bardzo wiedzieli, co w imię tej doktryny mają z sobą począć. ...Co jako opowieść zbyt daleko już odchodzi od tematu.

Nietzsche był także poetą, a jego główne, jak się zwykle przyjmuje, dzieło, czyli "To rzekł Zaratustra" (tak w przekładzie Lisieckiej i Jaskuły z 1999 r., a według Berenta "Tako rzecze Zaratustra") to jak wiadomo poemat bardziej niż filozoficzny traktat. Poezja też jak filozofia nie ma swojej praktyki, choć oczywiście, poetyckich wytworów używają choćby propagandyści lub piosenkarze. Praktykowania poezji jako takiego nie ma, bo pisanie lub recytowanie wierszy jeszcze nie jest tym, co tutaj rozumiem przez "praktykę".

Gdy oglądamy i filozofię i poezję, praktyki nie widać. Zobaczyć ją można kiedy przejdziemy do religii, takiej, jaka z tradycji istnieje na Zachodzie, a zwłaszcza kiedy przejdziemy do religii Wschodu czyli Azji, tam szczególnie w przypadku tych religii, przy których zachodnie pojęcia zaczynają się wahać: czy jeszcze to jest religia, czy raczej coś innego? I chętniej wtedy mówimy nie o "religiach" lecz o naukach duchowych, o systemach samodoskonalenia lub o duchowych ścieżkach.

Ciekawostka! W czasach Nietzschego, w drugiej połowie XIX wieku, ta "formacja azjatycka" była właściwie przez europejskich intelektualistów nieznana. A jeśli coś o niej wiedziano... (bo przecież dokładnie w złotym dziesięcioleciu Nietzschego, w latach 1880-tych wydawano "The Sacred Books of the East" i zakończono pracę nad nimi wkrótce po jego śmierci) ...to wiedza o niej pozostawała niejako poza horyzontem i przez wykształconych Europejczyków "formacja" ta nie była uważana za poważnego partnera ich własnej edukacji. Działali wprawdzie okultyści i teozofowie, współcześnie z Nietzschem uwodziła wyznawców sama Helena Bławatska! - ale rasowi uniwersytecjusze, do których zaliczał się przecież Nietzsche, mieli ich w pogardzie, a raczej niby ci zwycięzcy piszący historię po prostu nie dostrzegali ich. Wolałbym nie osądzać czy słusznie czy nie - ale według mnie raczej słusznie...

Nietzsche miał jeszcze prawo nie znać myśli azjatyckiej ani nie pożądać jej poznania. My, ponad sto lat po nim, już tego luksusu nie mamy. I chociaż prócz garstki specjalistów-orientalistów wiedzę o niej mamy "po łebkach", to nawet te ułamki przekazu, które do nas docierają, zmuszają nas do szerszego widzenia niż to do pomyślenia było w czasach Fryderyka z Röcken.


(3)
Praktyka, której nie znaleźliśmy przy filozofii i poezji, konieczna jest przy religii. Nie ma (chyba) takiej religii, w której wystarczyłoby wierzyć bądź zgadzać się z doktryną. Religiom to nie wystarcza: wymagają jeszcze czegoś ponadto, a więc pewnych rytuałów i udziału w tych rytuałach, wykonywania pewnych gestów i wypowiadania pewnych tekstów. Zarazem działający w ten sposób są przekonani, że wraz z ich działaniami coś dzieje się w świecie: a więc przybywa bóstwo, albo owo bóstwo wysłuchuje ich próśb, albo uwydatnia same ich, ludzi, działania i decyzje, i tak dalej. Takie działania - rytuały - jednak chętnie nazwalibyśmy "pustymi" rytuałami. Co jest negatywnym osądem, bo my, dzisiejsi intelektualiści, w pogardzie mamy puste rytuały i staramy się tak jak możemy, odrzucać je, nie brać w nich udziału i nawet wyśmiewać. Kiedy jednak rytuał uznalibyśmy za nie-pusty? Oczywiście, gdybym uwierzył w całą doktrynę danej religii, uznał za swoje wyobrażenia jej wyznawców, zaaprobował to, że pewne bóstwo udziela swoich łask, a inne na przykład chroni przed chorobami, a jeszcze inne, jeśli będzie dla mnie łaskawe, pozwoli mi żyć po śmierci - to tak, zapewne wtedy te rytuały wydałyby mi się mniej puste.

Ale czy jest coś takiego, co czyni rytuały nie-pustymi i nie polega na uwierzeniu? (Mianowicie, uwierzeniu w prawdziwość, słuszność i ważność całej doktryny i t.d.) Tak. Wydaje mi się, że jest coś takiego. Tak dzieje się, kiedy odpowiednie działania - których już nie nazwę "rytuałami" - pomagają zrozumieć pojęcia.

Żeby nie domyślać się zbyt wielu mglistych rzeczy, podam przykład. Otóż wyobraź sobie, że był filozof, który stworzył doktrynę, pojęciowy system, na większości czytających czyniący wrażenie trudnego, mało zrozumiałego czy wręcz mętnego. (Chyba nie trzeba daleko szukać: większość źródłowych filozoficznych testów taka jest i do wyjaśnienia wymaga pracy komentatorów.) Wyobraź sobie następnie, że istnieje także zestaw ćwiczeń: może są to ćwiczenia gimnastyczne, dla ciała, coś w rodzaju hatha-jogi lub tai-chi (Taijiquan), może są to ćwiczenia czysto umysłowe, na przykład w postaci wizualizacji jakichś wyobrażanych sobie struktur czy obrazów. Albo ćwiczenia polegające na skupianiu się na oddechu, głosie lub biciu serca. I te ćwiczenia mają tę właściwość, że pomagają zrozumieć tamtą doktrynę. Nie określam dlaczego i jak to się ma dziać: powiedzmy, że przypadkiem te ćwiczenia jakoś tak działają na umysł, że ten, kto te ćwiczenia regularnie wykonuje, łatwiej rozumie o co chodziło tamtemu filozofowi.

Pójdźmy krok dalej. Niech będzie tak, że te ćwiczenia i ów filozoficzny tekst są zrośnięte jeszcze ściślej niż to nakreśliłem przed chwilą. I że jest regułą, że ćwiczący zrozumieją pojęcia doktryny, za to nie-ćwiczącemu jeśli się ta sztuka uda, to tylko przypadkiem, zapewne za sprawą jego nadzwyczajnych wrodzonych zdolności. Wyobraźmy sobie, że ten rodzaj filozofii jest adresowany do tych, którzy wykonują te ćwiczenia. Tu dygresja. Marksiści (w swoim głuptactwie jedni z nich i w perfidii drudzy) uważali, że tylko niektórzy ludzie są zdolni do zrozumienia twierdzeń ich doktryny - ci mianowicie, którzy mieli "właściwe pochodzenie klasowe", a więc jacyś "proletariusze" lub "biedniacy", a inni już nie. Podobnie narodowi socjaliści i ich koledzy volkiści (w głuptactwie i perfidii) uważali, że ich rewelacje właściwie zrozumieją tylko ludzie właściwej rasy, jacyś "Germanie" czy "Nordycy", a Słowianie, Włosi lub Żydzi już nie, bo ci co najwyżej je wypaczą. Te poglądy, jeden i drugi, były oczywiście idiotyczne, ale jest w nich pewna analogia z tym, co chcę wypowiedzieć. Wyobraźmy sobie w dalszym ciągu, że wspomniane ćwiczenia robią z wykonującym je coś, co sprawia, że tamta zazwyczaj niejasna doktryna rozjaśnia się i na tle doświadczeń sprowokowanych ćwiczeniami staje się zrozumiała. Być może w tej doktrynie chodzi właśnie o ten obszar doświadczeń, do którego owe ćwiczenia wprowadzają.

W końcu to, co nazwaliśmy "doktryną" i "ćwiczeniami", lub inaczej pojęcia (system pojęć) i praktyka okazują się dwiema stronami tego samego, niby prawa i lewa strona kartki papieru. Pojęcia (doktryna) są po to, by nazwać i zapisać w umyśle praktykę (ćwiczenia), praktyka (ćwiczenia) są po to, aby zrozumieć doktrynę (pojęcia). Tylko że przekaziciele tych doktryn i ćwiczeń w tym kontekście chętniej już używają innego słowa niż "zrozumieć" - mówią: zrealizować. Po części mówią tak dlatego, że z zachodnich języków znają angielski, a tam to realize znaczy zarówno "uczynić rzeczywistym" jak i "uświadomić sobie, zdać sobie sprawę", jest to więc słowo, które szczęśliwie stoi w dwuznacznej (dla Polaków) połowie drogi między "zrozumieniem" a "wykonaniem".

Azjatyckie nie tyle religie, co drogi duchowe (jeśli, oczywiście, cokolwiek z nich rozumiem, bo nie wykluczam, że błądzę) mają tę wyżej naszkicowaną strukturę: doktryna i praktyka są u nich splecione niby bodhisatwowie w tantrycznym uścisku. Nikt nie wysila się obmyślać doktryny, która by nie miała swojej praktyki, nie mogłaby być praktykowaną. W tamtejszym kulturowym kontekście byłoby to jakimś dziwactwem. Chociaż w niektórych "drogach" przeważa praktyka - tak jest w hatha-jodze albo w zen, gdzie może się zdarzyć, że ktoś zapomni o doktrynie; niekiedy przeciwnie przeważa doktryna. Znaczącym przypadkiem jest pierwotny buddyzm, czyli to, co czynił Budda Śakjamuni, którego uczniowie wprawdzie starannie zapisali jego doktrynę, za to w ciągu wieków, nie spisywane, zanikły w pamięci wyznawców szczegóły nauczanej przezeń praktyki. (Wiemy, że Budda i jego bezpośredni uczniowie medytowali siedząc i to było ich głównym zajęciem i drogą do nirwany, ale nie bardzo wiemy, jak to robili w konkretnych szczegółach.)


(4)
Tytułowe pytanie "Czy Nietzsche może być praktykowany?" nabiera znaczenia na tym właśnie tle. Czy jego nauki mogą być praktykowane podobnie jak były i są praktykowane nauki Buddy? I czy - odwrotnie - opowieść o Zejściu Zaratustry z Gór może być zestawiana z podobnymi opowieściami o wielkich szamanach i innych kult(ur)owych herosach? Czy jest może podobna choćby do opowieści Black Elk'a o jego kosmicznych wizjach? Czy jak opowieść Black Elk'a wskazuje na pewne praktyki ludu Lakotów, tak opowieść o Zaratustrze wskazuje na, niestniejące jeszcze, a możliwe przecież i jakoś potencjalnie w przekazie Nietzschego zakorzenione, praktyki wyznawców-naśladowców Zaratustry?

Nie przesądzam odpowiedzi i, naprawdę, nie znam jej jeszcze. Dopuszczam rozwiązanie negatywne: że teksty Nietzschego nie dadzą się przedłużyć o odpowiednią do nich praktykę. Że - po prostu - nie ma takiej praktyki i naiwne jest wyobrażać ją sobie. Negatywną odpowiedź uzasadniałoby to, że taka praktyka dotychczas nie powstała, choć minęło już 118 lat odkąd filozof zamknął swoje dzieło, a wielu przecież było takich, którzy chętnie poszliby nakreślonym przez niego śladem. Jednak nawet "nietzscheanizm" nigdy nie powstał, inaczej niż marksizm, heglizm czy "heideggeryzm" (jeśli tak nazwać egzystencjalizm), a na poboczach filozofii freudyzm lub "jungizm" (jeśli tak nazwać mistycyzującą psychoanalizę). Ten brak kontynuatorów przekazu Nietzschego jest znaczący! Skoro już sama doktryna opiera się "twórczemu rozwijaniu" i skutecznie broni się przed "uczniami", to - zapewne - tym bardziej bez szans jest dorabianie Nietzschemu praktyki.

Nie przesądzam odpowiedzi także w tę stronę...


C.d.n.


Wojciech Jóźwiak
adres
28-29 maja 2007


odcinki:  I   II   III   IV 


Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.