Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-03-04

Ewa Motyka

Neptun, Merkury i Słońce, czyli narty

Pierwszego dnia na stoku

Słoneczny ranek. Pierwszy zjazd z trasy zwanej Protez. Biel, biel, jasność ciszy i spokoju. Podążam za M. Skrzypnięcia śniegu pod nartami. Lewa noga delikatnie ugięta i skręcona, jadę na krawędzi lewej narty. Prawa noga ugięta i skręcona, sunę na krawędzi prawej. Rytmicznie. Śladem M., co pozwala na niezastanawianie się i zupełne znalezienie się w każdym drobnym ruchu.  Spokój w ruchu we mnie, spokój i biel śniegu niepociętego jeszcze, niezmarszczonego wyspami muld. Jedziemy tak przez całą trasę. Lekki mróz. Przejrzyste powietrze. Nie ma we mnie niewygody bycia. Jakiegoś poczucia. Nie ma spostrzeżeń ani postrzeżeń. Rodzaj pustoty przechylonej tyci tyci w kierunku pogodnego uśmiechu.

Na dole pomyślałam: tak chyba wygląda udana medytacja. Świadomość ciała bez zwracania na nią uwagi. Nic nie uwiera, nie boli, nie zwraca specjalnie uwagi. Podporządkowujesz się rytmowi, wcale tego nie robiąc.

Drugiego dnia na stoku – słabość ciała, rozkojarzenie, trudność do przyznania się przed samą sobą, że na dzisiaj już dość, wystarczy. Uczę się go słuchać, trochę stosując astrologię w praktyce. Mogłabym poddać ciało woli umysłu, wydobyć zapasowe „moce” i jeździć dłużej. Plutonu – do domu!

Trzeciego dnia na stoku

Wjeżdżamy „kabinowką” na Czerną Horę. Zadowoleni, bo na dole niewielki ruch i nie staliśmy w kolejce. Siedzimy w wagoniku i przemieszczamy się na górę. Spoglądamy na siebie. Znamy powód braku tłoku. To mgła. Suniemy w powietrzu przez bieluśkie mgielne mleko. Na górze dopinamy buty, zakładamy narty. Kijki w dłoń. Krótkimi spokojnymi skrętami STARAM SIĘ jechać. Tak różni się niewysilony zjazd dnia pierwszego od zjazdu tego dnia, jakbym pozwoliła (?) na rozwarstwienie poprzez samo przebywanie we mgle. Umysł funkcjonuje inaczej. Brakuje jasności pamiętającej najekonomiczniejsze , a przy tym niesprawiające większego kłopotu ruchy – mogę, potrafię, widzę w krystalicznej nieruchomości, acz mrugającej okiem puszczanym od niechcenia – świat mi, ja światu. Więc zjeżdżam coraz niezdarniej. Narty nie słuchają rozkojarzonego mgłą ciała. To jak znaleźć się na wzburzonym oceanie w jakiejś małej szalupie, myślę. Przypominam sobie strach, gdy zdarzyło się mi jechać samochodem w gęstej mgle. Poczucie zagubienia, niepewności, ograniczonej kontroli – wydania się na nieznane. Kobieto, rób, co możesz w tej sytuacji – mruknęłam.  Myślę o trzech kompanionach: Słońcu, Merkurym i Neptunie. Na myśl o Słońcu uśmiecham się szeroko. Dokoła nadal mglisto, za to w głowie pojaśniało, a to światło jakby miało zdolność rozlania się na całe ciało, by, prawie w mgnieniu oka, przywrócić pamięć spokojnych skrętów dających sygnał nartom – prowadzę.

Jazda na nartach (Merkury) we mgle (Neptun) ograniczającej i zamykającej, lecz też pozwalającej doświadczyć bycia wydanym na brak siebie. Połączenie Merkurego z Neptunem wskazuje na wagę uważności, znalezienia sposobu, przywrócenia pamięci doświadczenia, ale też wiedzy teoretycznej – takie szybkie pstryk, dzięki któremu można się przestawić, nie zaginąć w tej mgle. Korzystanie z nich, nadanie wyrazu, odpowiedniej formy (Saturn) dzięki jakiemuś żwawemu aspektowi z Merkurym, może? Saturnową jest też góra pokryta śniegiem, lecz w śniegu znajduję też rodzaj bieli przynależnej Słońcu rozpraszającemu niezręczność mgielnego otumanienia, dającego świadomość realiów pozwalających na niezwykłą przecież podróż, bo w niecodziennych warunkach. Cały czas pamiętam o innych narciarzach, wyłaniających się ostrożnie jakby z Nie-Wiadomo-Kąd. Wszystkim mijanym i tym, którzy mijali tego dnia towarzyszyło skupienie i głośna dość cisza przecinana różnej długości dźwiękami śniegu poddającemu się piszącym na nich nartom – szu, szu, szuuuu, szszszszu, szszszszszszsz.

 

Ewa Motyka

Komentarzy nie ma.