Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-05-09

Wojciech Jóźwiak

Nadzy wojownicy (2006)


[Kiedy Michał Mazur zamieścił w Tarace swoją pracę pt. „Nadzy” wojownicy. Echa przedchrześcijańskich rytów wojskowych związanych z odrzucaniem zbroi u dawnych Celtów, Germanów i Słowian (zob. też wprowadzenie do niej pt. "Nadzy wojownicy"), przypomniałem sobie, że ja też kiedyś pisałem o tym zjawisku - do miesięcznika "Wróżka". Taki sam dawszy tytuł. I w koniecznym popularnym stylu. W "Tarace" nie znalazłem tego tekstu, ale szczęśliwie zachował się oryginał u mnie na twardym dysku. Tamten tekst, napisany 30 stycznia 2006, ninie przywracam.]

Kiedy Hannibal najechał na Rzym, sprzymierzeni z nim Celtowie ruszyli do boju z obnażonymi torsami. Rzymski historyk Liwiusz, opisując bitwę pod Kannami (216 r. pne.), tak donosił: „Gallowie powyżej pępka byli nadzy”. Kilka lat wcześniej w bitwie po Telamonem inne celtyckie plemię atakujące Rzymian, Gesatowie, także stanęło do bitwy nago. Rzymianie nie rozumieli tego obyczaju, sądzili że był wyrazem pychy i próżności ze strony „barbarzyńców”, albo że ci rozebrali się dlatego, że przeszkadzały im cierniste gałęzie. Jednak takich wzmianek o nagich wojownikach jest więcej. Z opisu wspomnianej bitwy pod Telamonem wynika, że obnażeni celtyccy wojowie zajęli miejsce w centrum szyku, nie byli więc przypadkowymi ciurami, którym przeszkadzało odzienie, tylko elitarną uderzeniową formacją. W starożytnej Sparcie podczas największych letnich upałów odbywały się igrzyska zwane ‘gymnopajdiaj’, podczas których młodzieńcy odbywali rytualne tańce i zawody z bronią – nago. Ciekawe, że te nagie igrzyska odbywały się ku czci Spartan poległych w dawnych bitwach – były więc wyrazem kultu przodków, kultu zmarłych.

Także Germanie znali obyczaj nagiej walki. Herulowie podczas wojny z Longobardami „walczyli nago, zakrywszy jedynie wstydliwe części ciała”. Podobne wiadomości słychać od kronikarzy wczesnego Średniowiecza w Irlandii, jak również podobnie postępowali dawni Słowianie. Pierwszy autor, który pisał o nich, bizantyjski historyk Prokopiusz z Cezarei, dziwił się, że Słowianie idą na nieprzyjaciela dzierżąc włócznie i tarcze, ale nie wdziewają żadnej zbroi. Co więcej, zauważał, iż „niektórzy nie mają ani koszul, ani płaszcza, lecz jedynie długie spodnie podkasane aż do kroku i tak stają do walki z przeciwnikiem”. Nie był to skutek biedy ani prymitywizmu ówczesnych Słowian, których Grecy uważali za „niesłychanych barbarzyńców” – tylko odwieczny obyczaj uświęconej wojny, który nakazywał wojownikowi stanąć przed nieprzyjacielem w sakralnym „stroju”, jakim była nagość. Nagość, a przynajmniej obnażenie tułowia. Był to wyraz rozumienia walki jako religijnej ceremonii, w której wojownik składa swe życie w ofierze dla „wyższej sprawy”, jaką była obrona lub pomnożenie potęgi swego plemienia.

Prokopiusz widział Słowian nad Dunajem, na rubieży cesarstwa bizantyjskiego. Na drugim krańcu Słowiańszczyzny duński kronikarz Saxo opisuje Pomorzan, którzy jako sojusznicy wspomagali Duńczyków: „Odrzuciwszy wszystkie osłony torsu, wystawiając ciała na wszelkie niebezpieczeństwa, z wyciągniętymi mieczami szli do walki.” A dowodziła nimi... kobieta, Słowianka imieniem Wisna lub Wisina.

Kiedy zaś w 1109 roku niemiecki cesarz Henryk V najechał Polskę, obrońcy Bytomia wyszli poza wały miasta na spotkanie napastnikom, zbrojni w miecze, ale bez zbroi, a nawet bez tarcz. Pozostałością zaś obyczaju walki z obnażonym torsem były renesansowe paradne zbroje, u których blaszaną „kamizelkę” formowano w kształt obnażonego męskiego tułowia z zarysem mięśni na piersiach, żeber i brzucha. Czy również zaporoscy kozacy walczyli obnażeni od pasa w górę naprawdę, czy tylko tak w filmie „Ogniem i mieczem” kazał im czynić reżyser, Jerzy Hoffman – nie udało mi się tego stwierdzić.

Walka nago ma dwa niedostatki. Po pierwsze może być zimno, po drugie – ciało jest nieosłonięte przed ciosami przeciwnika. Jednak najwyraźniej nadzy wojownicy lekceważyli zimno. Celtowie idący na Rzym podobno maszerowali nago przez śniegi. Niewrażliwość na zimno była skutkiem magicznego rozgrzania się. Wojowników przed bitwą ogarniał bitewny zapał, przypominający szamański trans. Ów trans zarówno szamanom, jak i wojom objawia się jako przemożne gorąco, rozpalające ich ciała jak pożar. W tym stanie niegroźny im jest zarówno upał, jak i mróz. Germanie podczas swych wojennych tańców przygotowujących do walki deptali bosymi stopami żar z ognisk. Posiadali więc zdolność chodzenia po ogniu, tak jak to się czyni podczas szamańskich ceremonii. Podobne obrzędy znane były starożytnym Grekom.

W wojenną furię wprawiali się germańscy wojownicy z tajemnych stowarzyszeń zwani berserkami. Stawali oni do boju odziani w zwierzęce skóry, wilcze lub niedźwiedzie; słowo „berserk” znaczyło: „w niedźwiedziej koszuli”. Wierzono, i pewnie oni sami byli przekonani, że zamieniają się w dzikie bestie i spływa na nich moc wilków i niedźwiedzi. Idąc do bitwy ryczeli wściekle i gryźli własne tarcze. Zwierzęca skóra nie chroni przez ciosem miecza, ktoś tak ubrany w porównaniu z rycerzem w zbroi jest niemal nagi – a zatem berserków można uważać za jeszcze jedno wydanie nagich wojowników.

Ciekawy odpowiednik tych opowieści znajdujemy w Biblii. Bo co się stało po tym, kiedy prorok Eliasz pokonał w pojedynku na cuda kapłanów Baala, następnie kazał ich zabić i wymodlił u Boga deszcz? – Oto: „[król] Achab wsiadł do rydwanu (...), Eliasza zaś ogarnęła moc Pana, bo przepasawszy swoje biodra, biegł przed Achabem aż do wejścia do Jezreelu.” Domyślamy się, że moc Jehowy ogarnęła Eliasza już wcześniej i dzięki tej właśnie mocy spowodował spalenie ogniem z nieba ofiarnych bydląt wraz z ołtarzem, następnie sprawił, że jego ludzie bez trudu wygrali bitwę z kilkuset czcicielami Baala (bo była to wojna religijna), z nieba zaś lunął upragniony deszcz. Eliasz zrzucił ubranie (kronikarz skrzętnie zapisał, że pozostał w przepasce, ale to chyba propaganda...) i biegiem ruszył przed rydwanem króla, prowadząc go aż do jego rezydencji. Eliasz występuje tu jako postać dziwnie podobna do prastarego boga burzy, na co wskazuje także koniec jego żywota – wniebowzięcie w ognistym rydwanie. Bogowie burzy sprowadzali deszcz i zabijali więżące wodę smoki. Zstępująca z nieba moc objawia się jako piorun, jako ogień – i jako wewnętrzny żar ogarniający herosów.

Rytualna nagość wojowników pozbawiała ich ochrony, zmuszała do nadzwyczajnej biegłości w operowaniu mieczem, była też wyrazem woli, że jest to walka naprawdę na śmierć, w której nie ma mowy o ucieczkach i paktowaniu. Obnażający się wojownik deklarował, że jest jakby „ponad” śmiercią, że jest mu ona niestraszna. Dlaczego? Co właściwie łączy nagość i nie-strach śmierci? – Bo nagi jest już w pewnym sensie umarłym! A to dlatego, że umarli są nadzy.

Jeden z najstarszych zapisanych mitów, sumeryjska opowieść o zstąpieniu bogini Inany do podziemia, opowiada właśnie o tym. Do tronu władczyni otchłani – krainy zmarłych – wiedzie długa droga, a po drodze przejść trzeba siedem bram. Bramy są ciasne i w każdej z nich Inana, zrazu strojna i zbrojna w magiczne akcesoria, coś musi zdjąć z siebie i pozostawić. Kiedy mija ostatnią siódmą bramę, jest naga i taka staje przed boginią-władczynią zmarłych. Ten obraz powtarza się wciąż i wciąż w kolejnych epokach. Na średniowiecznych obrazach przedstawiających Sąd Ostateczny (przykładem słynny gdański obraz Hansa Memlinga) zmarli, kierowani do niebios lub do piekła, są nadzy.

Wśród polskich szlacheckich herbów jest taki, który wyobraża drzewo o trzech wierzchołkach. Takie drzewo to osobna tajemnica zamierzchłych czasów; do dziś jako Tryzub przetrwało w godle Ukrainy. Tamten herb nazywa się Godzięba, a w jego hełmie, czyli w górnym przybraniu herbowej tarczy, wyobrażony jest rycerz trzymający w ręku drzewo wyrwane z korzeniami. To ilustracja legendy tego herbu: oto praprzodek rodu Godziębów, komes Godzamba, idący w przedniej straży na wojnę z Morawianami, został zaskoczony przez przeciwnika, który w starciu wytrącił mu miecz z ręki. Godzamba, goniony przez Morawianina, schronił się w lesie, gdzie w tej skrajnej opresji ratował się tak, że wyrwał z korzeniami drzewo i tym „orężem” pokonał zbrojnego napastnika.

Opowieść ta, jak każdy mit, ma swoje drugie dno. Las oznacza tu właściwie zaświaty, krainę zmarłych. Nie trzeba tego udowadniać, gdyż w tej roli las, jako ziemia nienależąca do człowieka, występuje w wielu słowiańskich i innych mitach. Godzamba w obliczu grożącej klęski i śmierci ratuje się, biegnąc po moc do krainy zmarłych, do krainy przodków. Jego orężem staje się nie narzędzie wykonane ludzką ręką, ale drzewo – a więc część natury. Takie drzewo zarazem reprezentuje drzewo kosmiczne, oś świata, czyli źródło siły najwyższej. I Godzamba, chociaż bez miecza, a więc w pewnym sensie także „nagi” – zwycięża.

Podobnie nadzy wojownicy demonstrowali to, że nie całkiem należą do świata żywych. Nagość oznaczała, że właśnie wrócili z wyprawy po moc – z wycieczki w zaświaty. Oznaczała też, że jako na wpół już martwi, nie lękają się śmierci – no bo jak można zabić nieboszczyka? Zarazem obnażanie się w bitwie służyło jako broń psychologiczna: przeciwnik, który widział przed sobą nagich, a więc już jakby nieżywych przeciwników, musiał zwątpić w swoją przewagę – a to przecież chodziło.

Ciekawe, ale najnowszy wariant tego pradawnego mitu znalazłem w twórczości... Stanisława Lema! Tak, w jego powieści „Niezwyciężony” – tytuł zresztą symboliczny. W książce tej słynny polski pisarz-fantasta opowiada o zmaganiach międzyplanetarnego statku i jego załogi z atakującymi ludzi mechanicznymi mikro-robotami, wyglądającymi jak muszki. Ich stada obezwładniają ludzi wykasowując im pamięć przy pomocy pola magnetycznego, które generują – i w ten sposób czynią ich nieprzytomnymi zombi. Przychodzi dramatyczny moment, kiedy mikroroboty przeprogramowują wysłane przeciw nim automaty – i ludzie muszą walczyć z własnym zbuntowanym ciężkim sprzętem. Planeta, na której to się dzieje, drży od termojądrowych eksplozji... Wtedy bohater powieści wyrusza na ratunek swym kolegom, którzy obezwładnieni przez „muszki” błąkają się gdzieś po pustyni. Idzie... nagi, to znaczy bez broni, bez miotaczy antymaterii, bez technicznego wspomagania. Udaje przy tym martwego, a raczej odmóżdżonego: stosowne sygnały wysyła zamontowany u niego we włosach nadajnik. I wygrywa – udaje mu się przechytrzyć złośliwe obce mikro-mechanizmy.

Morał z tej historii jest taki, że tam gdzie zawodzi technika, człowiek musi sobie radzić sam, zbrojny tylko we własny „goły” rozum i ciało. Tego samego uczą szamani.

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 9

1. Kilka słów tytułem wtrącenia • autor: (2015-05-10 09:00:32)

1. kniaź Jarema pod Beresteczkiem prowadził szarżę bez zbroi, a w koszuli i bez nakrycia głowy - praktycznie odsłonięty na ciosy przeciwników.
2. rycerze w zwierzęcej skórze - bractwa jaguara i orła u Azteków, husaria w skórach wilczych. I tu jest clou programu. Niektórzy badacze sądzą, że husaria w ogóle nie nosiła tych słynnych półpancerzy. Jedynym nakryciem głowy mógł być hełm, ale częściej była czapka. O sile husarii decydował więc koń - zwrotny i dobrze wyszkolony, bardzo długa i lekka drewniana kopia oraz taktyczne zgranie chorągwi i umiejętności samych husarzy...
3. pułkownik Jellenta opowiadał mi, że gdy w 1939 roku piechota ruszała do ataku na bagnety, Niemcy nie wytrzymywali psychologicznie i uciekali. Dodam, że piechota niemiecka była lepiej uzbrojona w karabiny maszynowe, niż polska, choć to chyba oczywiste.

Tytułem dowcipu zapytam, czy naturyści również należą do tej historii? Byc może tak, bo ludzie w raju byli "nadzy", a przedwojenne niemieckie fotografie naturystyczne pokazują zwykle aktywny wypoczynek, sport. Być może więc był to kult siły, kult młodości. Strach przed degeneracją białej rasy był w I połowie XX wieku powszechny, między inymi skauting powstał na tej fali. Sanatorium Apolinarego Tarnawskiego w Kosowie na Pokuciu, poza jarską dietą, proponowało też kąpiele słoneczne - panowie nago, panie w kostiumikach (stary doktor bardzo obawiał się demoralizacji).

[foto]2. Naturyści niemieccy, • autor: Wojciech Jóźwiak (2015-05-10 09:52:09)

...folkistowscy -- oczywiście! Chodziło przecież, aby poprzez nagość sięgnąć do zasobów sił (czy "energii") Natury i zawartej w niej Boskości, od której pochodzi Moc.
Czyli "durch Nacktheit zur Macht".

[foto]3. Bardzo ciekawy tekst... • autor: Michał Mazur (2015-05-10 10:59:42)

Bardzo ciekawy tekst - polecam!
Jedna uwaga - wspomniane renesansowe paradne zbroje to skutek odwołania się do starożytności, do Grecji i Rzymu - dziedzictwem "barbarzyńskim" raczej pogardzano. Natomiast starożytne kirysy oddające muskulaturę ciała faktycznie miały się odwoływać do wcześniejszego obyczaju walki nago - u wojowników zaliczających się do elit (sam fakt posiadania kirysu z brązu to już było coś). Nie pamiętam, kto pierwszy w świecie naukowym wysunął tę sugestię, wiem że ten motyw był bodajże w pracach M.P. Speidla

Natomiast tryzub... związki ze Słowiańszczyzną ma dość luźne. Bardziej prawdopodobne, że jest to tamga chazarska. Przejęta przez władców Rusi po upadku Kaganatu - wraz z tytułem kagan i obyczajem splatania włosów w pojedynczy warkocz. Trzeba było sobie jakoś zapewnić mandat do sprawowania władzy nad ludami nie-słowiańskimi, które znały wcześniej tylko władzę kagana, nie kniazia. Zobaczcie sobie tu, tam gdzie napisano "Rappaport 1985 Tamga illustrations" jest jedna tablica, otwiera się w większym oknie po kliknięciu.

4. Thorin Dębowa Tarcza • autor: (2015-05-13 21:48:40)

Jeden z bohaterów "Hobbita" J.R.R. Tolkiena, Thorin Dębowa Tarcza zyskał swój przydomek, gdy straciwszy tarczę chwycił mocną gałąź dębu i użył jej jako tarczy właśnie. Mógł Tolkien słyszeć o Godzambie czy to równoległe odkrycie podobnego mitu?

[foto]5. Wędrowny mitem • autor: Wojciech Jóźwiak (2015-05-13 23:29:11)

Możliwe, że krążył po dawnej Północnej Europie jakiś wędrowny "mitem" czyli motyw mityczny, o herosie, który walczył drzewem, gałęzią itp. Tolkien był znawcą mitologii nordyckiej i celtyckiej, więc możliwe,że gdzieś tam opowiadano coś podobnego, co o "naszym" Godzambie.

[foto]6. Tamgi • autor: Wojciech Jóźwiak (2015-05-13 23:37:09)

Tamgi pod http://s155239215.onlinehome.us/turkic/30_Writing/301Tamgas/OlhovskyTamgaEn.htm --- wspaniałe! Brawa, Michał, za znalezienie --- i warto je poporównywać z naszymi herbami. Polecam, w Tarace: Herby jak okna.(2007)

[foto]7. Tamgi są różne,... • autor: Michał Mazur (2015-05-14 01:06:22)

Tamgi są różne, różniste ;) różne ludy używały różnych wzorów . A część z nich faktycznie warto zestawić z naszymi (i nie tylko) herbami

8. przepiękne • autor: (2015-05-15 14:53:49)

Może są jeszcze inne przyczyny porzucenia zbroi i ubrań. Nie mogę posłużyć się przykładem z naszego podwórka bo katolicki walec ocenzurował nam całą historię ale są inne ludy. w XIXw w Ameryce Północnej żyli jeszcze "Dzicy" Indianie. Prowadzili walki z armią usa i Meksyku. Jednym z przywódców koczowniczego plemienia Apaczy-Czirakała był uzgrowiciel, jeszcze nie wojownik, Geronimo. Jako młody znachor-szaman rozmawiał z Duchami i te obwieściły mu czterokrotnie, ze nie zginie ani od kuli ani od strzał. Walczył wyjątkowo dzielnie, w jego grupie były też kobiety-wojowniczki. Nigdy się nie bał, bo znał przyszłośc. Zmarł ze starości. Napsuł wiele krwi okupantom wiążąc armie dwóch krajów. Podobny przykład w Plemieniu Oglala-Lakota - Szalony Koń - syn jasnowidza. Jako 14-letni chłopak otrzymał od Wakan-Tanki (Wielkiej Tajemnicy) wizję, iż nie zginie dopuki jego swoi ludzie nie zrzucą Go na ziemię. Wiele razy prowadził szaleńcze szarże młodych Siuksów na oddziały amerykańskie, wiele razy myślano, że już zginął lecz On zawsze walczył do końca i wracał cały. Nie bał się wrogów. Znał przyszłość. Jego życie dopełniło się dokładnie tak jak to ujrzał w swojej wizji.

Czyli nie tylko rytuały, pogarda śmierci, chęć poświęcenia się ale zapewnienie od Świata
Duchowego iż dany wojownik nie zginie w walce powodowały odrzucenie wszelkiej możliwej zbroi i ubrań. Czasem nawet broni! Aby to wiedzieć trzeba być Szamanem. Tylko gdzie ich obecnie szukać?

[foto]9. Car carów, król królów. Słowiański Geronimo - nietypowa prośba! • autor: Michał Mazur (2015-05-30 00:30:43)

Dzięki wschód. Coś mi się przypomniało po tym wpisie o Geronimo. 

"Car carów, król królów". Znachor z terytoriów obecnej Ukrainy albo Białorusi, zmobilizowany w 1914 roku do armii carskiej wraz z innymi chłopami. Twierdził, że jego moc jest najsilniejsza wtedy, gdy słońce stoi wysoko i nie ma chmur - i rzekomo wtedy żadna kula nie mogła go zranić. O ile dobrze pamiętam, zdarzało się że do natarć szedł z obnażoną piersią - w takim wypadku byłby ostatnim słowiańskim nagim wojownikiem. Któregoś razu, zamiast w tyralierę, żołnierze poszli za nim, gęsiego - pod ostrzałem. Bo on tak im zasugerował... jakby wiedział, że nie zginie - i chciał to rozciągnąć na swoich towarzyszy broni. Żaden z nich nie oberwał, wyjąwszy oficera, który wyzwał ich od ostatnich głupców i stanął z boku.Znalazłem krótką wzmiankę o nim (może na pół strony) w jednym z polskich magazynów historycznych (być może to było "Mówią wieki?") potem nie mogłem już tego odnaleźć ponownie.

 Nietypowa prośba - gdybyście cokolwiek znaleźli na ten temat, dajcie znać! 
Z kart historii zniknął po wycofaniu się przez Rosję z działań wojennych. Nie wiadomo też, czy przeżył rewolucję - wszak znachorzy, duchowni i wszystko, co dawało się zaszufladkować jako "przesąd" było wtedy likwidowane...

Paradoksalnie to jego pompatyczny pseudonim, który nadał sam sobie mówi mi coś o nim... czyżby to był ekstatyk?

Ludziom, którzy eksperymentują z najgłębszymi rodzajami transów czasem coś takiego się przytrafia. Ich ego rośnie wprost niebywale... tym bardziej, jeśli wokół nich utworzy się jakaś grupa osób, które wierzą w jakieś ich specjalne posłannictwo czy coś w tym rodzaju. Wtedy też tacy ludzie np. bardzo źle znoszą krytykę. Znam parę przykładów współczesnych, jednak na szczęście nie ma to związku z "Taraką".

Być może dlatego opowieści o szamanach syberyjskich uczą pokory. Wiele z nich zdaje się przypominać o człowieczej naturze szamanów... oraz o ograniczeniach danej im mocy.