Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2018-07-04

Wojciech Jóźwiak

Na samolocie podróż, nie „w”

Leciałem samolotem, ale nie „w”, nie wewnątrz pojazdu, tylko „na”. Tzn. siedziałem, wraz z paroma innymi osobami i pilotem (albo przewodnikiem) na wierzchu tego pojazdu. Ten latający obiekt nazywam samolotem, ale jednocześnie przypominał balon: miał jakby nadmuchiwaną, elastyczną powłokę. Siedziało się w zagłębieniach tej powłoki, tzn. siedziska lub fotele, czy cokolwiek tam służyło do siedzenia, były zagłębione w tej elastycznej powłoce, robiącej wrażenie czegoś nadmuchiwanego. Nie zauważyłem, żebym miał jakieś osłony, ale też nie zauważyłem, żeby wiatr przeszkadzał. Z góry przyglądałem się miastu, które było w dole, ale nie całkiem w dole, tylko trochę w bok – kilometr lub więcej od osi samolotu. Co jest zrozumiałe, bo mogłem patrzeć tylko ponad grzbietem tego pojazdu, a nie prosto w dół. Najpierw patrzyłem na lewą stronę pojazdu i widziałem rozległe osiedla, raczej niskich, ale szerokich domów, krytych dachami (jeśli to były dachy) ze szkła, które na różne sposoby iskrzyły się od odbijanego światła, bo lot był w środku dnia przy bardzo jasnej słonecznej pogodzie. Poruszenie wśród współpasażerów kazało mi przenieść wzrok na prawą stronę i tam zacząłem poznawać znajome budynki w tamtym mieście. (Lecieliśmy nisko, na wysokości mniej więcej 200 metrów.) Tzn. tamte budynki wydawały mi się znajome, bo naprawdę tamto miasto żadnego nie przypominało. Raczej jakąś futurystyczną makietę z filmu SF.

Tyle snu, prócz tego chodzą jakieś skojarzenia, jakby z innymi snami. Sen gdy go spisałem brzmi bardzo rzeczowo. Naprawdę w tym śnie miałem dwa walczące ze sobą wrażenia: że to wszystko, w czym jestem, jest jakieś bez sensu i tego, co widzę, nie powinno po prostu być – nie tak wyglądają samoloty i tak się nimi nie lata; także światło dnia było zbyt silne: nie ma aż tak oślepiająco jasnej pogody; również to miasto w dole, szczególnie jego lewa strona, wydawały mi się obce, sztuczne i nie z tego świata. Drugie odczucie było takie, że muszę to, co tam jest i w czym jestem, przyjąć, zaakceptować – bo po prostu tak jest.

Ani początku lotu, ani ewentualnego wylądowania nie zarejestrowałem. (Jak w filmie „Incepcja”: tam o tym zjawisku mówili.)

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.