Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-01-28

Roman Kam

Na krawędzi

Nie wiadomo, dlaczego chciałem się dostać do szarego, industrialnego w charakterze, budynku. Spodziewałem się, że za jego załomem spotkam jakieś wejście. Wszedłem na dość wygodny, szerokości stopy, betonowy gzyms i powoli zacząłem przesuwać się po nim do krawędzi ściany. Początkowo prawą ręką trzymałem się naroża, co dawało mi jakieś bezpieczeństwo, jednak żeby przeciwległą krawędź osiągnąć, musiałem się puścić. Będąc blisko celu, na chwilę spojrzałem w dół, a tam - w odległości może 1,5 metra - zielona, gładka, potężna w swej masie, ciemnozielona toń zwijała się w budzący strach wir i zwalała z ogromną siłą i głuchym łoskotem gdzieś w głąb. Stoczyłem ze sobą krótką walkę, by nie popatrzeć na to raz jeszcze, ale jednak spojrzałem. Mój błędnik odmówił posłuszeństwa. Nie było już mowy o tym, żebym postąpił do przodu; zacząłem się cofać, modląc się, bym tylko zdążył, zanim coś się ze mną stanie, zanim stracę kontrolę nad swoim ciałem i spadnę. Pod prawą, cofającą się nogą poczułem grudę zlodowaciałego śniegu, po której noga zaczęła mi się zsuwać. Nie było odwrotu - zacząłem milimetr po milimetrze odpadać od ściany. Zrozumiałem, że w tej sytuacji tylko pomoc z zewnątrz może mnie uratować. Jeszcze chwilę mogłem ustać; chciałem zawołać kogoś, ale wiedziałem, że każda próba głośniejszego krzyku wytrąci mnie z równowagi i przyśpieszy upadek, zanim ktokolwiek zdoła mnie złapać, czy podać rękę. Wyskrzypiałem więc tylko przez ściśnięte gardło: - Na pomoc! I obudziłem się.       

Roman Kam

Komentarzy nie ma.