Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-02-23

Włodzimierz H. Zylbertal

My, wszechmocni?

I.

Historię najmłodszej fazy naszej cywilizacji – cywilizacji naukowo-technicznej – dałoby się streścić w jednym zdaniu: Człowiek zastępuje Boga. Piękna to idea, prometejska i budząca nadzieję. Oto po tysiącleciach ślepej zależności od sił przyrody, po nie wiadomo ilu upokarzających lekcjach, jakich nam ona udzieliła, dzięki uważnemu podpatrywaniu - znajdujemy klucz do jej opanowania. Od tej pory siły, które nas niewoliły, stają się naszymi sługami. Na śmiertelne choroby mamy szczepionki, umiemy latać, umiemy wytwarzać energie, jakich w przyrodzie szukać darmo, umiemy coraz lepiej bronić się przed żywiołami i coraz lepiej zarządzać także naszym umysłem. Przyszłość, wydawałoby się, rysuje się jasna...

Manifest taki, jak powyższy, nie jest nowością, znamy go od lat bez mała trzystu. Dziś, gdy cywilizacja naukowo-techniczna kończy budowę swego dominium, czas mniej na zachwyty nad naszymi osiągnięciami, a bardziej na refleksję: czy te wspaniałe osiągnięcia, przynosząc nam dobrobyt, przyniosły nam szczęście? A tu zaskoczenie: dzisiejszy procent ludzi szczęśliwych, zrealizowanych i żyjących pełnią swego jestestwa, nie jest w jakiś istotny sposób różny od takiego samego procentu sprzed wieków. Tak jest: mimo tytanicznego wysiłku ludzkości zmierzającego do podporządkowania sobie świata i uzyskania tym samym boskiego, zaiste, poczucia sprawstwa, mimo niewątpliwego postępu cywilizacyjnego i społecznego, nie jesteśmy - jako gatunek - wiele bardziej zrealizowani od naszych dawnych przodków. Rozpędzona maszyneria opanowania świata podpowiada: bo nie dość świat jeszcze opanowaliśmy; jeszcze jeden wysiłek i się uda, zyskamy nie tylko władzę, ale i szczęście. Robimy więc taki wysiłek: dokonujemy nowych odkryć naukowych, wdrażamy je w życie, powstają nowe technologie, przybywa władzy i poczucia sprawstwa – a szczęście nam wciąż umyka.

Dlaczego?

II.

Technika, z której uczyniliśmy główny oręż naszej rozgrywki z siłami przyrody, ma naturę mitologicznego Merkurego, który sam o sobie mawia: „jestem dobry z dobrymi, zły ze złymi”. W praktyce oznacza to, że nie ma techniki bez skutków ubocznych, często – paradoksalnie! - wcale nie technicznych. Oto przyklad: skutkiem powstania cywilizacji samochodu, raczej nie przewidywanym przez Karla Benza, Gottlieba Daimlera i Henry'ego Forda, stała się całkowita zmiana już nie tylko stylu życia, ale i jakości środowiska na planecie w stosunku do cywilizacji „przedsamochodowej”. Równie potężnie zmieniła nasz świat cywilizacja komputera i internetu, choć zapewne nikt nie przewidywał, że 90% korespondencji to będzie spam, zaś 90% zawartości informacyjnej - podłączonej do internetu serwerów - to będzie przemoc, pornografia i wszechogarniający zalew zwykłej głupoty. Nie. W intencji tak twórców samochodu, jak i internetu, wynalazki te miały dać ludzkości kolejne narzędzia do zmniejszania dzielącego ludzi dystansu; narzędzia do wyzwolenia nas z kolejnej przyrodniczej zależności...

Samochód i internet, choć fatalny z nich obu robimy dziś użytek, są jednak doprawdy niewinną zabawką w porównaniu z technologiami już w założeniu mającymi służyć opanowaniu nie przyrody, ale drugiego człowieka. Od pierwszych - starożytnych jeszcze - wynalazków wojskowych, po nader podejrzaną naturę anteny systemu HAARP, najwymyślniejsze nowości techniczne, służące do zabijania lub obezwładniania jednych ludzi przez drugich, są coraz kosztowniejsze nie tylko finansowo. Także społecznie. Bo do produkcji i obsługi wyrafinowanej broni potrzeba wysokiej klasy speców, których szkolenie i utrzymanie pochłania ogromne energie i niewyobrażalne sumy pieniędzy. Przez to, m.in. nie ma dość energii i pieniędzy na walkę z zanieczyszczeniami środowiska naturalnego, głodem, brakiem wody pitnej albo zmianami klimatycznymi.

Merkuriuszowa natura techniki sprawia jeszcze i to, że jest ona nieodrodnym dzieckiem intencji powołujących nową technologię do bytu. Nie mamy tu na myśli intencji bezpośrednich twórców techniki, bo te są zazwyczaj szlachetne i natchnione; mamy na myśli tkwiącą gdzieś w zbiorowej podświadomości rzeczywistą potrzebę, którą powstająca technologia ma zaspokoić. A ta potrzeba rzadko jest w harmonii z innymi potrzebami świata ludzkiego i pozaludzkiego, ba! często jedna taka potrzeba skierowana jest explicite przeciw innej potrzebie, np. zrealizowanie potrzeby, która powołała do bytu internet i sieci komórkowe, mocno utrudniło zaspokojenie potrzeby refleksji i wyciszenia z dala od zgiełku świata. Jak zauważył to kiedyś Henryk Skolimowski, „technika nie może być różna od stanu ducha jej twórców”, a że duch dzisiejszych twórców techniki przesiąknięty jest agresją i żądzą odwetu na przyrodzie za tysiąclecia upokarzającej zależności, przeto i stworzona przez nas technika jest mocno agresywna. W świetle takiego rozumowania możliwa jest oczywiście technika przyjazna tak środowisku naturalnemu, jak i ludziom – ale najpierw musiałaby zmienić się świadomość powołującego ją do bytu człowieka.

III.

Wg bardzo starych wierzeń i opartych na nich równie starych przekazów, bogowie stworzyli ludzi, aby mieć w świecie materii posłusznych wykonawców swej boskiej woli. Wyraźnie nie do końca się to udało, ludzie od początku wymykali się kontroli bogów. A gdy Pismo Św. ogłosiło wszem i wobec, że „uczynił Bóg człowieka na swoje podobieństwo”, zrodziło się w ludzkim umyśle pytanie: Dlaczego On jest wszechmocny realnie, a ja tylko deklaratywnie? Dlaczego Jego nie imają się choroby, a mnie tak? Dlaczego On jest szczęśliwy w swej metafizycznej samotni, a ja w pocie czoła swego chleb swój zdobywać muszę? Redaktorzy Biblii, co prawda od razu dodali powiastkę o wygnaniu z Raju za to, żeśmy wbrew woli Stwórcy sięgnęli po wiedzę rozróżniania Dobra od Zła, ale nie zgasiło to wątpliwości, zwłaszcza że kilka stroniczek dalej to samo Pismo powiada: „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Ta walka trwa do dziś. Jedni uznali swą niższość wobec Boga, inni nie. Przez tysiąclecia pogłębiała się ślepa wiara jednych ludzi i rosła wola mocy innych. I oto trzysta lat temu, po spektakularnej kompromitacji wszelkich ślepych wiar na polach krwawych wojen religijnych XVII w., pojawiła się formacja oświeceniowa, głosząca idee budowy raju tu - na Ziemi - i ziemskimi środkami za pomocą nauki i techniki. Bóg, ustami Benedykta Spinozy - powiadającego: „Natura nigdy nie łamie swoich własnych praw”, w domyśle dodającego: „oto nowe przymierze Boga i Człowieka – Bóg daje nam Niezmienne Prawa Przyrody, na których możemy bez lęku oprzeć naszą potęgę” - zgodził się na taki eksperyment. I ruszyła rewolucja naukowa, i pochodna od niej przemysłowa. Zdradzieckie-merkuriuszowe właściwości techniki pozostały bez zmian. Rewolucje wieków XIX i XX dały zarówno broń mogącą unicestwić nasz gatunek, jak i medycynę zdolną wyeliminować choroby do tej pory bezkarnie dziesiątkujące ludzkość; dały i ruinę środowiska przyrodniczego i możliwości coraz doskonalszego zapisu, ulotnych do tej pory, dóbr kultury. Nade wszystko jednak przybliżyły nas, jako Ludzkość, do poczucia wszechmocy coraz bliższej boskiej, co przecież było całej tej rewolucji celem naczelnym.

IV.

My, ludzie z prochu powstali, mamy zatem z dobrym przybliżeniem boską moc stwarzania i niszczenia. Dlaczego jednak nie mamy boskiego spokoju i szczęścia? Technologia broni się, powiadając: jeszcze nie wszystko zostało odkryte i zastosowane. Gdy zostanie odkryte i zastosowane - przekonacie się, że i szczęście, i spokój na was spłynie. Ale my ślepi nie jesteśmy i widzimy, że zastawiono na nas pułapkę: nasz wymarzony stan boskości osiągamy kosztem ruiny naszej planety. Nie dość na tym: nieprzewidziane skutki rozwoju techniki mogą odebrać nam i tę świadomość wszechmocy, jaką dziś mamy. Przypomnijmy zatem, że to technika umożliwiła zbrodnie dwudziestowiecznych totalizmów. Duch zbiorowy, owym totalizmom patronujący, też dużo mówił o wszechmocy Człowieka i odrzuceniu Boga. Najnowszym produktem puszczonej samopas techniki są zmiany klimatyczne. Nie mamy pewności, czy są one na pewno skutkiem naszej działalności, ale - jeśli są - to koszty naszego poczucia boskości mogą okazać się za wysokie; poniżona planeta może strząsnąć nas z siebie, jak pies pasożyty.

Czy zatem rewolucja oświeceniowa poniosła klęskę, wypuściła z butelki dżina, który okazał się silniejszy od swych twórców? - Niekoniecznie. Bo choć prawda to, że budując maszyny parowe, elektryczne, atomowe i informacyjne działamy w warunkach informacji niepełnej, że nie umiemy przewidzieć wszystkich konsekwencji tych wynalazków, jednak istnieje i jest do natychmiastowego uruchomienia czynnik przez oświeceniowych rewolucjonistów i ich następców zlekceważony: na miejsce rywalizacji boga i człowieka – ich równoprawne partnerstwo. Taki obraz kreśli współczesny nawiedzonym oświeceniowcom Goethe w sławnej opowiastce o uczniu czarnoksiężnika. Uczeń zdolny uruchomić potop, ale nie umiejący go zatrzymać, reprezentuje właśnie chęć totalnego opanowania świata przez człowieka. Stary mag, który zakazuje uczniowi uruchamiania mocy za wielkich na jego niedojrzałą świadomość i musi naprawiać szkody wynikłe z buntu ucznia przeciw mistrzowi, nieodparcie przywodzi na myśl biblijny aforyzm: „Nie jest ci uczeń nad mistrza, ani sługa nad pana swego”. Jako taki w oczywisty sposób symbolizuje rozwiniętą świadomość właśnie. Tę, która mogąc w każdej chwili coś zrobić, nie zawsze to robi – bo przewiduje konsekwencje swoich działań, rozumie plan życiowy już nie tylko własny, ale Ziemi lub wręcz Wszechświata jako całości i wie, że szczęście znajdujemy nie w egoistycznym natychmiastowym zaspokajaniu się, ale w radości współdziałania. Aby doznać tej radości za jakiś czas, rozwinięta świadomość umie pohamować prymitywną potrzebę natychmiastowego działania.

Ta potrzeba, wszechpotężna w ciągu ostatnich trzech stuleci, zafundowała nam świat, jaki dziś znamy; zagrożony niekontrolowanymi zmianami klimatu, zagładą życiodajnych lasów, przeludnieniem miast i wyjałowieniem wielkich obszarów poza nimi.

V.

Nowa, powoli rodząca się świadomość, ograniczająca agresywność człowieka, więc zdolna i technikę uczynić przyjaźniejszą dla środowiska, u fundamentów swych ma przekonanie, że człowiek, choć może wszystko, jednak nie zawsze musi wszystko; że nie tylko Bóg stworzył Człowieka, ale może być i na odwrót; że nasza planeta jest za mała, żeby zaspokoić potrzebę, a raczej zachciankę nieograniczonej potrzeby stwarzania wszystkiego przez wszystkich, zaś świadomość wszechmocy - to nie to samo, co świadomość spełnienia; że spełnienie wynika niekoniecznie z panowania człowieka nad przyrodą, ale może wynikać z synergicznego ich współdziałania; że życie i jego samoświadomość to atrybut, być może nie tylko nasz, ludzki, ale i większych całości, np. naszej planety albo i całego Kosmosu. Takie to przekonania stanowią podstawę formującego się powoli światopoglądu ekologicznego. Tenże światopogląd – jak wszystko, co nowe i nieokrzepłe jeszcze, niepewne swojej tożsamości – jest wojowniczy i ma sporo elementów mentalności oblężonej twierdzy. Stąd wiele tez wysuwanych przez ekologów jest przesadzonych, np. nie mamy pewności, czy najnowsze zmiany klimatyczne są wynikiem działalności człowieka (jak chcą ekolodzy), czy też własnych procesów wewnętrznych matki-natury. Ale nie oznacza to, że tezy te można spokojnie zlekceważyć. Bo wyraźnie już widać, że to ten właśnie światopogląd - a nie wszechobecne dziś, coraz kosztowniejsze i przeradzające się we własną karykaturę przekonanie o naszej wszechmocy - stanie się ważną częścią duchowości i kultury nadchodzących czasów. Oto dlaczego warto poważnie dyskutować nad spostrzeżeniami, jakie młoda świadomość ekologiczna wnosi do świadomości ludzkości jako takiej.

--------------------------

1. Taką tezę wysunął katolicki myśliciel Pierre Teilhard de Chardin (1881 – 1955); powiada on, że Bóg, chcąc poznać siebie, stworzył materialny Wszechświat i wszelkie zamieszkujące go istoty, w tym oczywiście człowieka. Dał mu swobodę działania, aby „człowiek był oczami i uszami Boga”. De Chardin posuwa się jeszcze dalej, powiadając: „To człowiek swym postępowaniem stwarza Boga, więc uważajmy jak postępujemy, bo Bóg będzie taki jak my”.

Włodzimierz H. Zylbertal

Komentarzy nie ma.