Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2016-01-20

Andrea Kalff-Cordero

Mudang: kobieta-szamanka
Fragment opowieści Andrei Kalff-Cordero, Europejki, która jako pierwsza otrzymała inicjację w koreańskiej tradycji szamańskiej i została mudang kobietą-szamanką.


DZIEŃ 1
Zmęczeni i wyczerpani, po bardzo długim locie, dotarliśmy w nocy 11 grudnia 2006 do Seulu. Na lotnisku powitało nas dwóch szamanów oraz ekipa telewizyjna z Korei Południowej, która od razu przystąpiła do pracy. Kamera, światło w oczy, mikrofony i pytania o moje samopoczucie – zupełnie jak w filmie! Do dzisiaj zadziwia mnie moja ówczesna dobra kondycja umysłowa, ponieważ  byłam w stanie na każde z tych pytań udzielić całkiem logiczne i trafne odpowiedzi, a przecież czułam się wewnętrznie tak słaba, gdyż moje ciało „zżerane“ przez raka było tak wiotkie i bezsilne. Postanowiłam totalnie poddać sie losowi i po prostu popłynąć z falą mojego życia.
Po około 1,5 godzinie jazdy samochodem dotarliśmy w środku nocy do „Domu Szamanów“ na półwyspie Gangwo. Tam czekało na nas około 20. szamanów. Wszyscy wyszli przed dom, a na ich czele stała mistrzyni Kim Keum Hwa, która to podeszła do mnie i wzięła mnie w swoje ramiona, zupełnie jak matka. Pamiętam tylko gęsią skórkę na moim ciele i że tak dobrze czułam się w jej pobliżu. W końcu dotarłam do Domu.
Pozostali szamani patrzyli na mnie z lekkim dystansem – tak charakterystycznym dla Koreańczyków. Patrzyli trochę sceptycznie, co oczywiście wyzwalało u mnie strach i niepewność.
Po powitaniu z Kim Keum Hwa, Albert (mój ówczesny mąż), ekipa telewizyjna i ja weszliśmy do domu, gdzie zostałam przedstawiona wszystkim, czczonym tam szamańskim duchom. Musiałam wypowiedzieć moje imię, nazwisko i datę urodzenia, jednocześnie kłaniając się trzy razy każdemu z nich. W końcu podążyliśmy do małego ołtarzyka przygotowanego na łonie natury w okolicy domu, żeby pokłonić się „Bogu Wody“. Z małego źródełka najpierw napiła się pani Kim, potem ja, a na końcu Albert.
Potem zaprowadzono nas do naszych kwater. Moje miejsce do spania zostało przygotowane w sypialni Kim Keum Hwa. Jedna z szamanek wyjęła z szafy materace służące do spania – okazało się, że tę noc spędzę u boku mistrzyni Kim. Byłam lekko zażenowana. Już od 18. lat nie spałam w domu swojej własnej matki, a tu czeka mnie noc w pokoju najbardziej czczonej matki szamańskiej w całej Korei Południowej.
Już podczas naszego pierwszego spotkania w Austrii zakomunikowano mi, że po inicjacji mistrzyni Kim przejmie funkcję mojej matki, stanie się moją duchową matką, której rola przewyższa nawet matkę biologiczną.

Wszystko było tu dla mnie nowe i dziwne. Początkowo bałam się, że wylądowałam w środku jakiejś orientalnej sekty. Wszyscy i wszystko było obce: kraj, ludzie, otoczenie, jedzenie, rytuały. Pewnie dlatego odwołałam mój pierwszy termin inicjacji zaplanowany już trzy miesiące wcześniej. To odwołanie dało mi wtedy poczucie, że jeszcze posiadam swoja własną wolę i sama mogę decydować o sobie i swoim losie.
Pierwszej nocy zupełnie nie mogłam zasnąć. Wszystko było dla mnie tak egzotyczne: zapachy dochodzące z koreańskiej kuchni, nieznane odgłosy dobiegające z każdej strony i oczywiście zmiana czasu z europejskiego na azjatycki. Moje łóżko, pomimo materaca, było dla mnie zbyt twarde. Z podłogi odczuwalne było buchające ciepło z ogrzewania. Przez moją głowę wędrowało tysiące myśli: „Czy to tu wszystko mi pomoże?“ „A może jestem w niebezpieczeństwie?“ „Co z moimi dziećmi?“ „Co się dzieje się z moim guzem nowotworowym?“ „Czy ja już całkiem oszalałam i straciłam zupełnie głowę?!“
Zupełnie nie mogłam się wyciszyć. Mistrzyni Kim także spała niespokojnie, ciągle wstawała, żeby się czegoś napić lub coś małego przekąsić.

DZIEŃ 2
Nowy dzień zaczął się jeszcze przed wschodem słońca. Około 3:00 nad ranem zostaliśmy obudzeni i zaczęto nas pospieszać. Wszystko musiało się dziać bardzo szybko. Zakomunikowano mi, że od tej pory niczego nie mogę robić sama. Nie mogę się sama uczesać, umalować czy wybrać ubranie na dany dzień. Od tego wszystkiego miałam u swojego boku dwie szamanki. Do tego non-stop towarzyszyły mi dwie kamery telewizyjne, które nie opuszczały mnie nawet na sekundę. Do permanentnych pytań dziennikarzy zaczęłam się już przyzwyczajać.
Było jeszcze ciemno, kiedy przekroczyliśmy próg „Domu Duchów“ położonego niedaleko Domu Szamańskiego. Trzy razy ukłoniliśmy się przed obrazami przedstawiającymi czczone duchy, które w kilka chwil później przekazały, za pośrednictwem mistrzyni Kim, informacje dla mnie. Musiałam wysłuchać, że duchy były bardzo niezadowolone i rozgniewane faktem odwołania przeze mnie pierwszego terminu inicjacji. Był to bardzo duży błąd z mojej strony. Dlatego też „Negatywne Duchy“ zadbały o pewien rodzaj kary, w formie złamanej stopy mojej córki, co faktycznie wydarzyło się zaraz po odwołaniu mojej pierwotnie planowanej podróży do Korei. Dlatego też obecna inicjacja musi być jeszcze bardziej intensywna od tego, co wcześniej zaplanowano. Poza tym duchy powiedziały, że dobrze, iż w końcu przybyłam do Korei i że od tej pory nie muszę się już martwić o moją chorobę nowotworową, gdyż zostanę uleczona. Przykazano mi, abym 19. stycznia udała się do swojego ginekologa i poinformowała go, jak będzie wyglądało moje dalsze leczenie. Rozpłakałam się, a łzy spływały mi strumieniem po policzkach. Zrobiło mi się bardzo głupio, że odwołałam wcześniejszy termin inicjacji i że zlekceważyłam wszystkie długotrwałe przygotowania na moją cześć, jakie poczyniono trzy miesiące wcześniej. Jednocześnie odzyskałam nadzieję na wyzdrowienie i pomyślałam, że jakoś przeżyję ten cały pobyt w Korei.
Kiedy wracaliśmy do Domu Szamańskiego - na dworze zrobiło się już jasno. Był to jednopiętrowy budynek zbudowany z czerwonego i białego kamienia z przesuwanymi drewnianymi drzwiami pokrytymi papierem ryżowym. Przed wejściem do domu należało zdjąć buty. Przekraczając próg domu, wchodziło się do dużego pomieszczenia z ogrzewaną podłogą, rozświetlonego przez światło wpadające z kilku okienek. Przednia część tego pomieszczenia graniczyła z małą kuchenką i łazieneczką. W dalszej części znajdowało się wejście do pokoju dziennego i małej sypialni mistrzyni Kim oraz schody prowadzące na pierwsze piętro. Na pierwszym piętrze znajdowało się całkiem duże pomieszczenie, które z wieloma szamańskimi przedmiotami rytualnymi i galerią licznych zdjęć, wiszących na ścianach, wyglądało jak muzeum. Wszędzie było pełno fotografii Kim Keum Hwa, przedstawiających jej najwyższą sztukę szamańską. Największą uwagę przykuwał jednak ołtarz rozciągający się przez całą długość domu. W każdym zakamarku pomieszczenia leżały dary przeznaczone dla duchów: ziarna ryżu, monety i banknoty, kwiaty, wino, słodycze i owoce. Nad ołtarzem wisiały duże postacie różnych duchów namalowanych na obszernych skrawkach jedwabiu i innych materiałach.
Mistrzyni Kim zaczęła wyliczać obowiązki osoby opiekującej się ołtarzem. Codziennie należy zapalić dwie świece i ustawić trzy miseczki ze świeżą wodą, ponieważ duchy pragną, aby je czcić i pielęgnować. Każdy z nich lubi coś innego, jeden musi mieć owoce, drugi tabakę, a jeszcze inny woli monety i banknoty.
Po koreańskim śniadaniu, jedzonym praktycznie na podłodze, przywitaliśmy nowego gościa. Był to krawiec, który otrzymał zadanie uszycia dla mnie stroju na inicjację mudang. Wielki moment inicjacji wymaga specjalnego ubrania, które musi być uszyte na miarę.

Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na świętą górę Seulu. Nieskończone betonowe schody na górę były dla mnie prawdziwą udręką. Cały czas czułam zmęczenie po podróży i moja choroba nowotworowa dawała mi się coraz bardziej we znaki. Na samej górze czekał na nas kolejny ołtarz. Ceremonii towarzyszyły ziarna ryżu, świece, monety, banknoty i kadzidła, wszystko, aby godnie przywitać Boga Gór. Mistrzyni Kim wzięła mnie pod rękę i poszłyśmy na sam szczyt drogą oświetloną przez świece. Kim Keum Hwa zaczęła trzeć swoje dłonie i przywoływać Boga Gór. Pocieranie rąk, jak się później dowiedziałam, i co teraz codziennie praktykuję, jest modlitwą. Szamanka przedstawiła mnie z imienia i nazwiska, i zapytała Boga Gór, czy wszystkie Duchy Gór akceptują to, że mistrzyni Kim udzieli mi pomocy; zostanę inicjowana jako szamanka mudang i będę jej duchową córką. Pojawiła się pozytywna odpowiedź. Duchy, ustami szamanki, powiedziały, że zważywszy na moją chorobę zdążyłam na ostatnią chwilę. Dobrze, że przyjechałam i już nie będę musiała martwić się o swoje zdrowie, a także o zdrowie swoich dzieci.
Po przywitaniu się z Bogiem Gór udaliśmy się na wybrzeże, aby przywołać i uczcić Boga Wody. Tutaj również złożone zostały tradycyjne dary uzupełnione o chorągwie i kolorowe flagi. Kiedy wybierałam flagi dowiedziałam się, że w szamanizmie koreańskim kolory odgrywają ważną rolę, oznaczają one różnych bogów, mogą być też odpowiedziami na tak lub nie. W obliczu Boga Wody podziękowano także duchowi mojego zmarłego brata, który odebrał sobie życie, kiedy byłam jeszcze nastolatką. Samobójstwo mojego brata prześladowało mnie w nocnych wizjach, zanim jeszcze wydarzyło się w rzeczywistości. Mistrzyni Kim także wiedziała o tym zdarzeniu, co zakomunikowała mi podczas naszego pierwszego spotkania w Austrii. Podobno tylko w takiej niewidzialnej formie brat mógł towarzyszyć mi w mojej drodze jako „wybranki”, tzn., że będzie obecny podczas mojej inicjacji mudang.

DZIEŃ 3
Dzisiaj udaliśmy się do centrum Seulu, gdzie znajduje się drugi Dom Szamański Kim Keum Hwa. Spotkałam tam wiele nowych osób i odczułam ich sceptyczny stosunek do mnie. Dostałam specjalne obuwie i bielizną na inicjację. Cały dzień odwiedzałam różne osoby i przyjmowałam zaproszenia na kolejne posiłki. Wszędzie towarzyszyły mi ciekawskie spojrzenia.

DZIEŃ 4
Tej nocy znowu spałam źle. Nadal nie mogłam się przyzwyczaić do tych wszystkich zapachów i odgłosów dochodzących ciemności. Dzisiaj wraz z mistrzynią Kim udałam się na rynek ziół, gdzie kupiłyśmy herbatę na moją chorobę nowotworową.

DZIEŃ 5
Tego dnia ponownie zostałam obudzona przed wschodem słońca. Szamanki zrobiły mi makijaż i ułożyły fryzurę tak, aby wszystkie włosy był dokładnie gładko uczesane i związane z tyłu. Wszyscy w Domu Szamańskim chodzili lekko zdenerwowani, czy też może podekscytowani. Czułam się jak w mrowisku, gdzie każdy wiedział co, kiedy i jak ma robić. Tylko ja nie miałam pojęcia, czego mogę się po tym dniu spodziewać.
Nasza podróż samochodem tego poranka trwała 2,5 godziny. Było jeszcze ciemno i zimno. Na parkingu, u podnóża góry Ingwansan, po raz pierwszy  poznałam tłumaczkę języka niemieckiego z Goethe Instytut. Byłam zaskoczona, gdyż nie spodziewałam się takiej opieki. Prawie 300. metrowa góra Ingwansan to ulubiony cel wycieczek Koreańczyków i turystów, ze względu na niesamowitą panoramę miasta Seul. Miejsce to jest pełne małych sanktuariów buddyjskich i szamańskich miejsc modlitw (choć nie zawsze widocznych na pierwszy rzut oka).
Cała nasza dwudziestoosobowa grupa rozpoczęła zdobywanie szczytu. Za mistrzynią Kim wędrowało 7. szamanów, dwie tłumaczki, dwie ekipy telewizyjne i oczywiście ja z mężem. Posuwaliśmy się wolno, stopień po stopniu. Przez całą drogę towarzyszyły nam liczne informacje zakazujące odprawiania jakichkolwiek szamańskich rytuałów. Byłam tym bardzo zdziwiona i poirytowana. Na szczęście pozostałe osoby nie zwracały na te ostrzeżenia żadnej uwagi.
Szliśmy coraz wyżej, aż do znalezienia miejsca, które nadawało się na przygotowanie naszego ołtarza. Zapalono świece, a szamani zaczęli układać dary w postaci świeżo ugotowanego ryżu, wina ryżowego, kadzideł i banknotów. Bardzo uważnie przyglądałam się tym wszystkim przygotowaniom. Kim Kaum Hwa zapaliła spory kawałek białego papieru (po koreańsku sozi) i zaczęła nim wymachiwać nad moją głowa.  Domyśliłam się, że był to początek rytuału oczyszczenia.
Szamanka powiedziała, że za pomocą sozi prosi o oczyszczenie wszystkich bu-zong (nieczystości) i pragnie połączyć mnie ze światem.
Dalej mistrzyni Kim zwróciła się bezpośrednio do mnie, prosząc mnie jako Nowicjuszkę, abym wstąpiła na drogę Ducha/Boga.
Potem kobieta przemówiła do Duchów, prosząc, aby uwolniły mnie od bu-zong i przyjęły do siebie moją czystą duszę. Na koniec szamanka, prosząc o błogosławieństwo, zadzwoniła dwoma metalowymi dzwoneczkami, które symbolizowały Słońce i Księżyc, i były związane razem specjalną tasiemką. Po zakończeniu tego wstępnego rytuału - ruszyliśmy w dalszą drogę.
Droga na szczyt była coraz trudniejsza i zamieniła się niemal w alpejską wspinaczkę. Niespodziewanie pojawiły się wizje. Zaczęłam widzieć i odczuwać towarzyszące mi siły i duchy, pojawił się także przywoływany w rytuale Duch Gór.
Dotarliśmy na skaliste miejsce, gdzie zaczęto przygotowywać kolejny ołtarz, wraz ze wszystkimi należnymi darami. Stałam u boku mistrzyni Kim przed tym świętym ołtarzem i słuchałam, jak moja duchowa matka odmawia modlitwę. Szamanka rozcierała swoje dłonie, jednocześnie głośno wyśpiewując modlitwy. Nagle poczułam ogromny ból w moim prawym uchu. Cierpienie stawało się nie do zniesienia. Nie mogłam dalej stać tak blisko ołtarza i odeszłam na bok. Nikt nie przejął się moim stanem i bez ogródek kazali mi iść dalej na szczyt. Potem poczułam się tak, jakby coś stanęło mi w gardle. Z mojego wnętrza chciały wydostać się słowa, których znaczenia nie rozumiałam. Wypowiadałam jakieś niezrozumiałe sylaby, wprawiające mnie w rozdrażnienie. W przeciwieństwie do mnie - 
cała reszta naszej procesji była nad wyraz poruszona, gdyż okazało się, że wypowiadam słowo z pradawnego języka koreańskiego.
W końcu dotarliśmy na sam szczyt góry Ingwansan, gdzie znowu stanęliśmy przed ołtarzem. Mistrzyni Kim rozwinęła ogromny wachlarz, którym zaczęła poruszać powietrze wokół całego mojego ciała. Potem nadeszła moja rola - w jedną rękę włożono mi wachlarz, a w drugą dzwoneczki. Moim zadaniem było trzymać ręce wysoko w górze, wachlując i dzwoniąc jednocześnie. Wykonywałam wszystkie zlecane mi polecenia. Okazało się, że był to rodzaj testu. Szamani uważnie obserwowali, czy moje ciało zacznie wibrować i wchodzić w pewien rodzaj transu, a tym samym, czy Bóg Gór wcieli się w moje ciało. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, gdyż moje ciało, zupełnie poza moją kontrolą, zaczęło wibrować. Tylko po zadowolonych minach towarzyszących mi szamanów domyśliłam się, że pomyślnie zdałam ten test.

Kiedy trans się skończył, szybko doszłam do siebie. Czułam się bardzo, bardzo lekko. Kiedy u boku mistrzyni Kim schodziłam z góry, to droga powrotna nie sprawiała już mojemu ciału żadnego problemu.

Udaliśmy się na śniadanie do Domu Szamańskiego w centrum miasta. Po raz pierwszy poczułam się wśród tych wszystkich ludzi swobodnie, tak jakbym do nich należała. Sceptyczne spojrzenia zniknęły. Po śniadaniu był czasu na specjalne zakupy. Tym razem chodziło o moją inicjację, która miała się odbyć następnego dnia. Zaczęto wybierać suknie i materiały w rożnych kolorach. Mistrzyni Kim zakupiła dla mnie specjalną, białą bieliznę z jedwabiu, którą nosi się pod tradycyjnym szamańskim ubraniem. Do tego doszły lekko świecące materiałowe buty, które wyglądały raczej jak ciepłe, dobrze dopasowane skarpety. Pomyślano również o prezentach dla moich córek, które mistrzyni Kim nazywała swoimi wnuczkami.
Kiedy wszystko zostało zakupione - wyruszyliśmy z powrotem do głównego Domu Szamańskiego leżącego na obrzeżach Seulu. Czekali tam już na nas nowo przybyli szamani, muzycy, studenci uniwersytetu, etnolodzy i kilka innych ekip telewizyjnych. Po chwili uspokojenia, którego doświadczyłam po rytuale na górze Ingwansan, napięcie i presja powróciły.
Wieczorem zadzwoniłam do swoich dzieci, które zostały w Europie i zapewniłam je o swojej miłości. Rozmowa z córkami była niczym pożegnanie, gdyż nie byłam pewna, czy znowu je zobaczę.

DZIEŃ 6
Pobudkę zrobiono nam już o czwartej nad ranem. Za oknem zaczął padać śnieg, co przypominało mi mój dom w górach, w Bawarii. Dla całej reszty śnieg był wydarzeniem szczególnym i przyjęto go za dobry znak, gdyż podobno od wielu lat śnieg w tym regionie nie padał. Tej nocy miałam senne koszmary i padający śnieg nie wprawił mnie w zbyt dobry nastrój.
Kim Keum Hwa zaczęła mnie uspokajać i zapewniać, że nie muszę się niczego bać, gdyż po mojej inicjacji wszystko zmieni się na lepsze, odzyskam zdrowie i całe moje życie ustabilizuje się.
Również tego dnia wywołano duchy z prośbą o pomoc przy mojej inicjacji. Tym razem musiałam złożyć przed nimi przysięgę wierności i zapewnić, że będę im służyć, przynosząc świece, kadzidła, ryż i świeżą wodę.
Założyłam nowe ubrania, które miały wspomagać przepływ tajemniczej mocy przez moje ciało. Przygotowania do inicjacji przeszły moje wyobrażenia. Obok tradycyjnych darów pojawiły się także żywe koguty i  świeżo zabite prosię. Ceremonia Inicjacji nazywana po koreańsku naerim-kut mogła się rozpocząć.
Moim zadaniem było przejść przez jedenaście różnorodnych testów, aby definitywnie stwierdzić, czy mogę zostać mudang, czyli szamanką-uzdrowicielką .


Podczas ceremonii nazywanej il-wol-song-sin-mazi (Słońce-Księżyc-Gwiazdy) miałam na sobie biały kostium z dużym kapturem. Do ręki dostałam metrowy drewniany krzyż otulony białym lnianym materiałem.  Na połączeniu ramion krzyża umieszczono małe okrągłe lusterko, a nad nim sosnową gałązkę. Cała ta konstrukcja wyglądała jak mały człowiek. Zadaniem lusterka było połączenie serca człowieka z sercem Boga w rytuale łączenia mikro i makrokosmosu. Mojemu tańcowi z krzyżem towarzyszyła wyjątkowo głośna, dzwoniąca muzyka, która miał wspomagać wejście w trans. Wszyscy wpatrywali się we mnie (kamery telewizyjne także) z wielkim oczekiwaniem. Nie chciałam stracić kontroli nad sobą i całkowicie się wyluzować. W końcu przestałam tańczyć i padłam w ramiona swojego męża. Albert zaczął mnie pocieszać, mówiąc, że nie mam nic do stracenia i powinnam wyluzować. Podeszła też mistrzyni Kim i z matczynym ciepłem doradziła mi spokojne podejście do rytuału. Wróciłam na środek sali i zaczęłam ponownie tańczyć; zamknęłam oczy, transowy hałas otaczał mnie ze wszystkich stron. Puściłam kontrolę i poddałam się temu, co miało nadejść. Wtedy wszystko poszło bardzo szybko. Weszłam w trans i zaczęłam doświadczać, jak koreańskie słowa wydostawały się z mojego gardła.
Wypowiadałam Il-wol-dae - słowo oznaczające drewniany krzyż, który trzymałam w rękach. Wszyscy byli w euforii, gdyż jedno z zadań zdałam na medal. Osiągnęłam stan transu i przemówił przeze mnie duch. Byłam w stanie, w którym duchy mogą wcielać się w ciało szamana, przez co może on dokonywać rzeczy realne jedynie w transie.

Wyznań (wspomnień, opowieści) wysłuchali i spolszczyli:
Włodzimierz Osiński i Monika Mazur.

Andrea Kalff-Cordero

Komentarzy nie ma.