Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Mieszkanie

Kilka dni temu, nie zapisałem od razu, teraz już nie potrafię przypomnieć sobie okoliczności.

Chodziliśmy z M. i P. po ich mieszkaniu, tym samym, w którym teraz mieszkają, ale jednocześnie innym, pełnym zamkniętych, ciemnych pokoi z oknami zasłoniętymi okiennicami, długich mrocznych korytarzy i kurzu. Stanąłem przed zamkniętymi drewnianymi, pomalowanymi na ciemnoniebiesko drzwiami, z których wymontowano zamek i klamkę. Nie potrafiłem ich otworzyć, podeszła M. i zaczepiając paznokciami o otwór zamka bez trudu otworzyła drzwi, uśmiechając się z zażenowaniem.

Powiedziałem coś, na temat tego jak zręcznie sobie z tym radzi, odpowiedziała coś w rodzaju, "tak, mamy tu trochę bałaganu". Doszliśmy do drzwi wyjściowych, też nie miały klamki, zamiast tego na trzpień było nadziane koło zębate, zardzewiałe, ale pochodzące z jakiejś skomplikowanej skrzyni biegów, miało dwie czy trzy części o różnych średnicach, zęby były spiralne, skręcone w obu kierunkach. Te drzwi też były zamknięte, żeby je otworzyć, M. sięgnęła pod tryby i wyciągnęła mosiężną dźwignię, wyświeconą od częstego używania, podobną do czegoś znanego, ale w końcu nieokreślonego.

Otworzyła drzwi, prowadziły na jasne podwórko wysypane żwirem. Okazało się, że mieszkanie mieści się na parterze niedużego, może dwupiętrowego, otynkowanego na biało budynku o płaskim dachu. Wyszliśmy na dwór i P. poprowadził nas niedaleko, gdzie za załomem muru stał stary stolik na drucianych, żelaznych nogach, a obok niego trzy krzesła ze sklejki, pomalowanej obłażącą zieloną i brązową farbą. Wszystko to wyglądało jak przeniesione ze stołówki kolonijnej z lat siedemdziesiątych.

Usiedliśmy przy stoliku i P. zaczął zwijać skręty. Niespodziewanie zobaczyłem tę scenę z góry, z dachu, gdzie stał policjant z krótkofalówką. Było też stamtąd widać, że z obu stron są jacyś inni policjanci. Kiedy wyszli zza murów prosto na stolik, byłem tam już sam, M. i P. gdzieś znikli. Siedziałem na wprost na czarno ubranych policjantów, oddzielony tylko stolikiem, na którym leżały skręty i rozsypane liście ziół: piołunu, tymianku i innych, niezidentyfikowanych.

Kiedy policjanci zaczęli coś mówić, wyciągnąłem pistolet spod marynarki a wtedy odskoczyli, zaczęli coś krzyczeć. Skierowałem go w swoją głowę i zanim wystrzeliłem obudziłem się. Poczułem, że ktoś ciągnie mnie za nogę, tak, że głowa podskakuje mi na kamieniach. Był on wielki jak niedźwiedź, silny i kudłaty, ale nie był zwierzęciem. To wrażenie rozwiewało się powoli. W końcu byłem spokojny i zadowolony.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.