Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-12-16

Wojciech Jóźwiak

Miasto w Ameryce

Byłem w Ameryce. (Gdzie w realu nie byłem nigdy.) Z dużą grupą ludzi, jakąś wycieczką, w miejscu, które było jakąś poczekalnią: czekaliśmy na dalszy ciąg podróży. Przez okna, szyby, widać było krajobraz naokoło, dużo przestrzeni, zielono, pola, pagórki, miasteczko na horyzoncie. (W międzyczasie był epizod: prowadzę samochód, zwykły osobowy, kręcę się po szerokich asfaltowych jezdniach, jakby duży parking. Podchodzi policjantka lub strażniczka, ale nie zaczepia mnie, mijam ją. Przyciąga mnie widok miasteczka w dali.)

Postanawiam pójść pieszo do tamtego miasteczka. Przy szosie rosną drzewa: rozpoznaję klony, mają liście trochę inne niż nasze – no ale tak musi być, przecież to jest inny kontynent. Szosa z asfaltem wchodzi do miasta, ale natrafiam na jej ślepy koniec. Okazuje się, że nie zauważyłem, że szosa, która stała się ulicą, skręciła, a ten odcinek którym szedłem, był ślepo zakończonym tarasem przy budynku. Zawróciłem. Zszedłem po schodach w dół. Dalszy ciąg snu polega na chodzeniu po tym mieście, które jest jak jakiś labirynt. Budynki są surowe, ściany z cegły i betonu, materiał widać na zewnątrz, w dziwnym stylu, który trudno z czymkolwiek porównać. Domy nowoczesne w stylu, ale już stare, należące do historii. Całe to miasteczko zbudowano za jednym zamachem, jako gotowy plan, ale ma ono już kilkadziesiąt lat i zdążyło się zestarzeć i po trochu się sypie, niszczeje, zarasta roślinami i przypadkowymi dodatkami mieszkańców. Schodząc po schodach, miałem hipotezę, że zbudowano je jako osiedle dla oficerów wojska albo wojskowego projektu naukowego. Z któregoś przejścia nie potrafię wyjść. Pytam kręcące się tam kobiety, „How to get out?” – Pokazują mi drogę, a ja martwię się, że nie wypowiedziałem tego pytania dostatecznie uprzejmie i że gdyby tam byli Anglicy, to poczuliby się tym urażeni. Mijam miejsce, gdzie mieszkająca tam kobieta ma zwyczaj karmić koty. Koty tam są, są wielkie, puchate i tłuste, odkrywam ich osiem, potem kilkanaście, przestaję liczyć, są wszędzie. Teraz oglądam te domy z ulicy. Przy ulicy są jakieś pawilony, sklepy, wszystkie zapuszczone i zaniedbane. Zauważam coraz więcej rozpadu, rdzy, bałaganu. Młodzież z wysokiego tarasu budynku rzuca we mnie jakimiś okruchami. Stary mężczyzna (pijak, szaleniec?) grozi mi, że rzuci we mnie mielonym mięsem, które demonstruje na dużej tacy. Nie budzi to we mnie emocji, ale z chłodnym umysłem wycofuję się stamtąd. Wracając rozważam kwestie np. takie: „drzewa są średnio wyższe niż u nas”. Mijam stację paliw (ale idę pieszo, paliwa nie potrzebuję) – która okazuje się porzucona i zrujnowana. Rozważam kwestię, że: „tutaj buduje się nowe obiekty, a stare porzuca i tak zostają”. Jestem z powrotem w tamtej „poczekalni”. Jest tam tłum ludzi, którzy tam się kręcą, mieszają, jak w zwykłych poczekalniach. Z nimi tutaj przyjechałem i należę do tej grupy. Podchodzę do jednego z nich – jest to młody chłopak, ma ok. 16 lat* – i pytam go: „Ty dużo wiesz, to ciebie zapytam: gdzie my jesteśmy, w którym stanie?” – On jest zaskoczony i przestraszony, i niepewnie odpowiada: „...w Pensylwanii”. Ja na to: „No tak myślałem, bo uderzyło mnie, jak tu jest podobnie do tego, co u nas.” Trwa jakiś ruch. Nasze bagaże w samochodach (autobusach) są przepakowywane. Leżą worki z nowym zapasem żywności. Gdzieś dalej mamy jechać.

(*Zapytany chłopak wyglądał jak „kolega fizyk” z wcześniejszego snu, tylko b. młody.)

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 1

[foto]1. Miasto jako obraz "ja" • autor: Wojciech Jóźwiak (2015-12-16 20:38:31)

Tamto miasto, które zbudowano kilkadziesiąt lat temu od jednego razu i według jednego planu, i które się starzeje i "sypie" -- jest oczywiście i klasycznie obrazem osoby śniącego i jego umysłu. :) Sen mówi jednak, że podróż trwa i są zapasy żywności na nowy odcinek tej podróży.