Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2008-10-17

Krzysztof Wirpsza

Metoda Sedony
Puść! ...i krępujący fakt, że nie chcemy pozwolić

Idź otwórz drzwi
Może gania tam pies
Może twarz ujrzysz
lub oko
albo obraz
obrazu (...)
Idź otwórz drzwi
Nawet jeśli tam
tyka tylko ciemność
nawet jeżeli tam
hula tylko wiatr
nawet
jeśli nic
tam nie ma
idź otwórz drzwi
przynajmniej
będzie przeciąg
Miroslav Holub

Metoda Sedony jest ciekawą wariacją na ten temat idei pozwolenia (patrz moje teksty Pan Filo, Słoń i Halucynogeniusz, oraz Historia jednego pozwolenia). Zagadnienie "pozwolenia na przejawienie się" było i jest dostrzegane w rozmaitych kontekstach przez wielu ludzi, tworzone są wokół tego całe systemy. O tych bardziej znanych, jak antypedagogika, antykariera czy naturalne porody, pisano wiele. Dziś chciałbym wskazać na amerykańską metodę, która zalicza się do obszaru psychologii i samopomocy. Jest to technika typu know-how, a zatem próbująca określić standartowe kroki w realizacji szczytnego zamierzenia, jakim jest pozwolenie.

Jest to wyjściem naprzeciw typowo Zachodniemu postawieniu sprawy: "No dobrze, ale JAK mam pozwolić? Skoro u każdego to jest inaczej, na jego osobisty sposób, to czy istnieje tu jakiś wzorzec, jakieś ogólne zalecenie - co robić?" Metoda Sedony jest właśnie próbą sformułowania takiego zalecenia.

Kluczem wg Metody jest angielskie wyrażenie "let go". Już na samym początku jednak napotykamy tu na irytujący problem: zwrot ten, na język polski w zrozumiały i dokładny sposób przetłumaczyć jest bardzo trudno. W odniesieniu do przedmiotów martwych oznacza on "puścić", tak jak np. w: "puścić uchwyt" lub "puścić linę". Problem zaczyna się z przetłumaczeniem "let go" w odniesieniu do idei. "Let go of a thought/emotion" (dokładnie: "puścić myśl/emocję") oznacza mniej więcej tyle, co zrozumieć, że osobiście zasilamy tę myśl/emocję, i w mniejszym lub większym stopniu, postanowić przestać to robić. Dość wiernym i czytelnym, acz bez wątpienia śmiałym, tłumaczeniem dla "let go of a thought/emotion" byłoby więc "przestać dawać tej myśli/emocji siłę" (względnie "... obdarzać ją siłą", lub "...wzmacniać"). Ponieważ wszelkiego typu tradycyjne sposoby tłumaczy na radzenie sobie z "let go", takie jak "puścić", "pozwolić odejść", "odpuścić sobie", "uwolnić" czy "porzucić" z różnych względów nie odpowiadają mi, zaryzykuję w tym artykule wariant "przestać dawać temu siłę", jako najbardziej zbieżny, według mnie, ze znaczeniem oryginału.

Przestać dawać temu siłę

W Metodzie Sedony pracujemy z emocjami i stanami mentalnymi. Łatwo się chyba zgodzić ze zdaniem, że dowolna myśl czy emocja są wynikiem naszej instynktownej intencji, aby to właśnie myśleć i tak właśnie czuć. Jednak "instynktowna" oznacza "machinalna", a zatem "nie do końca podlegająca świadomej kontroli". Dopóki robimy coś instynktownie, dopóty często nie wiemy nawet, że to robimy.

Instynktowna wola myślenia lub czucia czegoś jest jak zaparte drzwi - dopóki są zamknięte, dopóty nie wiemy, że za nimi istnieje coś więcej. Bo i skąd? Wydaje się że myślimy/czujemy jakiś oczywisty kształt, niezależny od nas, i że nic więcej w nas nie ma. Jednak twórcy Metody zdają się pytać: "A co by było, gdybyśmy - bardzo łagodnie i nieinwazyjnie - zakwestionowali ten kształt?"

Gdy z wyczuciem i dyplomacją zakwestionujemy w sobie twardy kształt danej myśli/emocji - i będziemy to czynić systematycznie i wytrwale, do skutku - dana myśl/emocja otworzy się w końcu przed nami jak drzwi. Co wejdzie przez te drzwi? Wejdzie przez nie bardziej inspirująca emocja i bardziej inteligentna myśl, które ograniczał dotąd jedynie nasz upór, by myśleć i czuć to, co znane. Te nowe myśli i te nowe emocje które wchodzą, to jednak wcale nie koniec drogi. To kolejne drzwi. Gdy te otworzymy, wejdzie myśl jeszcze inteligentniejsza i emocja jeszcze żwawsza. W ten sposób, otwierając następujące po sobie drzwi, odkrywamy moc i talent, które dotąd więziliśmy, utrzymując drzwi w zamknięciu.

Aby otworzyć w sobie drzwi musimy wybrać pewien stan mentalny lub emocję. To może być coś prostego, jak np. "Sympatia do...", "Żal z powodu..." czy np. "Potrzeba bycia lepszym, bardziej zorganizowanym nauczycielem". Może być to też złożony stan, opisany za pomocą dłuższej sekwencji słów, np: "Stan lekkiego znudzenia, odcięcia, neutralne, nijakie trwanie", albo "Stan zastanawiania się, co dalej zrobić, obgryzania paznokci i uciekania myśli" Formuła zależy od nas, chodzi o to, aby było to szczere, i abyśmy byli gotowi tego stanu przez dłuższy czas doświadczać, poszukiwać, pogłębiać lub bawić się nim, bez oceny.

W Metodzie Sedony pracujemy sami ze sobą. Siadamy w wygodnej pozycji i zadajemy sobie najpierw pytania wstępne, takie jak:
"Czy mogę ten stan [nazwij stan] powitać?"
"Czy mogę ten stan [nazwij stan] zaakceptować?"
"Czy mogę pozwolić sobie pełniej poczuć ten stan [nazwij stan]?"
"Czy mogę pozwolić sobie bardziej zanurzyć się w tym stanie [nazwij stan]?"

Wszystkie one odnoszą się do podobnej idei: pytają czy możemy, w jakimś stopniu, bardziej zgodzić się na ten stan. Zgoda na stan, poddanie się mu, jest konieczna, abyśmy mogli potem dobrowolnie i suwerennie zadecydować, czy chcemy dawać mu siłę. Aby przestać dawać mu siłę, musimy wpierw choć trochę czuć, że mu ją dajemy! Przyjmujemy zatem stan, witamy go i czujemy całym sobą, najlepiej jak potrafimy.

Odpowiedź za każdym razem powinna brzmieć TAK lub NIE, przy czym nie ma znaczenia, czy to będzie TAK czy NIE, ważne, żeby było szczere. Za każdym razem, gdy szczerze odpowiadamy na pytanie, poruszamy głębsze pokłady intencji, elektryzujemy nasz proces. Czasem szczere NIE jest bardziej wartościowe niż nieszczere, grzeczne TAK.

Po jedno- lub kilkukrotnym przerobieniu serii pytań wstępnych, przechodzimy do pytania właściwego, a dokładniej - jego trójstopniowego rozwinięcia:
"Czy mogę przestać dawać temu [nazwij stan] siłę?"
"Czy przestanę dawać temu [nazwij stan] siłę?"
"Kiedy?"

Odpowiedzią na dwa pierwsze pytania powinno być krótkie TAK lub NIE, jak poprzednio. Odpowiedzią na "Kiedy?" powinno być "Teraz!" - jeżeli jesteśmy w stanie szczerze takie "Teraz!" z siebie wydobyć. Jeżeli nie, mówimy byle co i wracamy na początek procesu.

Przedstawiona tu technika służy wielokrotnemu, wytrwałemu powtarzaniu. Na początku, dla odczucia minimalnego efektu, wymagane jest przynajmniej dziesięciokrotne, niemechaniczne powtórzenie sekwencji. Jednak jako jednorazowe, szybkie doświadczenie - Metoda Sedony, według mnie, nie sprawdza się. Działa raczej w dłuższym okresie czasu. Jest to bądź co bądź forma medytacji, a ta, jak wiadomo, oczekuje zawsze od adepta silnej samodzielnej motywacji, i żadnych "szybkich cudów" tu nie ma.

Zalety Sedony

W zachodnich współczesnych ujęciach medytacji, takich jak Metoda Sedony, mamy to samo, co od stuleci zalecają buddyzm, joga czy monastyczne chrześcijaństwo. Kwestionuj siebie takim, jak widzisz teraz. Pozwól aby weszło Nowe. To Nowe ci pomoże!

"Nowe" oznacza zwyczajnie większą radość, większą sprawność życia. I ta zwyczajność ujęcia stanowi dla wielu ludzi Zachodu ułatwienie w przyswojeniu nauki. Wielkie religie operują terminami wzniosłymi i wszechobejmującymi ("oświecenie", "Bóg", "moksza", "samadhi"), nierzadko, przez naturę ludzką, naznaczonymi historią nadużyć. W Metodzie Sedony historia nadużyć nie zdążyła się jeszcze uzbierać, i to chyba jest dobrze.

Niewątpliwym atutem Metody Sedony dla białego sahiba jest też jej ogromna dyplomatyczność. Pytania - nie tylko te wymienione, ale i inne, pomocnicze, pojawiające się w trakcie kursu, zawsze formułowane są z wyczuciem i "po dżentelmeńsku", dopuszczając wszelkie możliwe reakcje praktykującego. Obejmuje to także reakcje negatywne i oporujące, typu "Nie!", "Nic nie czuję!", "Nie będę praktykował!", czy "Do luftu jest to wszystko, idę spać!". Typową formułą używaną przez autorów Metody jest np. dyplomatyczny zwrot: "Czy mógłbym pozwolić sobie [np. zaakceptować]?" zamiast "Czy mogę [zaakceptować]?" Pierwszy z tych dwóch zwrotów już sam w sobie jest procesem. W momencie gdy wypowiadamy słowo "pozwolić sobie" - nasz mile połechtany hrabia-umysł uspokaja się i, często - odpuszcza.

To prowadzi nas do kolejnej zalety Metody z punktu widzenia Zachodniego umysłu, a mianowicie jej "zrozumiałego" charakteru. Rozumiem przez to, że skuteczność Metody sprowadza się do precyzyjnego i totalnego rozumienia znaczenia słów, i, nieraz wizualnego wręcz, rozumienia zasady działania procesu. To jest na Zachodzie czymś naturalnym i może być, jak widać na przykładzie Metody, użyte również w celu duchowym. Wydaje mi się, że brak wczesnego przywiązywania wagi do rozumienia, a także ogromne problemy translatorskie, jakie nastręczają systemy z wielusetletnią tradycją, stanowią dla Zachodniego umysłu nie lada trudność.

Ostatnią z zalet Sedony, którą wymienię, jest jej partykularna i troskliwa orientacja na złożone stany wewnętrzne, w tym - emocje. Choć wiem, że to samo zachodzić musi w każdej prawdziwej medytacji, zaobserwowałem też, że w tradycyjnych podejściach niektórzy ludzie dość łatwo dysocjują się od uczuć. I tu wielki ukłon Sedony - w metodzie tej dysocjacja od siebie nie jest po prostu możliwa. Już od samego początku praktyki wyłuskujemy tu wszelkie nasze osobiste stany, jeden po drugim, zapisujemy je na karteczkach, bawiąc się i ciesząc nazywaniem ich specyficznych charakterów. Nasza niezwykła indywidualność staje się w trakcie tego czymś oczywistym, prawie namacalnym! Tyle barwnych, wielokształtnych poziomów żywej świadomości w nas drzemie. Odkrycie tego już na początku praktyki, a nie dopiero w jej zaawansowanych stadiach, jest wielką motywacją do samodzielnej pracy. Tak rozumiana medytacja, przestaje być czymś nudnym i narzuconym - staje się przygodą...

Sedona, i co dalej...

Stosując Metodę Sedony, nauczymy się pozwalać. Nie chodzi tu o jakiś wytrenowany, samowzbudzony stan umysłu, przyjemne miejsce gdzie można udać się dla rozrywki czy relaksu, ale o nabycie rzeczywistej umiejętności pozwalania - w życiu. Na czym ta umiejętność polega, opisałem w opowiadaniu Pan Filo, Słoń i Halucynogeniusz, gdzie podaję jego schematyczną porównawczą ilustrację, oraz w artykule Historia jednego pozwolenia, w którym podaję przykład pozwolenia z mojego własnego życia. Jak widać pozwolenie jest czymś co raczej wydarza się samo i nieoczekiwanie. Wszelkie próby "przeprowadzenia tego" na własne życzenie, w kontrolowanym środowisku doświadczalnym, mogą okazać się cokolwiek trudne. Słowa Biblii, że duch dmie tam gdzie chce wydają się ujawniać nam tu swoje nieoczekiwane, współczesne znaczenie.

A jednak mamy narzędzie i mamy proces. Jak to pogodzić z faktem, że celowe wywołanie nie jest możliwe? Czemu służyłby proces, jeśli właśnie nie wzbudzeniu w naszym życiu doświadczenia pozwolenia, którego szukamy?

Proces nie wzbudza doświadczenia. Proces, i jego narzędzie, którym jest Sedona, stwarza warunki, po to, aby to doświadczenie mogło SAMO zajść. Owszem można uznać, że jest to forma wzbudzenia, ale tylko przy założeniu, że tak wzbudzone doświadczenie może przejawić się w naszym życiu kiedy chce i jak chce, tzn. w nienarzuconej formie. Nie wiemy - i naprawdę nie wiemy - jak się potoczą koleje losu, gdy zaczniemy pozwalać, aby nasz umysł głośniej do nas mówił. Tego nie da się kontrolować. Założenie brzmi, że proces jest nieprzewidywalny, trudno zatem z góry określić jak, na skutek praktyki rozwiążą się nasze problemy. Być może nie rozwiążą się w ogóle. Aby całkowicie "puścić" kontrolę, również i taką możliwość musimy uwzględnić.

A jednak tysiące głosów z całego świata, głosów osób praktykujących techniki, podejścia związane z pozwalaniem, lub też po prostu pozwalających bez technik, donosi, że przychodzi poprawa. Oczywiście, nie trzeba mnie ani im wierzyć na ślepo. Stopniowy charakter procesu ma tę ogromna zaletę, że pozwala nam samemu, kroczek po kroczku, przyjrzeć się na własnym przykładzie jak to działa. Gdy doświadczymy w jaki sposób Sedona (i prawidłowo wykonywana medytacja w ogóle) zwiększa nasza emocjonalną mobilność, pozwalając rzeczywiście i z głębi serca interpretować coraz więcej spraw jako przyjaciół, raczej niż wrogów, być może doświadczymy też zmian w życiu. Niniejszy tekst ma służyć jako inspiracja. Sam proces jest Wielkim Indywidualnym Eksperymentem.

Krzysztof Wirpsza



Notka autora: Metoda Sedony powstała jako wynik procesu pojedynczego człowieka, Lestera Levensona, z USA. Lester, biznesmen u szczytu sukcesu, w wieku 42 lat (był rok 1952) doprowadził się stresem do stanu ciężkiej choroby prawie wszystkich narządów. Umierał. Wówczas zamknął się w pokoju hotelowym i pracował przez trzy miesiące, prawie non-stop za pomocą samodzielnie opracowanych technik wglądu. "...pod koniec tego okresu, jego ciało stało się ponownie całkowicie zdrowe. Ponadto, wszedł w stan głębokiego spokoju, który nigdy go nie opuścił, aż do dnia śmierci, w dniu 18 stycznia, 1994" (cytat za "The Sedona Method" Hale'a Dwoskina). Lester od 1973 roku zaczął formalizować swoje eksperymenty w system samorozwoju typu zrób-to-sam, który nazwał Metodą Sedony, od miasta Sedona w Arizonie. Współczesnym spadkobiercą Levensona i głównym propagatorem Metody jest jego student i przyjaciel - Hale Dwoskin, szef organizacji pod nazwą Sedona Training Associates, w Sedonie. Dwoskin jest autorem podręcznika Metody, pod tytułem "The Sedona Method - Your Key to Lasting Happiness, Success, Peace and Emotional Well-being". Jego strona, z filmikiem wprowadzającym w temat, to www.sedona.com)




Krzysztof Wirpsza

Komentarzy nie ma.