Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-03-06

Anna Szymańska

Marsz do domu!

          Spotkałam go na plantach. Otoczył mnie ramieniem i ruszyliśmy przed siebie. Zapadł wieczór. Natknęliśmy się na ruiny jakiegoś domu. Usiedliśmy na cudem ocalałych schodach i zapomnieliśmy o świecie. Położyłam głowę na jego kolanach, a on rozczesywał moje włosy palcami. Miał ciepłe dłonie - wtuliłam się w nie twarzą i marzyłam, by ta chwila trwała wiecznie. Milczeliśmy. Dobrze mi było. Mogłabym tak siedzieć do końca świata i dłużej... Lubię takie chwile bez słów. Lubię ciszę, ale on ją w którymś momencie przerwał, mówiąc, że czas na niego, ale o północy chciałby mnie znowu zobaczyć - będzie czekał. Wciąż milczałam, ale wiedziałam, że przyjdę.
          Usłyszeliśmy kroki. To była moja Mama. Nie widziałam jej twarzy,  słyszałam tylko wściekłe: "Marsz do domu!" Zdrętwiałam. Zawstydzona, że nas nakryła, nie wiedziałam, jak się zachować... Jej słowa zabolały, bo przecież nic złego się nie stało... On też miał głupią minę, ale ze spotkania o północy nie zrezygnował. Za plecami Mamy posłał mi porozumiewawcze spojrzenie i gest z dziesięcioma palcami + 2...
          W domu stałam się jednym wielkim pośpiechem. Szukałam czegoś, sama nie wiedząc czego. - A, szal! - gadałam sama do siebie. W samą porę go znalazłam, bo na zegarze była już 23:45. W popłochu, że nie zdążę - znowu gdzieś ten przeklęty szal zapodziałam... "Złośliwość przedmiotów martwych" - przeleciało mi przez głowę i rzuciłam się do drzwi. Wtem krzyk Mamy, więc wróciłam, a w głowie tylko jedna szalona myśl, by nie odszedł. Czerwony szal... A niech go! "Zaczekaj, już biegnę! " - wołałam w myślach. Po drodze gubiłam buty, ale wciąż biegłam. Z daleka widziałam, że stoi. Serce mi waliło. Zwolniłam. Jeszcze oddychałam ciężko, jeszcze łapałam powietrze... Byłam jak na wyciągnięcie ręki i wtedy złapałam wzrokiem jego ponure MILCZENIE. Patrzyłam i nie rozumiałam, zwłaszcza tego, że trzymał w ręku filiżankę z kawą.
- Weź, rozgrzej się, bo ci zimno - powiedział i podał mi ją razem ze spodkiem. Nie czułam zimna, ale on był uparty, więc wzięłam.
Nie odrywałam od niego oczu i wciąż nie rozumiałam, co się dzieje. Karmiłam się nadzieją... "Jaki dobry - myślałam - troszczy się o mnie." A głośno:
- Nie gniewaj się, nie mogłam wcześniej, bo... - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Pij, bo wystygnie. Ja odchodzę.
Powiało chłodem.
- Tam na mnie czekają - ciągnął. - O, zobacz, śmieją się ze mnie. Idę do nich. To moi bracia i siostry.
          Spojrzałam w lewo, które mi wskazał. Rzeczywiście - stała tam grupka młodych ludzi. Przeniosłam wzrok na niego i patrzyłam jak odchodzi. Nie obejrzał się ani razu. Kawa parowała, a ja coraz bardziej wrastałam w ziemię. Zamknęłam na chwilę oczy w nadziei, że to tylko sen i że, gdy je otworzę - on wciąż będzie przy mnie. Ale usłyszałam szyderczy śmiech tamtych i coś we mnie pękło. Filiżanka wypadła mi z rąk, a gorący płyn zalał ręce i nogi, ale nie czułam bólu. Trzask rozpadającej się na kawałki filiżanki obudził mnie ze snu - tego prawdziwego.
Czułam jakiś irracjonalny ból i żal. Kamieniałam od środka i płakałam.

                  P.
        28.06.1962 - godz. 05:08

PS
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że po wielu latach ten SEN po części okaże się snem proroczym. 




Anna Szymańska

Komentarzy nie ma.