Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2001-10-31

Wojciech Jóźwiak

Lokalność, dusza, Polacy na ziemiach zachodnich
'My żyjemy na ziemi zdecydowanie nieświętej'

Ruszono w poniedziałek. Zaraz po Samain. / I szli taką drogą: / Najpierw na południe od Cruachan Ai, / Przez Miucc Cruinb, / Przez Terloch Teóra Crích, bagniste łożysko jeziora, gdzie stykają się trzy krainy, / Potem koło Tuaim Móna po skraju torfowiska, / Potem przez Cuil Silinne, gdzie leży Carrcin jezioro, / Potem około Fid i Bolga, przez lasy i pagórki, / Dalej przez Coltain i przez nurty Sinann (...)

...I w dalszym ciągu ta wyliczanka miejscowości, przez które szła armia królowej Medb, zajmuje trzy strony. Czego to fragment? "Táin Bó Cuailnge" czyli "Uprowadzenie stad z Cuailnge", staroirlandzkiego eposu. Wiele z tych nazw można (podobno) zidentyfikować i pokazać na współczesnych mapach Irlandii. Czy ma to jakiś związek z tematem wypracowania na święta (1 listopada 2001), zadanym przez Jany'ego Waluszkę? Ma. Ponieważ ta wyliczanka irlandzkich bagien i pagórków, jest kwintesencją lokalności. Podobne gęste nasycenie lokalnością mamy chyba tylko w Biblii, a szczególnie w Księdze Jozuego i w Księdze Sędziów. Jeden i drugi naród, Żydzi z wielkim rozgłosem, Irlandczycy z dużo mniejszym, przemienił swoją ziemię w Ziemię Świętą. Jak w porównaniu z nimi wypada Polska? My żyjemy na ziemi zdecydowanie nieświętej. Dawno temu nasi przodkowie przyjęli chrześcijaństwo, które swoją świętą ziemię ma nad Jordanem i w jakimś stopniu nad Tybrem, ale na pewno nie nad Wisłą. W 17-18 wieku budowano u nas święte miejsca czyli parki kultu pod gołym niebem (łudząco przypominające święte miejsca szamańskich ludów Syberii) i nazywano je "kalwariami", bo to miały być odbitki właściwego Świętego Miejsca w Jerozolimie. Potem nasi literaci stworzyli wielką narodową literaturę, ale jej miejscem akcji nie była ta ziemia, na której teraz żyjemy, tylko cokolwiek dalej: Białoruś, dawniej nazywana Litwą, w "Panu Tadeuszu" Mickiewicza i Ukraina w Trylogii Sienkiewicza. Przy czym swoją Litwę Mickiewicz przynajmniej znał i pamiętał, a Naddnieprze opisane przez Sienkiewicza było krainą całkiem fantastyczną i czysto literacką kreacją. O ile mi wiadomo, Sienkiewicz osobiście Dzikich Pól nie widział, i inspirował się preriami Ameryki, które był odwiedził. Trzecią jeszcze świętą krainę udało się naszym twórcom wykreować pod koniec 19 wieku: Tatry i Podhale. I wygląda, że to na tym koniec. Przeciętny Polak mieszka w miejscu, które go ani ziębi ani grzeje, nie rozgrywa się tam akcja mitów (ani tych pradawnych, ani tych nowszych literackich), nie zamieszkują jego ziemi żadne duchy, bóstwa ani herosi, nawet gdyby wliczyć ewentualne postaci literackie. Gdyby lokalność, o którą tu mi chodzi, czyli istnienie intymnych związków z ziemią, z krajobrazem, z przestrzenią fizyczną i kulturową, dało się jakoś zmierzyć, to jej poziom okazałby się dużo niższy niż w Anglii, Włoszech, Niemczech czy w ogóle na zachodzie Europy. Kiedyś byłem w Norwegii, gdzie ktoś z miejscowych uświadomił mnie, że tam ciągłość istnienia wielu farm chłopskich - farm, nie miast! - sięga do lat 1300-nych. Ten długi wstęp potrzebny był mi do wykazania, że problematyczna polskość Śląska, Pomorza i Prus jest tylko częścią szerszego problemu, czyli naszego w ogóle zakorzenienia w ziemi, na której mieszkamy. Można powiedzieć, że sprawa zakorzenienia jest wydumana i sztuczna, bo przecież żaden naród nie mieszka "od zawsze" w tym kraju, gdzie mieszka obecnie. Rzeczywiście, 10 tysięcy lat temu w Polsce leżał lodowiec i ludzi nie było. Jeszcze 1600 lat temu w Europie nie było żadnego z obecnych narodów: ani Polaków, ani Niemców, Francuzów, Włochów i tak dalej, tylko etnosy, które definiowały się inaczej. Pewnie za następnych tysiąc lat, a może prędzej, też żadnych Polaków nie będzie, a ludzie, którzy tu będą mieszkać, być może o nas nie będą wcale pamiętać. Lokalność nie jest więc czymś absolutnym, lecz czasowym i przemijającym. Co nie zmniejsza jej wagi. Przynajmniej ja jestem przekonany, że związek narodu z jego ziemią dziwnie przypomina związek człowieka z jego duszą. A z duszą zdarzają się kłopoty. Wśród prymitywnych ludów znana jest jednostka chorobowa pod nazwą utrata duszy. Ci nieszczęśnicy, którzy utracili duszę, najczęściej ponieśli tę stratę za sprawą złych duchów lub złośliwych czarowników, którzy kradną dusze. Kiedy tak się stanie, wtedy wkracza fachowiec-szaman i wyrusza na niebezpieczne poszukiwania, podczas których (często) udaje mu się duszę tego osobnika odzyskać. Nowocześni psychiatrzy nazwaliby tę jednostkę chorobową, utratę duszy, po swojemu. W każdym razie jest to zjawisko realne, i według mojego rozeznania, obecnie bardzo pospolite. Mam wrażenie, że znaczna część ludzi przeżywa większość swojego życia w stanie utracenia duszy. Może mieli ją kiedyś, na początku, w dzieciństwie, ale to było krótko i dawno. Dusza, ta którą wykradają czarownicy, to takie dziwne stworzenie, które do swego rozwoju wymaga szczególnego środowiska. Lubi stare mury, stare budowle. Ale niekoniecznie one muszą być stare. Niektóre gmachy już w chwili wybudowania są obdarzone dziwną mocą przyciągania i leczenia dusz. (Stanęła mi tu przed oczami świątynia Sagrada Familia w Barcelonie, niedokończone dzieło Antonia Gaudiego.) Ale dużo częściej są wznoszone budowle toksyczne, a na widok niejednej z nich dusza gotowa jest sama uciec, nie czekając aż przyjdzie demon i ją porwie. (Przykład: Dworzec Centralny w Warszawie.) Dusza lubi też stare drzewa. Lasy i aleje. Bagna, trzciny i torfowiska; szczególnie słowiańska dusza w nich gustuje (ale czy także np. dusza arabska, tego już nie wiem). Także morze, jeziora i rzeki, ale koniecznie z czystą wodą. Widok z wierzchowin gór i wzgórz, to też. Dusza potrzebuje też obecności duchów przodków, którzy żyli w jej okolicy, śladów pamięci o przeszłości; muzyki, pieśni, obrzędów, także ptaków i zwierząt. Dusza, aby nie dała się porwać i utracić, musi żyć w związku z tym, co jest wokół niej. Jeśli ma stworzone odpowiednie środowisko, trzyma się mocno i nie ucieka. Zakorzenienie narodu w swojej ziemi jest (przynajmniej ja tak to czuję i rozumiem) szczególnym przypadkiem posiadania właściwego środowiska dla duszy. Myślę, że jeśli gdzieś pewnej społeczności udałoby się tak urządzić miejscowe środowisko, aby ich duszom było tam dobrze, to ci ludzie, jako naród lub część narodu, poczuliby się tam zakorzenieni. Zapewne są przykłady tego w świecie. Zapewne dałoby się też tak urządzić polski Śląsk, Pomorze i Prusy, aby ziemie te i ich miasta były odpowiednim środowiskiem dla duszy. Wymagałoby to wielu szczególnych starań, wymagałoby - przede wszystkim - świadomości tej sprawy, a tej w Polsce jest o wiele za mało. Stworzenie sprzyjającego środowiska dla duszy jest trudniejszym zadaniem niż zaopatrzenie mieszkańców w prawo własności, a także sprawienie, aby mieli pracę i bogacili się. Wygody dla ciała (dobrobyt, sprawiedliwość i bezpieczeństwo) są łatwiejsze do stworzenia niż wygody dla ducha, a jak widać nawet z tym są w Polsce nieustanne kłopoty. Ale pewnie można wzmocnić poczucie zakorzenienia: w tym celu należy zostawiać więcej starych drzew w lasach i przy drogach. Kryć dachy dachówką a nie szarą falistą blachą. Chronić bagna i ptaki. Restaurować zabytki i budować nowe domy tak, żeby się ich nie wstydzić. Nie szatkować całej przestrzeni płotami-zasiekami. Nie rozrzucać torebek foliowych. Nie wywozić śmieci do lasów. To niektóre działania na materię. Potrzebne są także (i są jeszcze ważniejsze) działania na świadomość: poczuć się spadkobiercami ludzi, którzy na tych ziemiach kiedyś żyli, kontynuatorami ich pracy, chronicielami tego, co tamci stworzyli. Zaakceptować przeszłość i nie przekłamywać jej. Zapewne trzeba uczyć dzieci w szkołach nie tylko tej wielkiej, państwowej historii o Sobieskim i Piłsudskim, ale również tej małej, lokalnej, tłumaczącej dlaczego w jakiejś Jeleniej Górze albo Słupsku jest teraz tak jak jest. Historii tych, którzy budowali, i tych, którzy niszczyli. (Może ktoś to robi, nie jestem dobrze wprowadzony w temat.) Hasło "odwiecznych polskich ziem piastowskich", albo "ziem odzyskanych" jest kłamliwe i szkodliwe, ale tego potworka nikt prócz nas Polaków nie wyegzorcyzmuje. Do tego trzeba przyjąć wielowątkowość i wielonarodowość polskich historycznych tradycji. Mówiąc anegdotami: trzeba polubić i przygarnąć Krzyżaków! Żeby nie musieli już odgrywać roli uosobienia zła i antypolskiego imperializmu, tylko stali się tym, kim byli: pewną "alternatywną cywilizacją" nad Wisłą. (Tak było: pod koniec średniowiecza istniały dwa konkurencyjne ośrodki państwowotwórcze w dorzeczu Wisły: Kraków w górnym biegu rzeki i Malbork u jej ujścia. Ludność obu miast w dużym stopniu była niemiecka...) Może przydałoby się założyć Towarzystwo Przyjaciół Zakonu? Może należałoby nazwy niektórych miast zmienić na bardziej zbliżone do oryginalnych? - a na pewno nazwy wielu ulic. Tamten rozdział historii, kiedy Stalin z Churchillem i Rooseveltem przesuwali Polskę i jej mieszkańców jak wózek na kółkach, należy jednak uznać za nieodwracalnie zamknięty. Przesunięcie granicy na zachód i wysiedlenia były aktem przemocy i niesprawiedliwości, ale dobrze będzie, jeśli za sto lub więcej lat okaże się, że stanowiły koniec nacjonalistycznych obłędów w naszej części Europy.

Mam świadomość, że to jest drobna część tego, z czym te sprawy się kojarzą, ale chętnie kiedyś napiszę więcej.

Wojciech Jóźwiak

31.10.2001 w Milanówku

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.