Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2006-09-06

Anna Goluba

Labirynt albo powtórne narodziny
opowiadanie

Szła podziemnym korytarzem jakiegoś dużego, rozległego budynku.
Wiedziała, że jest w niewłaściwym miejscu. Ale mogła tylko iść naprzód, wiedziała, że nie może się cofnąć.
Ten odcinek korytarza był zamknięty szklanymi drzwiami. To dawało nadzieję. Za drzwiami mogą być przecież jakieś schody, może strzałka, tablica z informacją. Coś, co pozwoli jej trochę odetchnąć, bo już dosyć długo szła tym korytarzem, który coraz bardziej kojarzył się jej z labiryntem – przeszła już spory kawałek, ale korytarz zdawał się nie mieć końca, tylko ciągle zakręcał w różne strony.
Teraz te drzwi. Pchnęła je z nadzieją, ale równocześnie starała się sobie niczego już nie obiecywać. Dawno nauczyła się, że ilekroć człowiek za bardzo na coś liczy, za bardzo przywiązuje się do obrazu, który sobie wymyślił – tylekroć dostaje coś innego niż myślał i nie zawsze potrafi się odnaleźć w obliczu Niespodziewanego. Ilekroć zaś coś sobie wymarzy – ... to było jeszcze bardziej skomplikowane. Bo To Co Wymarzone może się nawet spełnić. Dopiero potem się okazuje, że to nie o to chodziło... Że wymarzone jest kompletną abstrakcją w stosunku do całego życia.
Za szklanymi drzwiami zobaczyła tylko pusty korytarz. Wydawało się, że ciągnie się w nieskończoność.
Poczuła ciężar w żołądku. Jak długo jeszcze będzie musiała tak iść? I czy kiedyś w ogóle znajdzie wyjście?
Mroczna i absurdalna jednocześnie myśl przebiegła jej przez głowę. Może tu naprawdę nie ma wyjścia. Może jej założenie, że każdy labirynt MUSI mieć jakieś wyjście, bo tak nakazuje czysta logika – było dziecięcą naiwnością? Może tak wcale nie musi być? Może istnieją labirynty, które nie mają początku ani końca? Nie mają ani wejścia ani wyjścia? Może trzeba i można tylko tak w nich wędrować wmawiając sobie prawa czystej logiki, wyższego sensu i zdrowego rozsądku – żeby nie zwariować? A tak naprawdę labirynt jest zamkniętą, zwartą całością istniejącą poza tymi wszelkimi prawami? Może nie rządzi nim żadna wyższa zasada?
Ale wiedziała, że musi iść naprzód.
Dla niej.
Była za nią odpowiedzialna.
Ścisnęła jej rękę, bo wiedziała, że ona wciąż myśli o jednym – żeby na oślep rzucić się do tyłu, cofnąć do tych odcinków korytarza, które już razem pokonały. Czuła to jej pragnienie, przenikało ją na wskroś.
Nie mogła na to pozwolić. Wiedziała, że jeśli ona się cofnie – zginie. Zginie pomiędzy światami; pomiędzy przeszłością i przyszłością, pomiędzy iluzją i rzeczywistością.
Ściskała z całej siły jej rękę i czuła jak w tamtej narasta napięcie. Była jak dzikie zwierzę czekające na byle okazję, żeby się wyrwać, żeby uciec z powrotem do Znanego.
Tamta nie rozumiała, że Znane się nie sprawdziło. Wyczerpało się, nie było w nim już nic funkcjonalnego. Tam była tylko śmierć. Kiedy funkcja się wyczerpuje oznacza to, że zniknął cały napędzający mechanizm.
A bez niego można tylko rysować palcem na piasku na plaży i patrzeć jak napływająca fala zmywa rysunek; znowu rysować i znowu bezsilnie patrzeć jak zmywa go fala i rysunek znika jakby go nigdy nie było. I tak bez końca, bez świadomości tego, co się dzieje. To jest śmierć.
Ale tamta tego nie rozumiała. To znaczy chyba nawet jakoś rozumiała, ale nie chciała tego przyjąć do wiadomości – wolała piekło Znanego od tego, co przed nimi. Bała się tego, co było przed nimi, bo tego nie znała.
Rozumiała ją. Kiedyś była taka sama.
Ten odcinek korytarza był wyściełany starym, podniszczonym, czerwonym dywanem i... kończył się kolejnymi drzwiami.
Przystanęła i przez chwilę na nie patrzyła. Poczuła się pusta. I tak było lepiej – żadnych obietnic, żadnych nadziei, żadnych oczekiwań.
Otworzyła drzwi.
Zobaczyła grupkę ludzi. Stali pod drzwiami do jakiegoś mieszkania. Minęła ich w odległości może trzydziestu centymetrów. Mogłaby ich dotknąć, gdyby chciała. Ale nawet nie przyszło jej to do głowy.
Nie musiała się nad niczym zastanawiać, momentalnie całą sobą wiedziała, że ona (one) jest stąd, a oni stamtąd. Albo odwrotnie. Semantyka tutaj zawodziła. Byli z innych sfer. TO miejsce było tamtych "tu i teraz" dla niej to był etap przejściowy, odcinek, który musiała pokonać.
Patrzyli na siebie, widzieli siebie i jednocześnie nie widzieli. Miała wrażenie, że ogląda niemy film. Poruszali ustami, ale ich nie słyszała. Mogłaby gdyby chciała, ale wtedy być może coś by ją podkusiło, żeby przystanąć przy nich na chwilę. A wtedy zostałaby z nimi na zawsze. Tego nie mogła zrobić. Wiedziała, że to jeszcze nie tutaj. Ona wiedziała, że jest w środku labiryntu, oni – nie. Ale zachowywali się jakby to nie był labirynt. Znała ich na pamięć. Ich gesty, ich sztuczki, którymi zapraszali do swojego nie-istniejącego tak naprawdę świata.
Mijały kolejne odcinki korytarza – labiryntu. Otwierała kolejne drzwi, kolejne i następne.
W tamtej ustąpiło napięcie. Nagle, bez żadnej widocznej przyczyny. Ale na wszelki wypadek nie puszczała jej ręki.
Wreszcie korytarz się skończył.
Niespodziewanie, nawet dobrze nie wychwyciła tego momentu...
Nagle znalazły się w jakiejś wielkiej (jakby) poczekalni...
Na jej końcu, po lewej stronie było coś w rodzaju recepcji. Przeszklone pomieszczenie, a w nim kilka kobiet obsługujący komputery, odbierających telefony. Podeszła do okienka tej niby – recepcji. Chciała prosić o jakąś informację, o pomoc. Nagle po przejściu całego labiryntu jakby zwątpiła w siebie. Chciała nawiązać kontakt z kimś z zewnątrz, wydawało się jej, że bez tego sobie nie poradzi...
Odezwała się do jednej z kobiet, ale tamta jej nie słyszała. Patrzyła na nią w zdumieniu. Nagle, bez przyczyny, zaczął się straszny hałas i gwar; do miejsca w którym stała dobiegały odgłosy czekających w poczekalni ludzi, mieszały się z rozmowami i śmiechem kobiet z recepcji.
Już nie słyszała nawet własnego głosu. Kobieta z recepcji patrząc na nią wzruszyła ramionami, potem zajęła się rozmową ze stojącą obok koleżanką. Śmiały się, coś sobie opowiadały, zachowywały się jakby wróciły do przerwanej na chwilę rozmowy.
Zrozumiała, że do końca jest zdana na siebie.
Ścisnęła jej rękę, jakby to ona teraz szukała w niej źródła siły – tej samej siły, która pozwoliła jej pokonać korytarz... Nagle pojęła, że jego długość nie liczy się na metry ani na kilometry, tylko zupełnie inaczej.
Ruszyły do drzwi wyjściowych i przeszły przez nie, jakby to było coś naturalnego. Bo tak było, wyraźnie to poczuła.
Świeciło słońce.
Było... zwyczajnie. Dobrze. Było tak jak powinno być zawsze.
Chciała się z nią podzielić tą zwykłą, prostą radością, wreszcie z nią pogadać, popatrzeć w jej oczy, które tak dobrze przecież znała...
Spojrzała na nią, ale jej już nie było. Teraz trzymała za rękę małe dziecko.



Anna Goluba

21 sierpnia 2006 - w "Tarace" od 6 września 2006



Anna Goluba

Komentarzy nie ma.