Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2020-01-06

Jacek Lekki

Krzywa bojaźni, pychy i wściekłości, czyli długi i nudny tekst o niemożliwości sformułowania współczesnego zakładu Pascala

Oryginał na stronie Autora pod tym samym tytułem, 21 maja 2018. W Tarace za uprzejmą zgodą.

Przed naszym domem stała lipa. Gdy się urodziłem, była już bardzo wiekowa i rozłożysta. Rosłem z szelestem wiatru w jej konarach i gałęziach, odurzającym zapachem w porze kwitnienia, w szczególności w aliansie z wonią mięty rosnącej pod oknami, z pomrukiem setek pszczół uwijających się w jej koronie, chłodem cienia, z jesiennym odgłosem grabionych na spalenie liści i smakiem lipowego naparu w grudniowe wieczory. W pniu o kilkumetrowym obwodzie odznaczało się kilka sporych blizn, zmurszałych szczelin, naturalnych dziupli. W jednej z nich zwykłem chować procę, po latach papierosy. Rosłem, a ona starzała się, aż wreszcie zestarzała się tak, że mogła już stracić równowagę i runąć. Pamiętam dzień, gdy ją ścinali. Głuchoniemy sąsiad, co robił za wioskowego fotografa, zafundował jej ostatnią sesję zdjęciową, zbiegli się ludzie z okolicy. Dziadek patrzył bez słowa, jak pilarze odcinają konar po konarze, a babcia płakała. Wtedy nie rozumiałem, czemu.

Opisuję to nie po to, by tworzyć sentymentalny landszafcik o miłości wieśniaków do przyrody, ale dlatego, że ta parabolka udatnie odzwierciedla ambiwalentny stosunek człowieka do natury, w którym to stosunku pragnienie i miłość splatają się z przymusem eksploatacji i poczuciem zagrożenia. Pewnie też dlatego, że dziś właśnie obejrzałem sporą porcję fotografii ukazujących skutki trwającego od kilkunastu miesięcy obłędu/karnawału Narodowej Wycinki Drzew i Krzewów, fotografii ułożonych parami na zasadzie „widok przed” versus „widok po” i pozorny brak sensu tych wszystkich działań woła o szukanie jakiegoś znaczenia.

W łowiectwo i zbieractwo wpisany był jakiś rodzaj respektu dla natury – wydzierało się jej tyle, na ile ona sama pozwalała. Po przejściu do fazy upraw i hodowli człowiek znalazł się w otwartym konflikcie z przyrodą, jak równy z równym, ponieważ jął tworzyć własne ekosystemy, które natura, bezmyślną będąc, traktuje jak część siebie. Ów stan wojny trwa na terenach wiejskich do dzisiaj: trzeba strzelać do lisów szkodników, bo inaczej powyjadają kury, do wydr, bo ryby ze stawu wyłowią, a taki dorosły jeleń albo daniel, jak się przejdą po polu kukurydzy, to same ogryzki zostają o dzikach już nie wspominając. Analogicznie trzeba więc wycinać i wypalać, bo zarasta, zachwaszcza, zagraża temu co tworzymy i posiadamy. To jest oczywiście utrwalona struktura myślenia i niekoniecznie ma się zawsze adekwatnie do rzeczywistości (choć częstokroć jest prawdą): miastowe tego nie pojmą. Dlatego wycinki są czymś naturalnym, są częścią zmagań człowieka z naturą i jak się rozmawia z ludźmi ze wsi to oni po prostu nie widzą problemu. A że jako społeczeństwo mamy w przeważającej części świeży chłopski rodowód, to bunt przeciwko tej rzezi traktowany bywa jak fanaberia lewackich ekoterrorystów.

Tymczasem od wielu miesięcy dzieje się coś nieprawdopodobnego. Polacy zabrali się entuzjastycznie za masowe wycinanie drzew i ich zapał nie chce słabnąć, a nawet wygląda na jeszcze większy. Patronuje temu argument ze świętego prawa własności lub, jak kto woli, święty argument z prawa własności. Wszystkie racjonalne kontrargumenty – to, że prawo własności nie może usprawiedliwiać wszystkiego (nie wolno na przykład na WŁASNEJ ziemi palić WŁASNYCH opon z WŁASNEGO samochodu) oraz że poprzednie prawo umożliwiało wycinkę drzew do wieku lat 10 bez pytania o pozwolenie, zaś wnioski o wycięcie starszych umotywowane sensownie (zagrożenie, plany rozbudowy domostwa, etc.) wydawano najczęściej bez szemrania – nie mają tu większego znaczenia, ponieważ nie o racjonalne rozwiązania konkretnych problemów tu idzie, tylko o coś większego.

Co do tego, czym jest to większe, istnieje kilka hipotez. Pierwszą z nich można byłoby nazwać narcystyczną. Werwa, z jaką zabraliśmy się do wyżynania własnych przecież drzew, bo już wolno, jest przykrym dla ucha echem przekonania, biorącego się zresztą w części z perspektywy religijnej, że podstawowym potwierdzeniem faktu, iż coś do mnie należy jest to, że wolno mi to coś unicestwić, że mam nad tym absolutną władzę. Na przykład uderzenie cudzej żony uznajemy zwykle za przestępstwo oczywiście, ale własną przecież można już trzepnąć od czasu do czasu dla porządku, o dzieciach nie wspominając. Mój pies, moja buda, mój łańcuch i nikt mi nie będzie mówił, że tak nie wolno, jak zechcę, to zdechnie. Itd, itp. W tej fantazji jest tak, że jeśli coś istnieje niezależnie ode mnie, nie mogę tego uznać za w pełni swoje; przypadki właścicieli gruntów zdewastowanych dosłownie po nic stanowią manifestację faktu, że jest się posiada – papier urzędowy najwyraźniej im nie wystarcza. Te rzeczy widać zresztą także w przestrzeni publicznej – gdzie nie popatrzeć władza potwierdza swoje panowanie nie rozciąganiem opieki, ale niszczeniem właśnie. Ciarki przechodzą, jak sobie uświadomić z jakiego poziomu to idzie: nowożytna ludzkość doświadczyła w swych dziejach kilku dramatycznie silnych ciosów wymierzonych w narcyzm. Pierwszy z nich zadał Kopernik – ludzie dowiedzieli się, że Ziemia nie jest żadnym Centrum, wszechświat ma ich w głębokim poważaniu i zajmuje się przeważnie sobą samym zgodnie z prawami, które trzeba będzie dopiero mozolnie poznawać. To musiało naprawdę zaboleć, więc i nie obyło się bez retorsji. Ale to jeszcze nic – kilkaset lat później niejaki Karol Darwin zakwestionował metodami naukowymi wyjątkowość człowieka sprowadzając go do roli gatunku, jednego z wielu w ciągu ewolucyjnym. Zabieranie komuś wyobrażenia o szczególnych prawach nadanych mu przez Stwórcę oraz łączności z nim wyjątkowej też jeszcze jakoś dało się przyjąć, choć obraz to nie był przyjemny. A potem zjawił się Freud i przedstawił światu już naprawdę całkiem bezczelną spekulację, jakoby człowiek nie znał sam siebie i nie panował nad sobą w pełni racjonalnie, zaś jego czyny motywowane były nieświadomością. Wszystkie te trzy zdarzenia wywołały wielki opór, a formy radzenia sobie z dyskomfortem bywały bardzo różne, ale przeważnie skuteczne.

Aż przyszedł czas na kolejny cios, wydaje się najboleśniejszy, bo tykający warstw narcyzmu pierwotnego. Ekolodzy (wiem, pojęcie strasznie szerokie i w jednym worku się nie zmieści) wpisali się w ów ciąg bezkompromisowych obnażeń. Zasugerowali, że aby żyć/przeżyć, należy porzucić fantazję posiadania Wszystkiego na własność oraz zrezygnować z poczucia władzy, w tym przypadku – nad resztą przyrody. Tak więc człowiek dowiaduje się, że nie tylko nie jest pępkiem świata, nie tylko nie panuje całkowicie nad swoim życiem wewnętrznym, ale także i o tym, że jego możliwości kontroli są ograniczone. Gdy spojrzeć na to z tej strony, współczesna gotowość niszczenia wszystkiego wokół pomimo jako takiej świadomości apokaliptycznych konsekwencji tego zachowania jawi się jako eksplozja schizoparanoidalnej wściekłości. Coś takiego właśnie dzieje się z częścią ludzi, gdy im się podważa przekonania o tym, że „im się należy” coś od tej planety i mogą sobie ją rozgrabiać ile wlezie – to jest fantazmat matki o nieskończonych zasobach charakterystyczny dla ludzi w wieku do drugiego roku życia (podobnie jak przekonanie o własnej wyjątkowości jako gatunku obecne przede wszystkim w religiach monoteistycznych). W nieświadomości zbiorowej (ale używam przy tym pierwszej osoby liczby mnogiej, by podkreślić, że jestem równoprawnym uczestnikiem tych procesów, a nie wywyższającym się obserwatorem uczestniczącym) trudno przyjąć do wiadomości, że naturalnym krokiem rozwojowym jest uświadomienie sobie, że pierś nie jest mi podległym obiektem. Ten wgląd wydaje się już nie do przełknięcia. Uporczywe i samobójcze trwanie przy starym choćbyśmy nie wiadomo jak mocno odwracali głowę, konfrontuje nas i tak z naszą niedojrzałością oraz – momentami – głupotą. To dlatego „ekologów” tak chętnie nazywa się terrorystami, albowiem postrzegani są jako ci, co dokonują zamachu na ostatni bastion naszej wyjątkowości.

Istnieje też hipoteza polityczno-społeczna – dbałość o środowisko i przekonanie, że jesteśmy w nim gośćmi przyszła od złego Zachodu, przez co jest obca, a na dodatek lewacka. Przypominam, jak – skorośmy się już na Freuda powołali, niechaj padnie i to nazwisko –Marks strasznym był na tych ziemiach potworem-widmem bynajmniej nie dlatego, iżby obalał czynnie ustrój, ale z tej przyczyny, że zdzierał zasłonę z iluzji. Co zdaje się przechodzić renesans w czasach dobrej zmiany.

A skoro już o obcych mowa przyjrzyjmy się kolejnej hipotezie – typowo polskiej hipotezie o Obcym. Jest równie nieprzyjemna jak poprzednie. Drzewo, które stoi na mojej posesji, a którego z własnej woli nie zasadziłem osobiście to przecież Obcy. Dotąd obcego trzeba było jakoś tolerować, a teraz już nie trzeba. Więc dawajcie ludzie te siekiery, nie będzie mi się tu nic panoszyło po terenie: „niczego nie będzie”, jak mawiał pewien kandydat na prezydenta. Po całym kraju niesie się jazgot pił łańcuchowych, które uwalniają nas od konieczności uznawania, że przed nami coś było, że istnieje jakaś ciągłość i że nie na wszystko musimy lub powinniśmy mieć wpływ. Żadne protesty tu nie pomogą jeszcze z tej przyczyny, że – wziąwszy pod uwagę nasz lokalny koloryt polityczno-społeczny owe masowe egzekucje drzewostanu stanowią w miarę bezpieczny substytut innych egzekucji, których chciałoby się dokonać, ale nie wolno (i miejmy nadzieję, że tak pozostanie). Wściekłość i gniew za to, że nie czuliśmy się u siebie muszą się wypalić do końca, a zapłacą życiem kilkudziesięcioletnie, ba, często kilkusetletnie drzewa. Taki mało subtelny ekwiwalent gilotyny. Mam nadzieję, że ta sublimacja wystarczy, że to się w końcu kiedyś wypali, ale skojarzenie z koszem pełnym trocin nie opuszcza mnie.

Własność, narcyzm i kompensacja prowadzą nas do hipotezy o niemożności odczucia wspólności. Ileż to razy zdarzyło się, gdym patrząc przez okno pędzącego pociągu na przesuwający się pejzaż wzdychał: „jaka ta Polska piękna!”? Żółć rzepaku przechodzi w jasną zieleń młodych zbóż, łąka z krowami, rów ją przecina a przy nim długi szereg wierzb. Dalej pole rozległe, na którym coś tam wschodzi właśnie a w samym jego środku kępka drzew, gdzie sarny sobie spokojnie trawkę podgryzają. Wszystko to do kogoś należy, a jednak nie mówię do siebie w myślach „jakież piękne to pole pana Kowalskiego!” lub „jaką ładną ma pan Kwiatkowski łąkę, co to na niej wierzby szumią!”. Nie, mówię sobie: „jaka piękna Polska”. Wszyscy tak mówimy, bo wiemy instynktownie, że jakaś część tego, co notarialnie pana Kowalskiego jest, w małej cząstce należy także do nas. Pan Kowalski – idę o zakład – zapewne podobnie czuje, gdy zawitawszy do mojego miasta, powiada do małżonki swej popijając piwko w kawiarnianym ogródku: „popatrz, jakie fajne to Opole”. Nie mówi „jaka ładna ta kamienica pana Lekkiego”, choć wie doskonale, że należeć do kogoś ona przecież musi. Mała, ulotna, cząstka tego, co moje, jest także jego własnością i on to przeczuwa: zdradza to zdanie, które wypowiada. To dlatego właśnie nie wolno mi zburzyć mojej kamienicy i wybudować betonowego klocka, a o każdą zmianę w elewacji muszę zapytać funkcjonariusza publicznego, który rozstrzygać będzie o jej zasadności. I z tego samego powodu ani pan Kwiatkowski, ani gmina jakakolwiek nie powinni móc wyciąć ot tak tych kilkunastu wierzb, bo one też i do mnie należą w jakimś sensie. A oni sobie, kurwa, tną do woli, bo im wolno i mają w dupie mnie, pasażera pociągu, co chce się cieszyć widokiem jego/ich/mojej łąki. Gdzie nie spojrzeć w tym kraju, słowo „wspólny” i wszystkie inne, co od niego pochodzą, znikają z naszego mentalnego słownika. „Wspólnota”? – wolne żarty… „Społeczeństwo”? Chyba „ludność” bardziej. Przy tym i tło, i działanie muszą tu być silą rzeczy aglobalne – myśl, że wycięcie alei starych dębów mogłoby się przełożyć się na zagładę wielu gatunków, w tym naszego własnego, dzięki antyglobalności po prostu nie może się w głowie pojawić. Zastanawiam się, psychologizując nieco, czy aby nie ma z tym czegoś wspólnego tzw. liczba Dunbara.

Istnieje wreszcie najmniej sympatyczna z hipotez – hipoteza perwersyjnej kompulsji. Obsesji zresztą też. Obie stanowią przecież niezawodną zwykle obronę przed lękiem przed rozpadem lub śmiercią. Łączy w sobie umiłowanie porządku oraz przymusowe powtarzanie czynności porządek ów mających podtrzymać. Ile razy słuchałem argumentów, że te wszystkie drzewa przydrożne, w parkach i na ulicach miast zagrażają ludziom, albo że kornik drukarz w jednych drzewach zagraża innym drzewom, że tereny zielone uniemożliwiają rozwój miast, bo osiedli nie ma gdzie budować itd., itp. Najwyraźniej w ludzkości zagnieździło się już na dobre przeczucie końca, a strach i rozpacz przekierowane zostały na przeciwstawny obiekt i stanowią paliwo działań, dzięki którym zdawać się może, że jeszcze panujemy nad sytuacją, że stary ład ma rację bytu. Tniemy jak dawniej, a nawet jeszcze mocniej. Ludzkość to cukrzyk zażerający się ciastkami. Kto wie zresztą, czy to nie bojaźń właśnie jest słowem kluczowym w naszych stosunkach z tzw. środowiskiem naturalnym. Przeszliśmy długą drogę od strachu przed naturą, przez dumę, a potem pychę z jej ujarzmienia do bojaźni ponownej, tym razem – jak podpowiadają wszystkie znaki – ostatecznej. Ta pierwsza bojaźń pochodziła z niewiedzy, dzisiejsza jest owocem wiedzy wypieranej, jeśli zgoła nie zaprzeczonej. Pycha ma się nadal nieźle, tyle, że przesuwa się na poziom high-tech: już za chwileczkę, już za momencik ludzie będą tworzyć w laboratorium pożądane genotypy, ale to już na inną opowieść.

Do głowy, jak krótkie mgnienie nadziei, przychodzi mi ekologiczna wersja zakładu Pascala. Po krótkim namyśle okazuje się jednak jeszcze bardziej niedorzeczna niż oryginał.

Jacek Lekki

Komentarzy nie ma.