Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2018-12-23

Paweł Droździak

Winter is coming. Cz. 7: Komu ginu? Komu dymu?

Kto jest wróg, a kto przyjaciel? 
Nie posiądzie, na tym lądzie 
Takiej wiedzy, bo nie znane kategorie to 
Więc otwieram kolekcję 
Poproszę o projekcję 
Czujcie się jak w domu 
Komu ginu? Komu dymu?

Magik, Kaliber 44

Dwie siły polityczne pokazały ostatnio swą aktywność w temacie zmian klimatu i sposobów, by temu zaradzić, a pojawiła się też jedna wieść, mocno lansowana, choć raczej nie przez polityków. Żadna z dwu sił o których mowa nie przejmie raczej w Polsce wkrótce władzy, ich przełożenie bardziej symboliczne, niż realne, podobnie jak moc wszelkich marszów protestu, akcji wkładania koszulek z wiadomym napisem, podpisywania odezw na Facebooku, flagowania sobie na nim zdjęć profilowych takim, czy innym znakiem lub napisem i innych podobnych gestów rozpaczy, jak to by określił Sir Attenborough „świata, który nie może zaginąć”. Wszystko to nie ma żadnego praktycznego znaczenia, w tym sensie jest więc bardziej ideą, niż faktem. Nie są to oczywiście te podstawowe idee, na których się opiera w całości świat ludzki, a jedynie ich refleksy. Pełgające po ścianach jaskini świetlne zajączki, które się pojawiają, nieświadome swego źródła ni przeznaczenia, żyją chwilę, aby zniknąć zaraz, przyciągające uwagę, lecz pozbawione i kształtu i masy. Czyste światło w rozbłysku, które migając nie oświetla właściwie niczego. Mami wzrok. Patrzeć na to można godzinami.

Czemu jednak takie zajączki, akcyjki, odezwy i inne memiki ludzi z poparciem licznym, jak kurcząca się liczebność etatów w redakcjach gazet mają nas obchodzić, albo kogokolwiek? Chyba tylko dlatego, że wychodząc od ich dostrzegania z prawdziwego świata idei możemy przecież próbować zrozumieć niejedno. Skoro pełga po ścianie jaskini zajączek i skoro się rusza, na jej dnie być może znajduje się woda. Przyjrzyjmy się więc tym zajączkom, a może woda, choć niewidzialna, łatwiej da się usłyszeć?

Oto dwie siły. Biedroń i Akcja Demokracja. Hołubione przez dziennikarzy, ignorowane przez całą resztę, w sumie sympatyczne grupy osób, z którymi miło jest przejść się na soczek. Dały wyraz. Wypowiedź Biedronia streszczę następująco: jest problem globalnego ocieplenia, w związku z tym do 2030 roku musimy odejść całkowicie od węgla, dzięki czemu rozwiążemy problem smogu. Akcja Demokracja nie dostarczyła aż tyle, ograniczając się jedynie do prostego zreprodukowania powszechnej narracji. Jest problem globalnego ocieplenia, dlatego podpisujcie ludzie apel, abyśmy w stu procentach brali energię z OZE, czyli odnawialnych źródeł energii.

I ta trzecia rzecz – wieść. Że Niemcy ostatnią kopalnię kamiennego węgla zamykają i w związku z tym nas wyprzedzili no i kiedy to u nas nastąpi. Omówimy.

Zacznijmy od Biedronia. Jest ocieplenie, więc odejdźmy od węgla, aby rozwiązać problem smogu, naucza przyszły prezydent, czego mu, i nam wszystkim, jak najszczerzej życzę. Oczywiście to zdanie nie ma żadnego sensu, bo problem globalnego ocieplenia naukowcy wiążą z emisją CO2, a nie emisją smogu. Jak się ma jedno do drugiego? Mniej więcej tak, jak chór wujów i wór... No nie proszę Państwa, tego napisać nie mogę. Może więc inaczej. Emisja CO2 tak się ma do smogu, jak motolotnia do paralotni, homeopatia do zielarstwa, albo stawianie komuś baniek do spuszczenia komuś baniek. To są po prostu zupełnie inne sprawy. Emisja CO2 której przypisuje się odpowiedzialność za globalne ocieplenie i problem smogu, to zupełnie co innego. W społecznej, potocznej świadomości funkcjonuje to zamiennie, ale naprawdę nie należy tego mylić. To coś innego i ta różnica jest ważna. Ma ważne konsekwencje praktyczne, jeśli się to miesza.

Czym jest smog? To duża ilość różnych substancji chemicznych, będących produktami spalania, które mieszają się z parą, na przykład z naturalną mgłą jak to było z początków w Londynie i tworzą razem niemiłą aurę, a także mogą nieco szkodzić na zdrowie. Jak bardzo? Dokładnie nie wiadomo, bo przede wszystkim zależy to od składu owego smogu, a ten jest wszędzie inny. Na smog mówimy tą nazwą, gdyż jest ona połączeniem dwu słów: smoke i fog. Mieszanka dymu z parą. Ale z czego dym? A to już różnie. W praktyce smog pochodzi zwykle ze spalania w domowych piecach w domkach jednorodzinnych i to niekoniecznie ze spalania śmieci. Także legalne paliwa produkują w takich piecach trochę smogu, tyle że o innym składzie. Smog mamy na przykład nad Zakopanem, ponieważ w prawie każdym domu pali się tam piecami, ponadto jest sporo kominków, a samo miasto leży w dolinie i te produkty spalania długo nad nim zalegają. To utrapienie wszelkich miejscowości uzdrowiskowych i w ogóle mniejszych ośrodków, szczególnie o niższych dochodach i słabszym przewiewie. W Polsce smog jest nad każdym takim miejscem, bo niewiele jednorodzinnych domów jest podłączonych do centralnych systemów grzewczych. Pamiętam, jak w czerwcu jakieś dwa lata temu przebywałem na kite-surfingowym wyjeździe na Helu i akurat jak na złość było zimno i nic nie wiało. Siedziałem nad brzegiem zatoki, patrzyłem na nieruchome wiatraki nad Władysławowem i w nieruchomym powietrzu wdychałem smog z kotłujących w niebo pieców jednorodzinnych domków, które ogrzewały się, bo mimo czerwca było całkiem zimno. Wiatraki nawet teoretycznie nie mogły rzecz jasna ogrzać nikogo, bo niby jakim cudem, skoro nie wiało? Palono w piecach i był smog. To oczywiste. Na szczęście po kilku dniach wiatr wreszcie nadszedł, przewiał chmury, ruszył wiatraki i przywrócił ich obserwatorom wiarę w mannę z nieba, przyszło Słońce a wraz z nim znikła konieczność palenia. Ale czasem to utrzymuje się przez wiele dni.

Drugim źródłem smogu, ale to już raczej w wielkich miastach, jest motoryzacja. Tam na smog składają się produkty spalania paliw w samochodach, ale też mikroskopijne drobiny gumy ścieranej podczas jazdy i hamowania, które unoszą się w powietrzu. W skład tej mieszanki wchodzą też substancje lotne z chemii gospodarczej i kosmetyków. To zaskakująco znacząca część smogu. Dezodoranty, proszki do prania, węgiel i podpałka do grilli balkonowych, zapach kreta do rur.. Wszystko to tworzy specyficzną, trochę inną dla każdego miasta i kraju tablicę substancji chemicznych, które krążą w powietrzu, które wdychamy i które widać w postaci lekkiego zaciemnienia powietrza nad ośrodkami, gdzie się smog wytwarza. Na ile dla nas to groźne? Nie wiadomo. Większość badań jest korelacyjna, czyli sprawdza się korelację smogu z zapadaniem na takie czy inne choroby, ale po pierwsze, jak widać smog smogowi nie równy, a po drugie wnioskowanie z korelacji pojedynczych czynników zawsze jest obarczone sporym błędem. Kraje smogowe to zarazem kraje, które się intensywnie rozwijają. Większość ludzi chorujących, to ludzie starsi. W krajach nieuprzemysłowionych nie dożywa się w ogóle ich wieku, więc te choroby nie zdążają ich dopaść. Poza tym odnotowana zapadalność na choroby wiąże się z kierunkami diagnostyki, te zaś w dużej mierze zależą od producentów lekarstw. Jeśli jakiś koncern wydał dużo na badania nad lekiem, to zapadalność na chorobę, którą ten lek leczy natychmiast wzrasta. Nie dlatego, że koncern namawia kogoś do oszustwa, tylko po prostu dlatego, że dba o to, by każdy, kto może leku potrzebować, jak najszybciej dowiedział się o tym. Nie mamy tak naprawdę dobrych, dokładnych danych o tym, na co gdzie ludzie chorują i na co chorowali wcześniej. Im dalej od ośrodków przemysłowych, tym bardziej zresztą tych danych nie mamy, bo w wielu nieuprzemysłowionych krajach świata nikt w ogóle żadnych prawdziwych statystyk medycznych nie prowadzi. Jak poważny jest więc problem smogu? Ludzie lubią sobie pohisteryzować. Jeśli powie się im, że im coś szkodzi, to zaraz pojawi się masa porażonych. Spróbujcie spytać w telewizji śniadaniowej, czy często boli nas głowa od rozmawiania przez komórkę, zobaczycie, co się będzie działo. Efekt placebo jest naprawdę potężny.

Dym. Czy palenie szkodzi dzieciom? Z pewnością. Moje jednak dzieciństwo upłynęło w całości w dymie papierosów. Babcia paliła Klubowe, a w czasach kryzysu przerzuciła się na Radomskie. Odpalała jednego od drugiego odkąd pamiętam, siedząc w wielkim fotelu i układając pasjanse. Ja w tym czasie, jako małoletnie dziecię bawiłem się na dywanie w zadymionym całkowicie pokoju, tocząc bitwy plastikowych żołnierzyków. Uwielbiałem to jej palenie, bo dym układał się płaską chmurą idealnie na wysokość oczu, tworząc scenerię poziomu podstawy chmur jak z filmu Bitwa o Anglię. Moje myśliwce chowały się przed sobą wzajemnie w tej chmurze i z tej chmury wyskakiwały nagle, by wzajemnie na siebie napadać, jak o tym nauczali Bohdan Arct i Stanisław Skalski w swych lotniczych książkach. Bawiłem się tym dymem całe lata. Czy mi to zaszkodziło? Bez przesady. Na pewno jednak zdrowe to za bardzo nie jest, podobnie jak nie jest zdrowy smog, alkohol, kawa, mleko, wreszcie życie. Szkodzi wszystko i w końcu nas wszystko dopada, kładąc kres małostkowej tyranii alienującej od międzyludzkich więzi i na wskroś egocentrycznej obsesji własnego zdrowia. Wielki jogin, BKS Iyengar nie zjadł z pewnością w życiu nic niezdrowego, ponadto wyginał ciało w dziwacznych kierunkach, dając adeptom nadzieję o wyższości ducha nad materią. Moja babcia wyginała za to umysł, interpretując karciane układy we wróżbach, które robiła sąsiadkom, ale produktem tego była nadzieja, tak samo, jak w przypadku owego jogina. Nadzieja Niemożliwego, która pozwala żyć. Szatyn przy tobie. Brunet. Ona blondynka, ale są daleko. On może wrócić, choć myślami jest przy kimś z przeszłości. Na to uważaj, lecz jest i w tobie siła, o której on nie wie. A co twoje serce zaspokoi..? Słuchały w oparach, nie pomne, że i ja – generał dywanowej bitwy – słyszę wszystko, choć nic nie rozumiem i wychodziły pełne ufności, jak przepełnieni sojowym mlekiem uczniowie hinduskiego mistrza. Dziś moja babcia i on są w tym samym miejscu. On pewnie umarł zdrowszy, lecz teraz są równi.

Czy więc smog szkodzi? Pewnie trochę. Ale to nie jest problem globalnego ocieplenia. To problem zdrowia, ostatecznie może estetyki.

Jak to się ma do emisji CO2? CO2 emituje głównie energetyka. Elektrownie, ciepłownie, także huty. Przemysł. Cementownie. Sporo też produkcja mięsa, sporo transport. Z transportu, najwięcej CO2 emitują statki. Kontenerowce. Wiozą przez ocean do USA chińską stal, mleczko kokosowe, chińskie panele baterii słonecznych, chińskie w ogóle wszystko i kotłują do atmosfery setki ton CO2. Które nie jest smogiem. To największy emitent CO2 w transporcie, oprócz oczywiście samolotów. Turystyka tanich linii lotniczych kotłuje też mnóstwo. Nasze wszystkie samochody nie mogą nawet równać się z tym.

Przemysł i ciepłownictwo w Europie i USA generalnie nie emitują smogu, bo opracowano na to niezłe filtry. Emitują jednak CO2, bo tego nie da się już odfiltrować i to CO 2 odpowiada, według naukowców, za ocieplenie klimatu, które nas kiedyś wszystkich podobno wykończy. Jeśli przemysł i ciepłownictwo odejdą od węgla, będzie trzeba postawić wiele wiatraków, takich jakie stoją nad zatoką koło Władysławowa i czasem niektóre się kręcą, dając ludziom nadzieję na istnienie darmowych obiadów, ekwiwalent zysków z kabłąków jogina i karcianej magii mojej babci. Gdy się te wiatraki wystawi już wszędzie, żeby zapewnić ciągłość dostaw energii, trzeba będzie palić rosyjskim gazem, tak jak to robią Niemcy, gdyż te wiatraki, jako źródło niestabilne, w istocie niczego do produkcji energii nie wnoszą. Trzeba jednak będzie płacić ich właścicielom, jako „prosumentom” cokolwiek naprawdę to znaczy i trzeba będzie płacić Putinowi za gaz, ceny energii i ogrzewania wzrosną zatem tak, jak wzrosły w Niemczech, więc stosunkowo niewiele osób będzie starało się podłączyć swój dom do ciepłowni. Będą palić we własnym piecu jak dotąd. Czy spowoduje to spadek stężenia smogu? Niespecjalnie. Czy spowoduje to spadek emisji CO2? Niespecjalnie. U Niemców nie spowodowało, nie ma więc powodu sądzić, że u nas będzie inaczej. Jeśli coś jest niemożliwe technicznie, to nie zmieni tego fakt, że nie chcemy przyjąć tego do wiadomości.

Jak jednak ma się smog do globalnego ocieplenia? To bardzo ciekawe. Bo smog je opóźnia. Opóźnia je, bo zaciemnia, a zaciemniając, powoduje spadek nasłonecznienia. Gdyby nie smog, ocieplenie postępowałoby znacznie szybciej. Opinia publiczna myli oczywiście smog z ociepleniem, ponieważ z natury rzeczy reakcje grupy mają histrioniczny charakter, zaś sposób myślenia grupy jest impresjonistyczny. Całość. Plastik, niezdrowe jedzenie, smog, klimat.. Wszystko to idzie jakoś razem w głowach, choć to sprawy całkiem inne. Weźmy niezdrowe jedzenie. Jak wiemy, najzdrowsze jedzenie jest eko. Bez nawozów, bez konserwantów, bez środków ochrony roślin. Im więcej jedzenia eko, tym jednak ocieplenie klimatu postępuje szybciej, bo aby otrzymać tę samą ilość jedzenia z farmy eko, musimy użyć więcej ziemi. Wylesiamy, by zdrowo jeść, a chcemy „zdrowo jeść” by tą metodą dać wyraz naszej preferencji dla dobrej Matki Natury i naszej niechęci do niedobrego Ojca Przemysłowca i tym gestem miłości w istocie ją dobijamy. Tak oto Symboliczne kłóci się z Realnym. Na pocieszenie dodam, że zwykle tak jest. Nic nie działa w życiu tak jak ma działać. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi i nigdzie tego nie widać tak bardzo, jak w tych społecznych tabunach ekologicznych biegów to tu to z powrotem, zawsze w dobrej wierze. Olej palmowy dobry, olej palmowy zły, biopaliwa dobre, biopaliwa złe, stawiajmy wiatraki, budujmy Nord Stream 2.. Siła zbiorowego bezrozumu ma krótką pamięć na szczęście i dzięki temu możemy się zawsze czuć dobrze.

Oto inny przykład. Biodegradowalne torby. Bombardowani obrazami zaplątanych w torby Lidla wielkich żółwi postanawiamy uwierzyć w europejską wielką winę raz jeszcze (bo koniec końców tu o nic innego nie chodzi) i uznajemy, że muszą te torby być nasze. Wprowadzamy więc torby biodegradowalne, co się same w powietrzu lub wodzie rozłożą. One się rozkładają, ale w tym czasie emitują CO2, podkręcając globalne ocieplenie. A te torby, w które żółwie się plątały i tak nie są nasze, ponieważ w krajach łacińskich śmieci wyrzuca się do śmietników, a z nich wywozi na składowiska. Leżą później na wielkich hałdach, co jest może nieco irytujące, ale te śmieci z tych hałd nie trafiają cudownym sposobem do morza. Czasem się palą w aranżowanych pożarach, zwykle jednak po prostu przysypuje się je ziemią i leżą tak do końca świata. Skąd bierze się więc plastik w morzach? Z Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Z krajów, gdzie państwo i cywilizacja są tylko cieniutką warstewką pozoru nałożoną na feudalną, lub klanową pierwotną społeczną strukturę. Gdzie pojęcie ekologii w ogóle nie jest znane, gdzie nie ma w ogóle czegoś takiego jak gospodarka odpadami i gdzie śmieci się wywala po prostu do rzeki. Płyną sobie tą rzeką swobodnie, powoli, aż wpadają do morza. Tysiące, dziesiątki i setki tysięcy ton. I nie jest to wcale ten plastik, który za pieniądze do nich wysyłamy, by ich watażkowie mogli sobie zarobić na broń. Ten akurat trafia zwykle na hałdy takie same, jakie mamy u nas i tam leży. Nie dlatego, że ktoś o to dba, tylko po prostu dlatego, że nikomu się nie chce wozić tego gdzieś dalej do rzeki. Chyba, że akurat jest rzeka w pobliżu, to wtedy oczywiście do rzeki wrzucają. Zwykle jednak rzucają ot tak. Na ziemię. Na kupę. Albo na dwie kupy, jeśli do jednej się nie przyzwyczają. Zwykle jednak na jedną, bo droga wyjeżdżona i się tak jedzie, dojeżdża i wrzuca. Bo poprzednio też się tam jechało i wrzucało, to dlatego teraz też. I w sumie dobrze. Nie biegnie nigdzie, nie pływa, nie leci.. Leży. Niech leży. Piach przysypie, będzie leżeć milion lat. Naprawdę. Czasem o dziwo najlepsze są rozwiązania najprostsze.

Do rzek trafiają skutki tego, że państwo w realnym rozumieniu po prostu w tych częściach świata nie istnieje i okoliczna ludność wywala gdzie może. Rzeka, w odróżnieniu od nieistniejącej miejskiej śmieciarki, wywozi śmieci daleko od nas całkiem za darmo. A śmieciarek nie ma, bo nic nie ma. Nie ma ujęć wody, nie ma kanalizacji, nie ma śmietników, nie ma składowisk, nie ma po prostu niczego, bo nic nikogo nie obchodzi, gdyż struktura państw, znana u nas, nigdy tam nie powstała. Stąd ten plastik. Nasza zabawa  w biodegradowalne torby, w mylenie smogu z CO2, w rezygnowanie ze słomek, w jedzenie eko i wyginanie ciała hatha jogą nie pomoże tu nikomu w niczym, ponieważ te pomysły nie zaczęły się od głębokiej wiedzy na temat faktycznej struktury problemu, ale od ideologii. Nasze działania, miażdżąca większość naszych działań z serii eko, to działania wyłącznie symboliczne, a co gorsza, także wyobrażeniowe. Robimy to, co działa nam na wyobraźnię, a nie to, co działa. Jeśli to kogoś pocieszy – nic nie działa. Przynajmniej na razie.

Druga polska wielka siła, hołubiona przez dziennikarzy, niczym moje sąsiadki przez mą wielką Babcię, poszła w tym jeszcze dalej, niż Biedroń, żądając od narodu by podpisał wiekową petycję. Sto procent energii z OZE mamy mieć i tego ma naród zażądać. Oczywiście nigdzie nie jest tak, że sto procent energii jest z OZE, ponieważ OZE nie jest źródłem stabilnym i to niemożliwe. Ale podpisujący tego nie wiedzą, tak jak nie wiedzą tego autorzy petycji. Podpisują, bo chcą dobrze. Czemu jednak tę bzdurę w ogóle dano im do podpisania? Bo piszący działają w polu symbolicznym i wyobrażeniowym, a reszta ich nie interesuje. Czym to różni się od realności? Wyjaśnię na przykładzie. Gdy byłem młodym człowiekiem, planowano budowę elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Ponieważ byłem wyznawcą ogólnej antykultury, jasne było dla mnie, że jestem przeciwko. Wszyscy byliśmy przeciwko. Gdyby ktoś z nas nie był przeciw, przyjaciele nigdy by z nim nie tańczyli pogo. Mówiliśmy na to Żarnobyl, bo było to zaraz po awarii w Czernobylu i słowo Żarnobyl mówiło wszystko. To był początek, środek i koniec rozmowy. Żarnobyl. Jedno słowo i mądrość młodości. I z niej rozkosz. Czy mieliśmy jakieś pojęcie o energetyce? Żadnego. Czy mieliśmy pojęcie o przemyśle? Absolutnie nie. Czy mieliśmy absolutne, stuprocentowe przekonanie o własnej racji? Oczywiście tak. Czy można nas było przekonać do czegoś? W żadnym wypadku. Równie dobrze mógłby ktoś zakuty w dyby próbować przekonać do czegoś Wielką Inkwizycję. Wiedzieliśmy swoje, a resztę mieliśmy gdzieś, nie ma bowiem większej rozkoszy niż siła małolacko wariackiej wspólnoty. Być z tego wykluczonym, to śmierć za życia. Któż chce śmierci? Budowę elektrowni w Żarnowcu zamknięto, tak wielka była bowiem siła naszego buntu. Mój udział akurat tu nie był ogromny. Ze dwa wiece, na których się pojawiłem, coś pokrzyczeć, trochę vlepek, kolportaż zinów w szkole i w sumie to wszystko, zwalczałem bowiem zło w innym akurat wymiarze, ale moi koledzy mocno się angażowali. Jak w każdym środowisku młodych wolnomyślicieli podstawą była absolutna jednomyślność.

I teraz Realne. Znikła budowa, lecz co się stało z reaktorami? Ktoś wie? Nikt nie pytał. A zamówiono przecież dwa reaktory. Oba sprzedano. Jeden pojechał na Węgry i działa do dziś, choć dziś już tylko do szkoleniowych celów, bo są większe. Drugi podobnie – w Finlandii. Zrobił swoje, przepracował długie lata, teraz obok niego większe, nowsze stoją a na tym uczy się młodzież. Nic się z nimi nie stało strasznego, nikogo nie zabiły, stworzyły mnóstwo prądu przy zerowej emisji CO2, co nam wszystkim przedłużyło życie. Nikt nie pytał. Nikt się nie zastanawiał, co stało się z reaktorami. Rozpłynęły się w powietrzu, niczym CO2 z biodegradowalnych toreb. Bo ważny jest symbol, nie realność. Wygraliśmy. Good morning starshine!

Oto i trzeci element, który miał być omówiony. To wieść, że Niemcy zamykają ostatnią kopalnię kamiennego węgla u siebie. Ma to być dowód tego, jak bardzo zostaliśmy w tyle. Oczywiście zwodnicze to, jak cała reszta. Niemcy zamykają kopalnie, ale nie zamykają elektrowni, tylko otwierają nowe. W ciągu ostatnich dziesięciu lat uruchomili wiele megawatów nowej węglowej mocy, których absolutnie nie zamierzają zamykać. Zamknęli kopalnie na własnym terenie, bo utrzymanie wymaganych w Europie warunków bezpieczeństwa wydobycia jest coraz droższe i dużo taniej sprowadzać węgiel z krajów, gdzie cywilizacja aż tak daleko nie zaszła. Poza tym niemiecki przemysł opiera się w dużym stopniu na spalaniu węgla brunatnego. Ludzie mają krótką pamięć. Nie minęło nawet trzy miesiące od sensacji związanych z wielką bitwą o pradawny, święty las Hambach. Las postanowiono wyciąć, by na jego miejscu prowadzić odkrywkowe wydobycie brunatnego węgla. W walkach z policją uczestniczyło tysiące ludzi, ale w tych radosnych doniesieniach, że Niemcy zamykają ostatnią kopalnię węgla kamiennego nikt o nich jakoś nie wspomina. Czy las Hambach jest wycinany, a odkrywkowe wydobycie czy jest prowadzone? Ależ oczywiście. Czy ktokolwiek z tych, co dziś radośnie kopiują informację o „zamykaniu kopalni” łączy ten fakt z czymkolwiek? W żadnym wypadku. Aby jednak pamięć ludzką odświeżyć, wklejam filmik. Dwanaście minut.

Jak to się stało, że ci ekolodzy mimo determinacji są tak bezradni, a policja tak zdeterminowana? Dlaczego nikt ich nie słucha? Mówiąc całkiem otwarcie, pomimo, że to niewątpliwie sympatyczni fajni ludzie, są poniekąd sami sobie winni. Kilkanaście lat temu zrobili wszystko, by zablokować rozwój energetyki atomowej i kiedy to robili, pieczętowali zarazem los tego lasu, którego teraz rozpaczliwie bronią. Ich walka jest beznadziejna, bo gospodarka oparta na wiatrakach, chińskich słonecznych bateriach i podobnych zabawnych gadżetach nie jest w stanie funkcjonować bez węgla i gazu. To niemożliwe, ale oni nie chcieli tego wiedzieć i nie chcą nadal. Tak naprawdę spokojnie można sobie wyobrazić, że ci sami ludzie jednego dnia będą szarpani przez policję w lesie Hambach, a następnego dnia będą publikować na Facebooku, że „Niemcy zamykają ostatnią kopalnię” i nie zobaczą tu żadnego związku. Jak to się dzieje?

I tu dochodzimy wreszcie do świata idei. Posłuchajmy na początek poety. To Kaliber 44 i fragment tekstu, w którym Magik, jak to Magik, uchwycił cały problem jak by nie umiał nikt inny:

Głos daj.. Aaach… widzę złoty brzegu piach 
I mijając kiście liści 
Zapuszczam się do iści tajemnego świata 
Mam za sobą swego brata 
W liczbie dwa plus jeden 
Jestem pewien, że go znacie 
Kto jest wróg, a kto przyjaciel? 
Nie posiądzie, na tym lądzie 
Takiej wiedzy, bo nie znane kategorie to 
Więc otwieram kolekcję 
Poproszę o projekcję 
Czujcie się jak w domu 
Komu ginu? Komu dymu? 

Kto jest wróg, a kto przyjaciel? Nieznane kategorie to. Czujcie się jak w domu. Komu ginu? Komu dymu? Komu kawę, a komu herbatę? Kto za sandałem, a kto za tykwą? Nie ma różnicy. Kto widzi różnicę, kto przy różnicy się upiera, ten jest osobą dysharmoniczną i nie pasuje do towarzystwa. Zaniża fazę, upierając się przy neurotycznym przekonaniu, że prawda może być jedna, a co nią nie jest, to jest po prostu nieprawdą. Upieranie się przy jednej prawdzie, przy samym założeniu, że istnieje coś takiego jak faktyczność niezależna od tego, jak się kto subiektywnie czuje, jest w pewnym sensie rodzajem przemocy i Magik w swoim tekście dobrze to wyraża. Być może to przemoc rzeczywistości, a być może przemoc upierającego się? Czy rzeczywistość w ogóle jest „jakaś”? A może jest tworzona przez nas jak historia kota Schrödingera? Może tak, może wspak. Możesz wybrać. Komu ginu, komu dymu..? Komu co pasuje. Czy jesteś mężczyzną, czy kobietą? Czy robić prąd z tego, czy z owego..? Między różnymi możliwościami nie ma sprzeczności, nie ma konfliktu, bo „nieznane kategorie to”, gdy mijając kiście liści zapuszczamy się do „iści” tajemnego świata. Świata, w którym istnieje tylko to, co subiektywne, więc zawsze ma się wybór, w co się chce wierzyć. Nikt tak nie irytuje człowieka w tym stanie jak ten, kto się spiera i upiera przy czymś. Przy czymś jednym. Nie tamto tylko to. Rany boskie, co za upierdliwy gość?

Przenieśmy ten stan umysłu w świat energetyki. Kim jest „prosument”? To ktoś, kto ma wiatrak lub słoneczną baterię. Kiedy jest wiatr i jasno, produkuje energię, a kiedy jest ciemno i nie ma wiatru, bierze energię z sieci. Czy on cokolwiek realnie wnosi do energetycznego systemu? Nic. Nic zupełnie. Elektrownia musi kręcić turbiną tak, czy inaczej, spala tyle samo tak czy inaczej, ale kiedy on produkuje prąd, musi ona na mocy ustawy od niego ten prąd kupować. Kiedy nie wieje i jest ciemno, ta sama elektrownia musi mu prąd dostarczać w zamian za ten, który poprzednio on dostarczył. Elektrownię stawia to w fatalnej sytuacji, bo de facto musi ona płacić za jego fikcję, ale jemu jest fajnie, bo on doznaje ekologiczności. Subiektywne doznanie ekologiczności jest ważniejsze, niż realna ekologiczność, ponieważ w świecie „komu ginu, komu dymu” nie ma czegoś takiego, jak obiektywna realność poza przekonaniem samego doznającego. Jeśli czuję się ekologiczny, to jestem ekologiczny, a jeśli ktoś czuje, że nie jestem, ma prawo tak czuć, niemniej to jego prawo nie ogranicza w niczym mojego prawa, bym czuł inaczej. Jeśli czuję się ekologiczny, to jestem. Wybrałem gin i nikomu nic do tego. Kto woli dym, jego sprawa. Człowiek ma wybór w co chce wierzyć i nie może być konfliktu między przekonaniami, bo „nieznane kategorie to”. W takim świecie nie istnieje możliwość, że gdzieś tam jest jakiś energetyczny system, który działa na jakichś zasadach i poznanie tych zasad obalałoby czyjeś subiektywne „doznanie ekologiczności”. Doznanie jest pierwotne i jest tak naprawdę głównym wyznacznikiem. Subiektywne jest obiektywne. Jeśli czuję, że dostarczam prąd do sieci, to tak jest.

Oczywiście nie wszystkie konflikty racji dadzą się sprowadzić do prostego dylematu między ginem a dymem, którego rozwiązanie jest wyłącznie rzeczą gustu. Jeśli na przykład nasze dziecko ma nowotwór i spór idzie o to, czy leczyć je witaminami, czy radioterapią, nie jest to tylko kwestia gustu. Ktoś mówi prawdę, a ktoś inny się myli i jeśli źle wybierzemy, konsekwencje tego będą straszliwe. Między odmiennymi wizjami nie ma tu tylko „interesującej różnicy”, ale jest poważny, wręcz śmiertelny konflikt. I paradoksalnie, im bardziej obu stronom chodzi o to samo, czyli o to, by dziecko przeżyło, tym bardziej będą się zwalczać, a nie lubić. To dlatego między innymi mamy coraz mniej dzieci. Przebywanie w świecie, w którym wszystkie opcje są równoważne i nie ma nigdy podstaw do prawdziwych sporów wyklucza wzięcie odpowiedzialności za jakiekolwiek ryzykowne decyzje. Bo wtedy błąd kosztuje, a różnica między błędem a trafną decyzją nie jest tylko rzeczą gustu.

Istnieje też kilka innych ważnych tu idei. Na przykład idea niezależności. Zły system jest skomplikowany i wymaga skomplikowanych technologii, by wytwarzać energię. Te skomplikowane technologie wymagają skomplikowanego finansowania. Co trzeba zrobić, by je uruchomić? Iść na masę kompromisów. Założyć garnitur, skończyć nudną szkołę, rozmawiać z nudnymi ludźmi, udawać, że się lubi kogoś, kogo się wcale nie lubi i w ogóle robić masę rzeczy, które muszą robić ludzie dorośli. Dużo fajniej jest mieć własną energię, niezależną od żadnych systemów. Masz wiatrak, masz baterię, nie idziesz na kompromisy i nie rozmawiasz z ludźmi, którzy ci się nie podobają. Ta historia ma potężny urok. Tak wielki, że aby wierzyć, że to możliwe, można poświęcić zdrowy rozsądek i zapomnieć, że to by nie mogło funkcjonować, gdyby ta elektrownia gdzieś jednak wciąż nie pracowała. Kto chce wierzyć, niech wierzy. Komu ginu, komu dymu?

Mając w głowie te dwie idee, funkcjonujemy właściwie w świecie baśni. Nie jesteśmy jednak z nikim w konflikcie. Czy możliwe jest, by ta bajka stała się prawdą? Jest w sieci świetna rozmowa z Billem Gatesem. Cokolwiek nie sądzi się o Windows, używamy go wszyscy, Bill Gates jest więc ekspertem od tego, o czym mowa, bo podobnie jest z energią. Tak jak z Windows. Używamy tego wszyscy, zupełnie o tym nie myśląc. Wiele, wiele lat temu pracowałem w firmie komputerowej, która była dealerem producenta systemu alternatywnego dla Windows. Kiedy go wypuszczono, producent tej alternatywy zrobił wielką prezentację przewag swojego pomysłu nad Windows. Prezentacja szła z laptopa, podłączonego do projektora, więc wszyscy widzieli przebieg na wielkim ekranie. Prezentujący perorował prawie dwie godziny i w sumie wszystkich przekonał, a później zamknął prezentację. I wtedy wszyscy ujrzeli coś czego on nie przewidział. Że pod spodem na swoim laptopie ma Windows. Sala ryknęła śmiechem, prezentacji nie dało się już uratować. Zawsze warto wiedzieć, co jest pod spodem, dlatego warto posłuchać tego okropnego realisty Billa Gatesa. Komputeryzował przemysł, energetykę, instytucje państwowe, Pentagon.. Wie jak działa dofinansowanie w państwach, wie jak rosną i znikają rynki i naprawdę wie, o czym mówi. Co mówi? Na przykład to, że Tokio ma taki sam pobór mocy, jak Polska. Trzy dni w roku jest huragan. Skąd Tokio weźmie prąd w tym czasie, gdy odejdziemy od atomu? Niestety w rozmowie z Gatesem nie ma polskich napisów, a język jest trudny. Jak tylko ktoś z Fota4Climate, albo inny jakiś dobry człowiek te napisy stworzy i mnie poinformuje, zamieszczę na blogu stosowne uaktualnienie. Tymczasem posłuchajmy tego co jest, kto zdoła. Warto. Bill Gates nie zostanie raczej polskim prezydentem, ale to naprawdę jest dobra rozmowa.

Paweł Droździak

Komentarze: 6

[foto]1. Podzielę się ciekawostką... • autor: Piotr Tiszczenko (2018-12-24 10:19:31)

Podzielę się ciekawostką w związku z problemem plastiku. Parę dni temu byłem zaskoczony, kiedy odkryłem coś w rodzaju cudu okołoświątecznego. Od paru lat borykam się z plagą moli ubraniowych, które uwielbiają duże ilości czystej, niebarwionej wełny, a tej mają u mnie pod dostatkiem. Kiedy zbliżał się czas dorocznej inwazji, żeby uratować przed nią dwa ciepłe koce z wełny koziej, zapakowałem je szczelnie w plastikowe worki na śmieci. I po ponad roku zajrzałem do środka, bo miałem podejrzenia, że stało się tam coś niedobrego. I rzeczywiście, koce zostały w dużej mierze zjedzone, ale worki także. Mole, a raczej ich larwy przegryzły się przez plastik. Nie sądziłem, że to jest możliwe, ale google pokazują, że jak najbardziej.

2. czy czysty obłęd, czy jednak sterowany? • autor: Jerzy Pomianowski (2018-12-25 00:16:30)

Zacznie się produkcja ekologicznych opakowań. Z celulozy, białka, skrobi. Czyli z żywności i drewna. Żyjemy w sytuacji gdy pensjonariusze domu wariatów obalili personel medyczny i zarządzają szpitalem demokratycznie.
PS
Rzeczywiście, "biodegradowalny" oznacza produkujący ceodwa.Niby oczywiste, ale by dojść do tego wniosku  trzeba było skończyć dawną szkołę.

3. Nie przesadzajmy z tym głodem... • autor: JSC (2018-12-25 13:31:35)

w Polsce miliony ha leży odłogiem, a i tak co kilka lat tworzy się świńska górka, Rosji nasze jabłka swego czasu były rzucane pod buldożery. W Indiach bardziej opłaca się hodować herbatę, Brazylii kawę, Afganistanie mak, Kolumbii kokę itd.

4. Marzy mi się... • autor: Mruk (2018-12-25 22:51:57)

Marzy mi się jakaś taka niezależna platforma czy instytucja w której można by ocenić wszechstronnie ekologiczny efekt  działań czy to indywidualnych osób, czy w większej skali. Jak widać cała powszechna wiedza jeste względna, informacje są wyrywkowe, a wszystkie prowadzone badania oraz lansowanie trendów maja jako podstawę czyiś interes finansowy. Tylko kto by miał gwarantować bezstronność i obiektywizm?Autorytety naukowe nie robią na nikim większego wrażenia. Nad tym powinna myśleć i prowadzić badania połowa mądrych ludzi na świecie (a druga połowa nad tym czym ma się zająć większość populacji skoro to co robią teraz nie tylko nie ma sensu, ale jest szkodliwe)
Widzę po sobie jak mało wiem (a śmiem twierdzić że i tak jestem zdecydowanie ponad przeciętną) i nie jestem w stanie, lub w  skrócie mówiąc, nie chcę tej wiedzy zdobywać (Już widzę te amatorskie słabe obliczenia z fizyki).
Chodzi mi teraz o praktyczne działania np. jak ogrzewać dom, czym go ocieplić. Ja wydałem w tym roku duże pieniądze na ocieplenie dachu, m.in. dlatego że wydało mi się to ekologiczne, jednak wcale się nie zdziwię jak się okaże że produkcja tego materiału (PIR) jest trująca albo potwornie energochłonna. Inny przykład - jeżdżę bardzo starym samochodem, oczywiście bo lubię, ale też wierzę że mniejsza to szkoda niż wyprodukowanie kolejnego nowego.
Tak czy owak moje działania (i pewnie większości ludzi) opierają się na tym w co wierzę i światopoglądzie. Jaka jest prawda tego nie jestem pewien. Boję się też żeby się nie okazało że " cała moja ciężka praca wszystko było ch.. warte", tak jest np. ze śmieciami które namiętnie segreguję i nie chcę wiedzieć co się z nimi dzieje żeby mnie szlag nie trafił.
Inna sprawa czy Pan Paweł pisze samą prawdę, czy nie dobiera informacji tendenc

5. 1. Smog. Nie... • autor: Ylvaluiza (2018-12-27 00:01:40)

1. Smog. Nie zgadzam się, że problem smogu dotyka tylko starszych, a ludzie histeryzują. Z powodu zanieczyszczenia powietrza szczególnie często chorują dzieci, których drogi oddechowe są inaczej zbudowane niż u dorosłych, przez co bardziej narażone na szkodliwe czynniki, chorują także i osoby w średnim wieku. Będąc dzieckiem mieszkałam przez 4 lata w bloku na pierwszym piętrze, zaś pod naszymi oknami na dole stał ubogi, kopcący domek. Chorowałam przez 4 lata na zatoki i oskrzela. Dziwnym trafem moje choroby minęły jak ręką odjął po wyprowadzce na duże blokowisko, gdzie żadnych domków nie było. Problemy z gardłem i oskrzelami wróciły po wielu latach, gdy wprowadziłam się do pełnego mgieł i smogu miasteczka, na poddasze kamienicy otoczonej zewsząd dymiącymi kominami. Jestem zmuszona przenosić się do innego lokum na zimowe miesiące, ponieważ w moim stałym mieszkaniu, po prostu bym się udusiła i uwędziła jak wędzonka, a szpikowanie się antybiotykami jest w takiej sytuacji zupełnie nieskuteczne. Wiadomo, że podczas Wielkiego Smogu Londyńskiego w ciągu kilku dni zmarły tysiące osób z powodu zawartych w kiepskiej jakości węglu toksycznych związków siarki, które w połączeniu z mgłą zamieniły się w powietrzu w uszkadzający płuca kwas siarkowy. Moja przyjaciółka mieszkająca w domku jednorodzinnym vis a vis mocno kopcącego sąsiada musi po latach bycia trutą brać sterydy, ponieważ nabawiła się już astmy. W węglu brunatnym, jaki nasz wspaniałomyślny Sejmik Województwa Lubuskiego dopuścił do użycia (bo dopuścił w ustawie antysmogowej palenie KAŻDYM rodzajem węgla oraz zezwolił na korzystanie ze starych pieców do 2027 roku) jest oprócz związków siarki zawarta dodatkowo także rtęć. Akcje przeciw zatruwaniu smogiem to nie jest tylko bezzasadna histeria. 

6. NIe damy rady • autor: and2102 (2018-12-27 18:45:41)

Ostatecznie nie damy rady przewidzieć ,które z naszych dalekosiężnych ,życiowych decyzji są NA PEWNO dobre dla klimatu ,a które złe. Wszystko wskazuje na to ,że wzrost poziomu CO2 doprowadzi do wzrostu średnich temperatur i kataklizmu z niego wynikającego. Jednak również może okazać się ,że nastąpi seria wybuchów wulkanów (o może już się zaczęła ?) i spowoduje to kilka lat zanieczyszczenia atmosfery pyłami po czym kilkanaście lat zimy. Ponieważ zwiększyliśmy poziom co2 i podgrzeliśmy wcześniej atmosferę o 2 stopnie Celsjusza  to uratuje nam to "d..pe" ,bo w wyniku braku żywności umrze tylko 90 procent ludzi ,a nie 99. Ostatecznie nie mamy w niczym 100 procent pewności, dlatego powinniśmy działać tak ,by sami wywierać jak najmniejszy wpływ destruktywny. Obecnie taki wpływ - wg naszej dzisiejszej wiedzy i świadomości - to podgrzewanie Ziemi. Generowanie pyłów też nie jest zdrowe. Co prowadzi do czego pokaże nam jednak czas (Saturn) ,ze swoją "sumą wszystkich sił". Zwróciliście uwagę ,że "środkowy palec" ten uznawany za palec Saturna jest palcem od fu..k you ?