Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-06-20

Mirosław Czylek

Kompleks Kasandry

Tekst ten jest po trosze kontynuacją mojego wpisu „Uraniczni socjaliści z konstelacji Byka”. Muszę przyznać, że inspiruje mnie to, co wydarza się z niesamowitą intensywnością jeśli chodzi o sprawy związane z ekologią, klimatem i całą resztą. Inspirują mnie teksty pisane na „Tarace” przez Andrzeja Gąsiorowskiego czy Wojciecha Jóźwiaka. Zwłaszcza tekst „Temperatura mokrego termometru, czyli od czego wymrze homo sapiens” zrobił na mnie fenomenalne wrażenie.

Drodzy Czytelnicy, widzicie, człowiek jest przez większość życia dyletantem i nie zdaje sobie sprawy z podstawowych pojęć z zakresu fizyki, chemii, astronomii, również dziedzin, które moglibyśmy zaliczyć do zagadnień „nienaukowych” (jak psychologia, sztuka czy ezoteryka). Podejrzewam, że zdecydowana większość ludzi nigdy się nie zastanawiała, dlaczego 40°C w pewnych warunkach może łatwiej zabić, niż 40°C w innych warunkach. Tak samo jak większość ludzi na tej planecie uwierzyłaby w twierdzenie, że widziałem Wenus w koniunkcji z Księżycem w pełni. Ten gatunek jest cholernie przemądrzały i ta nadmierna pewność siebie jest w znaczącym stopniu producentem masowych nieszczęść i tragedii ludzkich – ale to już zagadnienie godne herbatki u Schopenhauera, a nie do celów tego artykułu.

Pojęcie Kasandry bywa różnie odbierane w kulturze. W obecnym kształcie, to co irracjonalne lub okultystyczne jest wypychane przez apollińskie wartości, gdzie obiektywna prawda góruje nad intuicją, myślenie pokonuje uczucie, zaś spokój postępowania ucisza ewentualne rozterki moralne. Motyw ekologicznej katastrofy zdecydowanie przynależy do kasandrycznego archetypu, ponieważ niesie za sobą silny ładunek emocjonalny dotyczący fatalnej przyszłości całego ekosystemu. Kasandra w micie dostrzegła upadek Troi, w ekonomii personifikuje ją Warren Buffett z przydomkiem „Wall Street Cassandra” (wielokrotnie ostrzegał rynek przed wielką bańką finansową, zaś w październiku 2017 roku położył krzyżyk na Bitcoinie). Obecnie do grona największych proroków złych wieści należą … ekolodzy (o ile nie jest to pojęcie nazbyt wąskie lub dla niektórych zbyt ogólne).

Przed podjęciem pisania tego tekstu zapoznałem się z … kilkudziesięcioma różnymi tekstami dotyczącymi pojęć ekologicznych, meteorologicznych, politycznych, ekonomicznych, itd. Z tego co widzę, dwie strony sporu nie zmieniają stanowiska, chociaż naukowe badania i statystyki przemawiają na rzecz „histeryków”.

Najbardziej zaskakująca jest oś tego podziału światopoglądowego. Po jednej stronie znajdują się ludzie, którym moglibyśmy ogólnikowo przypisać pewne zestawy cech. Po drugiej stronie ludzie, którzy wyróżniają się zachowaniami przeciwstawnymi. Główną linią sporu jest batalia o „globalne ocieplenie”. Frakcja kasandryczna wyraźnie mówi i powtarza od wielu, wielu lat, że działalność człowieka ma wyraźnie namacalne przełożenie na przegrzanie klimatu. Wiele z tych osób stwierdza, że jest już zresztą za późno na wiele działań, a co za tym stoi, ofiar beztroski i lekkomyślności człowieka będzie sporo – i nie będzie już ratunku by to odwrócić. Opcja bardziej umiarkowana stwierdza, że działalność człowieka „może” na coś oddziaływać, ale nie aż tak żeby podnosić alarm. Ekolodzy i większość naukowców zajmujących się klimatem przesadza i niebezpiecznie zbliża się do religijnego stopnia zaangażowania w „sprawę”. Frakcja apollińska zaś ze złośliwą gracją nie tylko nie zauważa niebezpieczeństwa, lecz widzi w tym wielką szansę na zazielenienie się planety, plantacje bananów w Polsce i sympatyczne ciepełko.

Możliwe, że jedną z największych krzywd, jaką ludzkość uczyniła sobie na obecnym etapie rozwoju, jest dalsze wypychanie z przestrzeni publicznej takich Kasandr. Dlaczego? Wydaje się, że złożyły się na to minimum dwie części składowe. Jedną z nich jest faktyczna skłonność ludzkości do poszukiwania sensacji, lęków i katastrof w licznych przepowiedniach i wizjach. Drugą rzeczą jest oświeceniowy triumf rozumu i wykopanie wszelkich treści intuicyjno – podświadomych z murów uniwersyteckich. W najlepszym razie pozostawienie ich w zaułkach licznych nauk humanistycznych. Typowo ezoterycznych fachów jak astrologia na uczelniach rzecz jasna nie ma, chociaż konkurencyjna teologia z przyczyn polityczno - społecznych trzyma się świetnie. Wolnowybiegową i dziką Kasandrę intelektualny przemysł wrzucił do klatki i zapewnił odpowiednią karmę.

Jest mi często bardzo szkoda, gdy czytam dużo artykułów osób, które „czują pismo nosem”, wyczuwają trendy ekonomiczne, polityczne, społeczne czy naukowe, dużo dużo wcześniej, niż ci, którzy łaskawym okiem odkryją deszcz, gdy ziemia będzie już mokra. Bardzo smutną obserwacją jest to, że teoretycznie inteligentny człowiek, jakim mógłby być czytelnik jakiegoś artykułu, rzadko kiedy interesuje się długoterminowymi prognozami, wizjami czy innowacjami. Wydaje mi się, że przyczyną tej klęski jest trudna do zniesienia dla mnie polaryzacja pomiędzy wizjonerami i ludźmi „oświecenia”. O ile jednak do drugich nie mam zbytnich pretensji – ogromnie trudno wyjść z paradygmatu szkiełka i oka, o tyle pierwsi bardzo często popełniają błąd.

Po pierwsze – swoje prognozy traktują z perspektywy ich monetyzowania i zarabiania na nich. Słusznie liczą na to, że przepowiadanie wojny lub jakiegoś olbrzymiego zawirowania da im krótkotrwałą korzyść, a może i pewną sławę. Niestety, ze szkodą dla analizy samego zjawiska lub głębokości „wizji”. Po drugie – kasandryści używają bardzo emocjonalnego repertuaru słów, kosztem przygotowania merytorycznego. Dlatego, z całą sympatią i poparciem dla wielu tez, mam problem ze słowami pochodzącymi z autoryzowanego wywiadu prof. Szymona Malinowskiego typu: „To zależy od sytuacji, ale co najmniej zginie nasza cywilizacja i, powiedzmy, 80 proc. ludzi” lub: „Wyginiemy w ciągu jednego pokolenia”. Tego typu jaskrawe narracje zaczynają obracać się przeciwko tym, którzy wypowiadali te słowa kilkanaście lat wstecz i następnie dostrzegam uwagi w stylu: „20 lat temu słyszałem, że za 10 lat Kiribati, Malediwy i inne wysepki znajdą się pod wodą. Od tego czasu ludność Malediwów wzrosła trzykrotnie. Te wszystkie państewka wrzeszczą, że zostaną zalane, bo bogaci frajerzy płacą im za to setki milionów dolarów”. Jeśli już więc ktoś porywa się na bycie „złym prorokiem”, powinien zważać na słowa i zachować umiar. W epoce wolnego rynku i konsumowania sensacyjnych treści bardzo ciężko być prognostą, który nie ma na celu obudzić rozhisteryzowanych tłumów.

Być może właśnie dlatego nieliczne (tak właśnie – nieliczne) portale typu Taraka lub polityczne byty pokroju Klubu Jagiellońskiego, Krytyki Politycznej, Nowego Obywatela czy niewymienione (chwilowo przeze mnie zapomniane) podmioty na rynku dziennikarskim wymagają większego zainteresowania i większej promocji ze strony czytelników. W innym wypadku będziemy skazani na publicystyczną bylejakość i zdominowaną przez wojny plemienne polityczną breję. Przeciętny czytelnik nagradza dziennikarzy, którzy zajmują się przyklepywaniem istniejącego faktu lub stanu rzeczy. Zdecydowanie daleko im do wizjonerstwa czy talentów Kasandry. Być może taki stan rzeczy nie powinien dziwić. Historia ludzkości robi nam niezłego psikusa. Bardzo często mamy do czynienia z błędem, gdy myślimy, że „wynalazcy i odkrywcy” to te same nazwiska, które widzimy w encyklopediach i leksykonach. Faktycznie bardzo często za tym wszystkim stoją osoby, które... kupiły patenty lub tylko nieznacznie zmodyfikowały i opatentowały dany wynalazek. Sztandarową postacią nad którą polecałbym się pochylić jest np. Thomas Edison. Czy był to oszust, czy genialny naukowiec – nie będę się tym zajmował, licząc na profesjonalizm autorki ponad 800 artykułów popularnonaukowych, w tym treści dotyczącej Edisona. Czy elita i śmietanka współczesnego dziennikarstwa to kopiści i zapożyczacze cudzych myśli, które zostały wymyślone i odkryte lata temu?

Być może syzyfową pracą jest tego typu działalność publicystyczna. Momentami zastanawiam się, co powoduje, że człowiekowi chce się takie tematy poruszać. Mógł przecież pójść z szabelką na jednego czy drugiego wodza politycznego, a nuż by mu za to jeszcze sowicie zapłacili? Sądzę, że bycie odtrąconą przez Apollina Kasandrą jest raczej emocjonalnym zabiegiem katharsis i wewnętrznym uspokojeniem, że przynajmniej „chciało się” coś robić w czasach, podczas gdy większość celebryckich publicystów spała i chrapała. Zdarza mi się, że zazdroszczę świadomości i wiedzy autorów, która może się okazać czymś fundamentalnym dla tego co nas spotka za kilka – kilkanaście lat. Miewają to od czasu do czasu różni intelektualiści, artyści i wizjonerzy, z których większość niestety jest zmuszona do zajmowania się czymś innym. Dopełnieniem pozytywnej strony naznaczenia Kasandrą jest oczywiście kwestia osobistej satysfakcji i świadomości, że chociaż jedna osoba na tej planecie zmieni swoje podejście do patrzenia na pewne sprawy i zaktualizuje swój światopogląd. Myślę, że sporo autorów Taraki i pisemek niszowych miało mniej więcej te same zamiary, tworząc swoje teksty „dla wszystkich i dla nikogo”. Tak czy owak, w przyszłości skazani jesteśmy na analfabetyzm wtórny, bo poważna publicystyka i analiza są melodią przeszłości. Z tym większą nostalgią będziemy czytać kiedyś teksty, które dla większości naszego otoczenia wydawały się przejaskrawione, histeryczne lub niezgodne z obowiazującymi („wtedy” czyli obecnie) faktami. Bo w to, że gatunek jako całość będzie miał się lepiej, nie wątpię, choćbyśmy nie wiadomo w jak ciemnej epoce tymczasowo się znaleźli.

Mirosław Czylek

Komentarze: 2

1. To jest podział... • autor: calkiem.inny.mail (2019-06-20 23:45:15)

To jest podział bliższy właśnie mojej intuicji. Tylko mi się wydaje, że chodzi nie o Kasandry, a po prostu kobiety. O wartości żeńskie. Pod innymi postami ludzie debatują nad kapitalizmem i jego naturalnością, czy innym bóstwem genetycznym, a ja uważam, że jeśli już gdzieś szukać przyczyn problemów, albo raczej miejsca, w którym on nie zostanie rozwiązany to w patriarchacie. Jeśli przypisać płciom określone wartości wszystko, czego potrzeba leży po stronie żeńskiej, a wszystko, co trzeba odrzucić po męskiej. Nigdy wcześniej nie było chyba podobnej sytuacji. 
Patriarchat mógł sobie być i trwał prawie wszędzie, bo człowiek musiał sobie radzić z materią, która zawsze była dla niego zbyt trudna. Radzić, czyli walczyć, ujarzmiać, brać siłą, pokonywać, fizycznie w niej tyrać, albo wykorzystać do tego innych itd. W tym wszystkim świetnie miały się różne hierarchie i rywalizacje. Długo wszystkiego brakowało. Ekspansja była niezbędna. Dlatego nawet trudno uchwycić moment przyczyny. To krótki czas. 
A teraz koniec, bo nie tylko nie potrzeba już siły, ale nie potrzeba ekspasji, nie potrzeba gwałcić i podbijać, ale nawet nie wolno. Nie potrzeba wojny, a kompromisów. Nie potrzeba wodzów, ale umiejętności przesunięcia się. Nie podporządkowanie innych, a samoograniczenie. 
Moim zdaniem wystarczyłoby posadzić na najwyższych funkcjach same kobiety. Rok, dwa i to co trzeba zostałoby rozwiązane. 

2. Kobiety do władzy, mężczyźni na rykowisko • autor: Ylvaluiza (2019-06-21 11:21:04)

Zgodzę się z Całkiem Innym, że to głównie mężczyźni wywołują wojny, choć są kobiety, które pragną im dorównać - np. Margaret Thatcher albo caryca Katarzyna II (rodzice tej ostatniej byli zawiedzeni, ze urodziła im się córka zamiast syna i dali jej to odczuć, w efekcie często starała się ubierać i zachowywać jak mężczyzna - cyt. z jej pamiętnika: "Dowiedziałam się, że moje narodziny nie były tak wielką radością (…). Matka prawie mnie nie zauważała. Półtora roku później urodziła syna, którego ubóstwiała"). Ludzkie samce są terytorialne jak większość samców zwierząt stadnych i mają więcej agresji, zwłaszcza gdy nie mogą zaspokoić swoich popędów. Kłopot może polegać na tym, że spośród pań do władzy garną się najchętniej te usiłujące dowieść swojej siły i twardego charakteru. Mimo wszytko jestem pewna, że kobiety prędzej rozwiązałyby problemy z ociepleniem klimatu, ponieważ: 1) bardziej troszczą się o przyszłość dzieci i wnuków, 2) są bardziej skłonne do wyrzeczeń i kompromisów, 3) ponoć lepiej potrafią współdziałać, 4) zazwyczaj bardziej wzrusza je los zwierząt i całej przyrody, 5) jakoś nie spotkałam dotąd kobiety zaprzeczającej faktom dotyczącym klimatu w taki uparty sposób jak robi to wielu znanych mi mężczyzn. Panowie politycy natomiast zachowują się nieraz jak jelenie na rykowisku (zwłaszcza na sejmowej mównicy) i bardziej im zależy na poczuciu władzy, dominacji, pokonaniu przeciwnika, niż na rozwiązywaniu poważnych problemów.