Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-04-13

Wojciech Jóźwiak

Kerényi'ego: o wizjach

www.btk.pte.hu
z: www.btk.pte.hu
Szukałem w Sieci zdjęcia Karola Kerényi'ego jako nie-starca, ale nie znalazłem. Faktycznie, książkę „Dionizos”, o której będzie dalej, pisał w ostatnich latach życia (1897-1973), ale pomysł tej książki przyszedł mu gdy miał 34 lata. Kerényi przyjaźnił się i współpracował z gigantami: z Jungiem, Mannem, a jeszcze przed nimi z Friedrichem Walterem Otto, o którym wspominałem dwa odcinki temu. I kiedy od analiz Otta – tak jak je omawia i cytuje Wiesław Juszczak – poruszających się po górnej, nieludzkiej wręcz, dla jakichś geniuszy zastrzeżonej granicy zrozumiałości, przechodzi się do objaśnień Kerényi'ego na dokładnie te same tematy, to czuje się ulgę i istny Heimkehr czyli powrót do domu, bo wreszcie czytelnik odnajduje się na swoich śmieciach. Bo gdzie Otto mówił o Gestalt, tym „gesztaltem” tłumacząc greckich bogów, co dla nas („nas” czyli podobnych do mnie :)) jest tłumaczeniem zagadki zagadką, tam Kerényi mówi (tzn. pisze) o wizjach, po prostu! Na stronie 28 polskiego wydania tak komentuje kreteńską (minojską) rycinę bogini na górze i widzącego ją człowieka:

Człowiek unoszący, jak oślepiony, rękę do czoła /.../ spogląda ku niej w górę i pozdrawia ją. Oto właśnie jest ten dystans: z jednej strony epifania, z drugiej widzący – sytuacja wizji, takiej, jaka mogła się zdarzyć w świecie zogniskowanym wokół sztuki minojskiej i jaka z pewnością się zdarzała. Wizje tego rodzaju składały się na pewien wymiar przekraczający widzialny wymiar natury.

(Wygrubienia moje.) W tych czterdziestu słowach Kerényi powiedział więcej niż w niejednej grubej książce historyków religii. Jest tego dobrze świadom, bo chwilę dalej pisze:

historycy religii wizji nie miewają

Cały tamten rozdział tak mi się spodobał, że duże fragmenty przecytuję:

Ludzka zdolność do oglądania zjaw bywa w opracowaniach religii starożytnych traktowana po macoszemu. Zdaje się, że uzdolnienia wizjonerskie nigdy nie były równomiernie rozdzielone wśród ludzi: obficiej występują w epokach starszych bądź też w określonych okresach, w późniejszych zaś – coraz rzadziej. Historycy religii zapomnieliby o nich z kretesem, gdyby nie wyraźne świadectwa zwracające im na nie uwagę. Świadectwa takie znajdowano w wyznaniach mistyków wszystkich epok. Ponieważ jednak mistycy są we wszystkich religiach Wyjątkami, a historycy religii wizji nie miewają, zjawisko to rozważa się zwykle pod kątem dwu skrajności: doświadczeń mistyków oraz braku doświadczeń historyków religii i wszystkich współczesnych niemistyków. Odnośnie do tego, co w dziejach religii mieściło się pomiędzy tymi dwiema skrajnościami, niewiele jest bezpośrednich świadectw, chociaż bez przypadków pośrednich, czyli przelotnych wizji nawiedzających ludzi o mniejszym lub większym uzdolnieniu wizjonerskim, wszelka religia, posiadająca żywą mitologie, jest nie do pomyślenia.

W następnym akapicie Kerényi pisze o rzeczy całkiem nam już znajomej:

Świadectwem generalnej możliwości takich wizji jest na przykład wymóg stawiany wszystkim chłopcom indiańskim podczas młodzieńczej inicjacji: mieli oni tak długo pościć i przebywać w buszu, aż zaczną widzieć zjawy. Świadectwo to może się wydać zbyt naciągane, ale przecież w grę wchodzi tutaj ludzka natura leżąca u podstaw wszystkich kultur, jakkolwiek nie wszystkie kultury w taki sam sposób ustosunkowują się do zdolności wizjonerskich. W prezentacjach religii puszczańskich Indian z Ameryki Północnej znajdujemy dokładniejsze dane o rodzaju oczekiwanych wizji: miały to być sny na jawie, wobec tego wyrazistsze i bardziej sugestywne niż marzenia senne, a więc stanowiące poniekąd intensyfikację tych ostatnich. Amerykanista [Werner Müller, 1956] pisze o nich: „Wizje uchodzą za «rzeczywiste», są sposobem prawdziwego kontaktowania się z nadprzyrodzonością, podczas gdy sny – niekoniecznie”. I cytuje słowa Indian: „W wizjach jest coś świętego, w snach mniej”.

A więc, Heimkehr, back home, wracamy do domu! Okazuje się, że to, co krążąc po obrzeżach zrozumiałości usiłował przekazać Otto; to nad czym biedził się, z trudem usiłując przekonać do różnicy między „byciem” a „bytem” Heidegger, w międzyczasie stało się regularną, metodyczną praktyką, którą niejeden czytelnik Taraki przeszedł na warsztatach. A potem u siebie w domu lub ogródku. Teraz wiemy, po co urządzamy wyprawę, na jaki quest idziemy otwierając księgi klasyków: idziemy na wyprawę po wizje.

I jeszcze jedno zdanie z „Dionizosa”:

Wizja i mit, epifania i mitologia oddziaływały wzajem na siebie, kreowały się nawzajem i konstruowały zespoły wyobrażeń kultowych. Pierwszeństwo jednakże w stosunkach człowieka z bogiem ma epifania, co tłumaczy się bezpośredniością wszelkiej autentycznej wizji. „Oglądanie zjaw” i język są równie pierwotne /.../


Książka omawiana: Karl Kerényi, "Dionizos. Archetyp życia niezniszczalnego", przełożył Ireneusz Kania. Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2008.


Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.