Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2016-06-15

Justyna Karolak

Kamień felietoniczny – w kolejce po cud kapitalizmu
Felieton o PRL-u i kapitalizmie

Pamiętam, jak niekiedy budzono mnie wcześnie rano i posyłano... Nie do przedszkola. Tłumaczono mi, że ja do przedszkola chodzić nie muszę, bo dom, w którym się wychowywałam, miał za „majordomusa” – babunię. Ona to z dziarską miną, i nie mniej dziarską sprawnością ruchową, wykraczającą daleko poza normę swego szacownego wieku, opiekowała się całym domem. I mną – nie musiałam chodzić do przedszkola...

Toteż niekiedy budzono mnie wcześnie rano, bym towarzyszyła babuni w zakupach. Za każdym razem było to dla mnie niepojętą praktyką. Dziwną oraz twardo szlifującą mój charakter.

Najpierw babunia nerwowo krążyła po domu, szukając kartek. Martwiło mnie jej podenerwowanie. Chcąc ratować sytuację, podsuwałam babuni pod nos różne karteczki ze swoich zeszycików, w których rysowałam. Ale babunia odtrącała je jednym gestem, fukając: – Nie, przecież mówię, że kartek szukam!

Przecież właśnie podsunęłam jej kartki! Czego więc naprawdę moja babunia histerycznie, o szarym świcie, poszukiwała? Nie mogłam tego pojąć.

Po chwili okazywało się (tak było za każdym razem), że naprawdę poszukiwała kartek. Naprawdę nie mogłam pojąć, po co ani dlaczego.

Były to bowiem zwykłe, bardzo zwykłe kartki. Małe poręczne kartoniki, trochę jak wyrwane ze starego notesu, trochę jak kawałki różowej tektury. Widniały na nich wprawdzie drobne znaczki, ale nie sprawiały wrażenia magicznego. Zwykłe znaczki na zwykłej kartce, która nie przypominała ani pieniążka, ani książeczki – niczego niezwykłego. Tymczasem babunia traktowała je z trwogą i namaszczeniem.

Następnie ubierano mnie w rajtuzy, kombinezony i skafandry, po czym szłam z babunią za rękę do sklepu. Przed sklepem babunia ustawiała mnie w długiej, groźnej, zbitej kolejce, zaś sama na „moment” znikała. Ta ludzka kolejka była przerażająca:

szara, ponura, spowita równie szarym i ponurym świtem. Więdli w niej zmęczeni ludzie, chociaż dopiero było rano. Ta kolejka była powolna, żałosna i pełna napięcia. Stojąc w tej kolejce, po raz pierwszy w życiu doświadczyłam stanu dwoistości, a nawet schizmy: twarze ludzi w kolejce wyrażały zarazem walkę i marazm, zakrawający wręcz na katatonię. Przesuwali się do przodu z prędkością leniwca, a zarazem poszturchiwali się krewko, jakby nie mogąc doczekać się cudu. Jeżeli tym cudem miały być chleb, kiełbasa i mleko w szklanej butelce, z którymi wszyscyśmy w końcu ze sklepu wychodzili, jak z tarczą, to może w sumie nie powinnam być zdziwiona. A jednak byłam.

Bo byłam dzieckiem…

Nie rozumiałam, czemu babunia zostawiała mnie samą w tej kolejce. Dopiero po kilku latach, kiedy nieco podrosłam, dowiedziałam się, że ona w tym czasie stała w innej kolejce, cudownie analogicznej.

Nie rozumiałam, czemu trzeba tak stać, zanim zapłaci się za to, na co się posiada pieniądze, a co potrzebne do życia.

Nie rozumiałam wielu rzeczy, bo byłam mała.

Mój starszy o siedem lat brat wytłumaczył mi, że to, co się dzieje dookoła, wiąże się bezpośrednio z tym, że w roku 81. w jedną niedzielę zgasł „Teleranek”. Zdziwiłam się na tę nowinę, dalej nic nie rozumiejąc: 

dlaczego jednorazowe przepadnięcie telewizyjnego programu dla dzieci miałoby poskutkować owymi kolejkami, w których bez przerwy tkwili dorośli?...

Owe kolejki zdawały mi się być czystą abstrakcją. Ich sens rysował się dojmująco nielogicznie. Miało się wrażenie, że ludzie chcą w nich stać i jednocześnie nie chcą w nich stać. Dla mej małej dziecięcej głowy ta dwoistość była nie do pojęcia. Ludzie chcieli i jednocześnie nie chcieli. Ludziom zależało i jednocześnie wcale nie. Ludzie mieli nadzieję i jednocześnie gardzili nadzieją. Ludzie chcieli dużo, mieli mało, ale chcieli dużo, chociaż wokół niezmiennie mało było. Starsi ode mnie mawiali, że niczego nie było. Trzeba się było starać, walczyć, ale nic nie było. Jak przez mgłę pamiętam, jak opowiadali o tym, że nic nie mają i na nic się nie zapowiada, w czasie uroczych wakacji pod gruszą.

Pamiętam wyraźnie smak tego mleka z butelki. Piłam je na surowo, z gwinta, prosto z lodówki, kiedy dorośli nie widzieli. Bardzo podobało mnie się to mleko, jego wygląd oraz to, jak smakuje. W moim domu rodzinnym bez przerwy się na nie narzekało. Nie pamiętam, dlaczego. Pewnie dorośli mieli swoje powody. Przypuszczam, że tak. Nachodziło mnie nieodparte,  podskórne wrażenie, że kiedy dorośli złorzeczą na mleko, w istocie złorzeczą na coś zupełnie innego, co tylko kryje się w mleku. Poszukiwałam tego ukrytego złego czegoś, upijając mleko chyłkiem, ale nigdy tego nie znalazłam, mleko było zwyczajnie smaczne. Musiałam więc przyjąć, że będąc dzieckiem, niewiele rozumiem ze świata dorosłych, praktycznie nic – i tyle.

Może powinnam rozumieć więcej – cokolwiek?

Raczej byłam nieco tępa, na pewno niezbyt lotna…

Dlatego ostatecznie zapisano mnie do przedszkola. Babunia wciąż była w formie, lecz rodzice uznali, że przyda mi się odrobina ogłady towarzyskiej, przygotowania do życia w społeczeństwie, bo może jakiej lotności nabiorę.

Kiedy ukończyłam przedszkole, odbyło się wielkie święto. Wszyscy wiwatowali. Ale nie z powodu mego osobistego sukcesu. Otóż przypadkowo mój dyplom przedszkolny zbiegł się w czasie z czymś dużym, znaczącym, czego w dalszym ciągu ani trochę nie rozumiałam.

Wszyscy wtedy mówili, że odtąd będzie zupełnie inaczej!

Że kiedy dorosnę, będę mogła podróżować, gdzie zechcę oraz zostać tym, kim zamarzę.

Że nareszcie upadł świat kolejek.

Że nareszcie będziemy mieli wszystko.

Że nareszcie na półkach sklepowych będzie wybór.

Że wygraliśmy.

Mówili, że nastała nowa era. Trochę dla nich, moich rodziców, nawet jeszcze trochę dla babuni, która pamiętała wojnę i wciąż była w formie, ale przede wszystkim dla mnie – dla mojego pokolenia. Dla dzieci urodzonych w latach 80. A potem – dla ich dzieci; dla moich…

Wszyscy tak mówili – nikt nie miał racji!

Mimo że na sklepowych półkach faktycznie pojawiło się wszystko, ze słynnymi niemieckimi proszkami do prania na czele, po owo wszystko – ludzie dalej stali w kolejkach, dalej poszturchując się krewko. Mimo że ludzie nie korzystali już z kartek, na ich obliczach nieszczególnie malowało się szczęście.

To było w latach 90., kiedy nikt już nie wyjeżdżał na wakacje pod gruszą, więc nie wyjeżdżał na wakacje w ogóle – wcale i nigdzie. Sklepy stały się barwniejsze, fakt, ale wielu nie było stać na kupowanie tych przepastnych kolorów prosto z Zachodu. W tym czasie po raz pierwszy doświadczyłam paradoksu: kiedyś nic nie było, ale ludzie coś jednak mieli; teraz było wszystko, ale nikt prawie nic nie miał. Byłam zdziwiona!

Potem znów podrosłam, przeskoczyłam gładko z wieku XX do XXI, w międzyczasie nauczyłam się kilku nowych słów, takich jak „demokracja”, „kapitalizm”, „wolność” i „wolny rynek”, i dotarło do mnie, wcale nie bezboleśnie, że w dalszym ciągu nic nie rozumiem!

Potem skończyłam lat trzydzieści i okazało się, że wciąż kroczę przez świat – chronicznie, dziecięco zdziwiona!

Przecież obiecano mi kiedyś, że gdy dorosnę, będę mogła żyć, jak zechcę, podróżować i spełniać marzenia. Obiecano mi kapitalistyczny dobrobyt. Obiecano mi standard życia – stabilizację egzystencjalną, różne ścieżki rozwoju. I wybór. Mówili, że będę miała wybór. I że moje dzieci będą żyły szczęśliwie w demokratycznym, zdrowym kraju bez kolejek.

Już XXI wiek, ja wciąż dzieci nie mam, bo nie stać mnie na dzieci, ani na podróże, ani na „zachodnie” towary, co zalegają na sklepowych witrynach i półkach. Nie pamiętam nawet, co to wakacje. Bez przerwy pracuję – a nie zarabiam. Nadal żyję – z dziarskością odziedziczoną najwyraźniej po babuni, co pamiętała wojnę – w świecie kolejek, dwoistości i paradoksów. Nie mam czego wybierać, ani kogo, więc jak mogę ufać eleganckim panom w kosztownych krawatach, skoro dawne pokolenie podobnych panów obiecało mi dostęp do kapitalistycznych cudów i złamało dane słowo?

Czy czuję się oszukana? Spytacie zapewne. 

Odpowiem: ależ nie! Czuję się jedynie skromnym – niezbyt lotnym – świadkiem znaczących i niezwykle specyficznych przemian politycznych i społecznych, których korzenie sięgają lat 80., a które do dnia dzisiejszego nie puściły ni jednego zielonego liścia.

Niezwykłe to przemiany, których specyfika polega na staniu w jednym – martwym – punkcie. Cóż za paradoks, gdy wszystko się zmienia, nie zmieniając się ani w calu. Dziwię się i przestać nie mogę.

Jestem świadkiem przemian zapowiedzianych, uruchomionych i jednocześnie niebyłych. Przyglądam się światu oczami głodnego dziecka, światu, który w dalszym ciągu złożony jest z kolejek.

Oto wylęgają bowiem, jak grzyby po pysznym deszczu – galerie handlowe. Na wielkie uroczyste otwarcie takowej galerii przybywają wygłodniałe i zdziczałe tłumy, cisnąc się w krewkiej kolejce, która przywodzi mi na myśl dziwne smaki dzieciństwa. Przyglądam się współczesnemu światu z ciekawością, ze zdumieniem – temu światu kolejek, który nigdy nie przepadł.

We współczesnej kolejce po nowe i jednocześnie stare (ach, jakiż piękny paradoks!) cuda kapitalizmu – cisną się tłocznie całe masy ludzkie, cisną się różne pokolenia. Wśród nich nawet jeszcze pokolenie mej babuni – dziś pokolenie już mocno zużyte. A jednak kolejka reanimuje wszystkich starców niczym zastrzyk ratujący życie. Emeryci o kulach ścigają się na ruchomych schodach w demokratycznym biegu po promocję. Dziś, w dniu otwarcia hipermarketu, obiecano ludziom darmowe hamburgery. Tak, hamburgery! Tak, ikonę kapitalistycznego cudu, nie tylko zachodniego, ale i amerykańskiego! Cały świat naprawdę stanął przed nami potworem! Przepraszam: otworem!

Nie do wiary, co się wyprawia w tej kolejce – dziwię się najszczerzej, jak umiem…

Babcie i dziadkowie ożywają w tej masowej histerii  w wojnie o hamburgera. Podejrzewam, że ożywają w nich wspomnienia o prawdziwej wojnie. I prawdziwej walce o cud kapitalizmu. Oto bez wahania porzucają kule i laski, włączają trzeci tajny bieg, i biegną po hamburgera.

Pokolenie moich rodziców – w tej samej kolejce – próbuje okiełznać swe rozgorączkowane emocje i zachować pozór godności. Tłoczą się, przepychają po hamburgera z wdziękiem, wprawnie udając, że wcale im nie zależy.

Moje pokolenie – w tej samej kolejce – dobywa z kieszeni tanich dresów nowoczesne smartfony i filmuje z lubością walkę o cud kapitalizmu, toczoną na żywo przez dwa pokolenia naraz: przez pokolenie dziadków i przez pokolenie rodziców.

Oto po zagładzie „Baltony” nastał cud „Sukcesji”. Oto, miast oranżady w proszku, nastała nowa era. Era hamburgera i coli. I era mutanta – kapitalizmu widzianego jedynie w krzywym zwierciadle. Era demokracji zamkniętej w beczce śmiechu.

Oto w miejsce społeczeństwa zjednoczonego – zsolidaryzowanego myślą o nowym, lepszym, sprawiedliwym świecie – zaistniało społeczeństwo zmutowane; takaż mnie refleksja nachodzi.

Zmutowane, bo w świecie, w którym eleganccy panowie w kosztownych krawatach składają te same najsłodsze obietnice, w którym cuda kapitalizmu wylewają się wszelkimi szczelinami, a zarazem pozostają cudownie niedostępne, nie ma przestrzeni dla zwykłego człowieka, który miałby siłę wierzyć w dobre jutro.

Myślę, że jutro zgubiło do nas drogę. Myślę, że to nie szkodzi. W końcu niby czego człowiek potrzebuje do życia – do szczęścia? Czego, prócz tych paru kapitalistycznych cudów?

Nie, nie czuję się oszukana. I myślę, że nic nie szkodzi. Bo, w świecie hamburgera popitego puszką coli, szczęściem dla mutanta może nowy być batonik.

Zatem ja też stanęłam w tej kolejce po darmowego hamburgera – po szczęście. Takie małe szczęście w sam raz dla mutanta, najszczerszy cud kapitalizmu, który mi się przecież należy, bo ktoś mi go poprzysiągł, obiecał. I zjadłam sobie. I wiecie co? I wcale mi nie posmakował. Dużo bardziej smakowało mi tamto mleko w szklanej butelce. To samo, na które dorośli narzekali, jak gdyby kryło się w nim coś złego.

Dziś ja narzekam na cud kapitalizmu. Na hamburgera. Ale naprawdę przecież wcale nie narzekam na jego smak. Narzekam na to, co w środku, głęboko ukryte przed wzrokiem niezbyt lotnego mutanta. Na to coś złego, czego nie widać, a o czym my, dorośli, dobrze wiemy, że jest.

Justyna Karolak

Komentarze: 7

[foto]1. Mleko i kapitalizm • autor: Przemysław Kapałka (2016-06-16 12:48:20)

Mleko z gwinta piłem, póki było, i przed nikim nie musiałem się z tym kryć, przez moją rodzinę i otoczenie było to akceptowane. I bardzo je lubiłem. Dziś mleka mało piję, bo czuję, że w większych ilościach by mi szkodziło. Zmieniło się to na krótko wtedy, kiedy odwiedziłem Indie. Tam piłem, kiedy mogłem, nie obawiając się, że mi szkodzi. Jakoś to poczucie, kiedy mogę pić, a kiedy muszę z tym uważać, jest odwrotnie proporcjonalne do zasad higieny, według których jest przetwarzane. To tak na marginesie, jako mało ważna wstawka.Zawsze mówiłem, że komunizm pośród wszystkich swoich wad, ma jedną wielką zaletę: że uchronił nas przed kapitalizmem. I że jeszcze ludzie do niego zatęsknią. Dziś, kiedy tęsknią, często się na to oburzam. Dlaczego? Chyba dlatego, że dziś z kolei zapominają, jak było kiedyś, a kiedyś może i było lepiej, niż teraz, ale na pewno nie było dobrze. A upadku komuny i nadejścia kapitalizmu chcieli wszyscy, czego wyrazem był miażdżący wynik słynnych wyborów z 4 czerwca - coś, co chyba nie ma precedensu w skali światowej. A to, co się dzieje w galeriach handlowych podczas promocji i wyprzedaży, niestety świadczy o sprowadzeniu społeczeństwa do poziomu, jaki dawniej uważany byłby za nieakceptowalny. Ja z zasady takie imprezy omijam. Komuna nie robiła nam aż takiej wody z mózgu, jaką robią kampanie reklamowe. Najlepiej za bardzo nie wierzyć w obietnice. Jakiekolwiek. Również w obietnice nadejścia przełomu takiego, jaki był zapowiadany na rok 2012.

2. zaskakująca ciągłośc • autor: Jerzy Pomianowski (2016-06-16 20:27:25)

Piękny tekst. Widzę jak strasznie mało się zmieniło, bo nadal żyjemy w kraju niedoborów. Niedoborów pieniędzy lub niedoborów towarów.
Mało się zmieniło, bo mnie w dzieciństwie (czasy Gomułki) posyłano rano po mleko. Trzeba było mieć w domu specjalną  bańkę na mleko. Mleko kupowało się tylko w specjalnym sklepie o trafnej nazwie "mleczarnia". Pani nalewała klientom mleko do baniek z ogromnego kotła pełnego mleka. Mleko było prawdziwym mlekiem ze wsi, trzeba było je szybko przegotować albo zostawić by się zsiadło.
Ciągle coś niezbędnego do życia (mieszkanie, nietrująca żywność) jest rarytasem wymagającym zabiegów, choć od wojny sporo lat minęło. Może w Polsce zawsze tak już będzie. Nie mieliśmy dziesięcioleci pławienia się w dostatku, tak jak miał każdy kraj rdzennej Europy.

3. @Jerzy Pomianowski • autor: (2016-06-17 16:10:37)

Dziękuję Panu serdecznie za pochwałę mojego tekstu; bardzo mi miło.

Poruszony przeze mnie temat jest raczej gorzki, ale lubię myśleć, że skłania do konstruktywnych refleksji własnych.

Ja wypraw z bańką po mleko do "mleczarni" nie pamiętam wprawdzie, ale pamiętał je mój tata. Właściwie jestem reprezentantem pokolenia (rocznika), które jako ostatnie jakkolwiek świadomie pamięta schyłek PRL-u. My, dzieci urodzone w Polsce w latach 80., zaliczamy się właśnie do owego "pokolenia przełomu": dorastaliśmy w aurze obietnic dużych, dobrych zmian, lecz wbrew wielu pozorom, nigdy dotrzymania tych obietnic nie doświadczyliśmy. 

Dzisiejsza Polska jest na pewno pod licznymi względami odmieniona, dla imigrantów z Ukrainy, którzy u nas żyją i pracują, jest wręcz synonimem "europejskiego dobrobytu". Jednak mnie uderza to, co i Pan napisał: mieszkanie i zdrowe, normalne jedzenie nadal jest zadziwiającym rarytasem. Dodam: rarytasem, o który wciąż musimy walczyć, zaciskając pięści. 

4. kiedy wreszcie będzie tu "Kanada"? • autor: Jerzy Pomianowski (2016-06-18 23:10:04)

Dziwna sprawa. Często czytam wspomnienia ludzi urodzonych grubo później niż ja, czyli teoretycznie z pokolenia jakoby nie znającego "prawdziwej komuny". Jednak ciągłość doświadczeń jest zdumiewająca. Zwłaszcza dotyczy to wspomnień szkolnych. Te same lektury, te same męczarnie. No i braki rzeczy elementarnych.
Zdecydowanie za długo. Przecież widać na przykładzie reszty Europy, że z kraju tartaków i baranich stad (Finlandia choćby) , do "ful wypasu", nie trzeba więcej niż 20 lat.

5. Kanada! • autor: (2016-06-19 09:39:07)

Och, Kanada - tu! Raczej zdecydowanie nieprędko... a zresztą po co nam Kanada, niech by Polska nam się stała - normalna, mianująca się godnym standardem ekonomicznym... ale oczywiście rozumiem Pana metaforę, a przykład Finlandii i owych dwóch dekad na stworzenie silnej gospodarki i edukacji mnie również przewijał się przez głowę. Dlaczego gdzieś - coś jest możliwe, realne do osiągnięcia, a u nas wszystko tak karkołomnie kuleje? Właśnie przykład Finlandii pokazuje, że problemem nie są surowce, zasoby naturalne, tylko zdolności organizatorskie - "zdrowy pomyślunek", jak wybrnąć z zastoju, z trudnej sytuacji, jak stworzyć strukturę dbającą o obywatela. I właśnie przykładowa Finlandia dba o swojego obywatela od jego najmłodszych lat, zapewniając mu ciekawą, atrakcyjną edukację, podczas gdy nasze szkoły są, jak Pan powiedział, męczarnią. Tak było w czasach dzieciństwa mego taty, mego o 7 lat starszego brata, i moich; z relacji dzisiejszych dzieci i ich rodziców wiem, że w dalszym ciągu polska szkoła jest dla dzieci i młodzieży środowiskiem dalece nieprzyjaznym i nierozwojowym. Jak się od lat wczesnoszkolnych trafia do krainy tresury i uśmierzania osobniczej wyobraźni, to w życiu dorosłym trudno być kreatywnym, sceptycznym, poszukującym... i w dalszej perspektywie nasze "elity" polityczne ciągle budują ludzie skupieni na "służbie sobie", w nosie mający potrzeby społeczeństwa... A społeczeństwo, niestety, pełne jest człowieka typu "sprytny Benio", którego "życie nauczyło" skutecznie, że grabić należy zawsze do siebie (nie od siebie, dla innych)... Tu jest ironiczno-poważny artykuł o "sprytnym Beniu": http://tosterpandory.pl/?p=2522

[foto]6. Zdrowe jedzenie • autor: Przemysław Kapałka (2016-06-19 17:17:36)

Zdrowe jedzenie na całym świecie jest trudno osiągalne niezależnie od statusu materialnego.

7. wpuścili nas w maliny • autor: Jerzy Pomianowski (2016-06-20 21:45:41)

Dwadzieścia lat powinno wystarczyć na radykalną poprawę warunków życia, i rzeczywiście wszędzie wystarczało, a w Polsce akurat nie. Mam na myśli zwłaszcza te ostatnie 25 lat. Dziwny rodzaj rozwoju polegający na ’"inwestowaniu" w zewnętrzne znamiona luksusu. Ryneczki z pomniczkiem siedzącego na ławce i podświetlaną fontanną, akwaparki w każdej gminie, biurowce, ścieżki rowerowe, stadiony. Czyli tak zwany wystrój zewnętrzny i spożycie zbiorowe, bo już do kieszeni ludowi wpada ciągle niewiele. Ciągle doły społeczne (sklepy, budowlańcy, wyrobnicy z montowni), czyli ludzie pracujący w rzeczywistej gospodarce, tyrają jak woły za grosze. Tyrają ciężej niż 25 lat temu. A tymczasem w Irlandii drogi jak za Gomułki, kartofle, owce i whisky. Zaś o dziwo  PKB na głowę drugie w Europie po Luksemburgu. Pracy prawie tam nie ma, ale zasiłek wystarcza na życie.