Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2006-09-05

Tomasz Stawiszyński

Jung, którego nie było
Mirosław Miniszewski walczy z wymyślonym przez siebie wrogiem

Z zażenowaniem przeczytałem kolejny tekst Mirosława Miniszewskiego, traktujący o poglądach i osobie Carla Gustava Junga. Poprzednio (przy okazji „Dlaczego nie jestem jungistą?“) postanowiłem powstrzymać się od komentarza, wydawało mi się bowiem, że bzdury jawne i oczywiste, otwarcie dowodzące totalnej niekompetencji wygłaszającego je autora, dodatkowych komentarzy nie wymagają. Teraz jednak, kiedy Miniszewski znowu tonem nie znoszącym sprzeciwu wygłasza te swoje przemądrzałe androny, udając przy tym znawcę metodologii naukowej oraz znawcę pism Junga – czuję się w obowiązku zabrać głos.

Najpierw krótki wstęp. Otóż, od początku istnienia Taraki znałem Mirosława Miniszewskiego jako specjalistę od Tarota, astrologii, jak również odpędzania uroków, „zagadywania“ chorób i generalnie białomagicznych oraz okołoszamańskich działań. Swego czasu prowadził witrynę o nazwie szeptun.org, a w swoich tekstach i notkach podkreślał, że jest czarownikiem i wróżem z rodzinną tradycją. Tymczasem od niedawna Miniszewski wyraźnie zmienił front i zaczął częstować Czytelników jakimś dziwacznym kryptofilozoficznym żargonem, z pomocą którego tworzy teksty nadające się być może na prace roczne z filozofii (prace roczne mają to do siebie, że czułym i zwykle przychylnym okiem ogląda je najpierw profesor, sprawdza, poprawia błędy, sugeruje zmiany, studzi nadmierny niekiedy zapał studenta etc. etc.) – ale z całą pewnością nie na artykuły do szerokiej prezentacji. Najciekawsze jest to, że z wielkim zapałem zdaje się on teraz zwalczać właśnie to, czym wcześniej z powodzeniem się zajmował. Przy czym – co istotne i o czym za chwilę – Jung jest postacią z zupełnie innej bajki i nie ma nic wspólnego ani z „duchem“ Tarota (z którym, jak pamiętam, Miniszewski pozostawał swego czasu w zażyłych stosunkach), ani tym bardziej z leczeniem ludzi przy pomocy „zagaworów“. Może więc warto skierować swoje ostrze w inną stronę?

Nie wiem na którym roku filozofii studiuje obecnie Mirosław Miniszewski, ale podzielę się z nim radą, którą otrzymałem niegdyś od pewnego mądrego człowieka – były wakacje 1997, a ja za miesiąc miałem rozpocząć studia filozoficzne. „Otóż“, powiedział mi ów człowiek, wówczas będący już dawno po doktoracie, „odzywaj się dopiero najwcześniej po czwartym roku. Przez pierwsze trzy lata czytaj wszystkie książki, słuchaj wykładów, zapoznaj się z historią, a dopiero potem, jak już uzyskasz jako taką perspektywę całości – możesz wygłaszać samodzielne opinie. Filozofia ma to do siebie, że często mami neofitów, którzy liznąwszy jej fragment nabierają przekonania, że oto posiedli już klucz do objaśnienia większej części (to u skromniejszych), albo i wszystkich (to u tych mniej skromnych) zagadek rzeczywistości“.

Nie będę odnosił się szczegółowo do wszystkich „tez“, które Miniszewski pomieścił w swoich dwóch antyJungowskich paszkwilach. Musiałbym bowiem prostować niemal każde zdanie, począwszy od kuriozalnych zupełnie utyskiwań, jakoby Jung był jakoś szczególnie popularny i gdziekolwiek by się nie zajrzało, niechybnie pojawia się tam jego nazwisko. W istocie jest raczej odwrotnie – Jung, szczególnie w Polsce, nie istnieje praktycznie w obiegu akademickim, na wydziałach psychologii wspomina się o nim sporadycznie (głównie w kontekście psychoanalizy Freuda), a na wydziałach filozofii właściwie wcale się o nim nie mówi. Nie przypominam sobie również, żebym natrafiał na jego nazwisko w gazetach codziennych. Oprócz pisma „Albo-albo“ i wydawnictwa Eneteia, prowadzonych przez dr Zenona Waldemara Dudka oraz sesji o Jungu organizowanych ostatnio przez Uniwersytet Wrocławski, nie ma w Polsce żadnego środowiska, które popularyzowaniem jego psychologii by się zajmowało.

Zresztą, Miniszewski na wstępie „Żegnaj Jungu“ sam demaskuje swoje autentyczne intencje, pisząc: „Jung mnie irytuje, jego teorie są pogmatwane i nieznośne w odbiorze“.

No i świetnie! Trzeba było na tej deklaracji poprzestać i albo w ogóle nie zajmować się czymś, czego się nie jest w stanie zasymilować, albo też wykonać jakiś elementarny wysiłek do takiej asymilacji zmierzający. Jeśli lektura Junga to zadanie przekraczające możliwości Miniszewskiego, trzeba było może przeczytać jakąś książkę (np. Zenona Waldemara Dudka) o Jungu, albo też poprosić kogoś, kto wie o co chodzi, żeby wytłumaczył. Tymczasem Miniszewski wybrał rozwiązanie najprostsze – wyładował frustrację, wynikającą z jego poznawczych problemów, za pomocą steku chaotycznych zarzutów, z których większość jest kompletnie bez sensu.

Pisze Miniszewski: „Jung ma opinię naukowca. Są uczelnie, które nadają tytuły naukowe tym, którzy uczą się metod pracy zgodnie z jego teoriami. Są osoby, które zdobywają doktoraty pisząc o Jungu i jego twórczości jako o nauce. Psychologia głębi, wiele szkół psychoterapii, rości sobie prawa do bycia traktowana na równi z medycyną. Psychoterapeuci jungiści mają swoje korporacje i leczą ludzi, biorąc za nich odpowiedzialność. Dlatego punktem wyjścia jest pogląd, że teorie Junga w zakresie psychologii mają charakter naukowy“.

Jeżeli Miniszewski wskaże mi jakikolwiek podręcznik akademicki do psychologii, w którym psychologię analityczną określa się mianem „naukowej“ – w tym specyficznym sensie, które pojęciu „naukowości“ nadaje Miniszewski – jestem gotów uznać go za najwybitniejszego specjalistę od psychologii głębi, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi. Prawda jest jednak taka, że Miniszewski walczy z wytworzonym przez siebie wiatrakiem, czyli z Jungiem-scjentystą, Jungiem-pozytywistą, który rzekomo za wszelką cenę dąży do skonstruowania spójnego systemu hipotez i prognoz, podatnego pospołu na procedury falsyfikacji i weryfikacji. Otóż – nie ma takiego Junga i nigdy nie było. Jeśli więc ktokolwiek z takim właśnie Jungiem walczy, to jedno z trojga: albo Junga w życiu nie czytał (gdyby bowiem czytał, wiedziałby, że Jung żadnego systemu nigdy nie chciał tworzyć i nigdy nie aspirował do „twardej“ naukowości, sądził bowiem – trafnie, moim zdaniem – że psychika to rzeczywistość znacznie bardziej złożona i nieuchwytna, aniżeli materia, którą badają nauki przyrodnicze); albo też Junga przeczytał, ale nie był w stanie zrozumieć tych, obecnych niemal w każdej książce CGJ, treści; albo też przeczytał, zrozumiał i próbuje ze swoich czytelników robić idiotów.

Jung określał siebie mianem fenomenologa, a nie pozytywisty (z całą pewnością w trakcie swoich studiów Mirosław Miniszewski prędzej czy później spotka się z takimi terminami), a swoją postawę określał jako fenomenologiczną i empiryczną. Znaczy to tyle, że starał się rejestrować pewne zjawiska (psychiczne – interesowała go bowiem psychika), które dadzą się powszechnie zaobserwować. Powstrzymywał się przy tym od budowania ontologii, formułowania niepodważalnych hipotez oraz tworzenia jednej spójnej teorii wyjaśniającej wszystko (co czynił np. Zygmunt Freud).

Spróbuję przybliżyć stanowisko Junga na jakimś przykładzie. Weźmy znajomość Miniszewskiego z „duchem“ Tarota (pamiętam taki tekst publikowany w Tarace – nomen omen zniknął on jakiś czas temu z archiwum). Możemy tę znajomość rozpatrywać na co najmniej trzy sposoby.

Pozytywistyczny: będziemy wówczas domagać się od Miniszewskiego, ażeby nam tego „ducha“ przedstawił; wskazał dostępne dla nas drogi porozumiewania się z owym „duchem“: takie, że jeśli je zastosujemy, wówczas niechybnie i za każdym razem nawiążemy z nim kontakt; wykazał, że „duch“ istnieje jako obiektywny byt niezależny od czegokolwiek innego i że nie ma żadnej innej metody wyjaśnienia tego, co się dzieje, kiedy Miniszewski z „duchem“ się kontaktuje, niż tylko uznanie, że ten „duch“ naprawdę mieszka w kartach Tarota.

Ezoteryczno-irracjonalistyczny (któremu Miniszewski wcześniej hołdował, jeszcze nawet w dyskusji o tekście Piotra Lesińskiego, a’propos Kościoła katolickiego, kiedy to twierdził, że sam fakt iż „czuje“, że w Kościele „pieczętuje się ludziom dusze“ wystarczy mu do uznania, że to prawda): zakładamy, że skoro Miniszewski ma takie doświadczenie, że się z „duchem“ Tarota spotyka, to znaczy, że „duch“ Tarota istnieje. I koniec dyskusji.

Oraz fenomenologiczny (który przyjmował C.G. Jung, i któremu nadawał nieco inny sens niż Husserl): jeśli Miniszewski kumpluje się z „duchem“ Tarota, znaczy to tyle i tylko tyle, że ma on doświadczenie kumplowania się z takim „duchem“. Ów kontakt – bez względu na ontologiczny status ducha, którym się tutaj nie zajmujemy – jest faktem psychicznym, rozgrywającym się w psychice Miniszewskiego, który swoją znajomość przeżywa jako realną. Powtórzę, Jung nie rozstrzyga czy „duch“ naprawdę istnieje niezależnie od Miniszewskiego, Jung nie domaga się, żeby zaprzęgać laboratoryjne instrumentarium i – niczym bohaterowie filmu „Ghost busters“ – złapać „ducha“, a następnie przebadać go pod mikroskopem. W ogóle go to nie interesuje – interesuje go bowiem psyche, rzeczywistość psychiczna, w obrębie której pojawiają się rozmaite obrazy, postacie senne, siły, przemożne emocje, afekty itd. To jest właściwy teren zainteresowania Junga. Dlatego właśnie nie pasuje on ani ezoterykom, próbującym czasem na siłę zrobić z niego zakamuflowanego gnostyka (co od lat czyni np. Jerzy Prokopiuk, zarzucając przy tym Jungowi nadmierny kantyzm), ani też pozytywistom-scjentystom nie uznającym innej realności poza materią oraz innej metodologii poza eksperymentem (oni z kolei zarzucają Jungowi, że nie spełnia kryteriów wypracowanych do badania materii).

Postawa fenomenologiczna jest inna, niż dwie pozostałe, a kategoria rzeczywistości psychicznej jest „trzecim czynnikiem“ – pomiędzy materią (którą zajmują się nauki pozytywne), a duchem (którym zajmują się ezoterycy, teologowie i szeptuni). Kiedy więc Jung w słynnym wywiadzie dla BBC powiada, że „wie, że istnieje Bóg“ – znaczy to tyle i tylko tyle (a może aż tyle), że Bóg jest niewątpliwie faktem psychicznym i taką jego faktyczność można bez wątpienia stwierdzić. Nie znaczy to jednak, że Bóg jest wyłącznie faktem psychicznym, ani że Bóg jest również faktem psychicznym – znaczy to jedynie, że Bóg jest przynajmniej faktem psychicznym. Nie rozstrzyga się tutaj więc nic o jego obiektywnym, niezależnym istnieniu jako transcendentnego bytu odrębnego od jakiegokolwiek doświadczającego podmiotu. Tym samym unika Jung wkraczania na terytorium metafizyki, a zarazem nie aspiruje do naukowości w pozytywistycznym sensie. Kiedy Mirosław Miniszewski przeczyta Immanuela Kanta (wystarczą nawet „Prolegomena“) zrozumie różnicę pomiędzy tym, co pojawia się w doświadczeniu, a Ding an sich, rzeczą w sobie. Zrozumie też – dość w sumie prostą – różnicę pomiędzy metafizyką a nauką. Będzie to doskonały wstęp do kolejnych lektur, które być może doprowadzą Miniszewskiego do elementarnej orientacji w podstawowych kategoriach filozoficznych (na końcu zamieszczam krótki wykaz polecanych książek), co naprawdę bardzo ułatwi mu (do tej pory ciężki i irytujący) kontakt z – nie da się ukryć – wymagającymi erudycji oraz pewnego intelektualnego wysiłku pismami Carla Gustava Junga. Pojmie Miniszewski wówczas różnicę pomiędzy metafizyką, nauką a psychologią w ujęciu Junga. No, chyba, że również te lektury wywołają u Miniszewskiego „irytację“.

Nabycie wspomnianej elementarnej orientacji uchroni też Miniszewskiego przed konstruowaniem takich np. łamańców: „Świadomość jawi się tutaj jako bycie świadomym samego siebie. Jest więc pewnego rodzaju metaświadomością, ponieważ jest świadoma nie tylko tego, że jest ale też tego, że jest świadoma siebie samej“. Nie wiem, o co chodziło tutaj autorowi, mogę się tylko domyślać, że nie o przeprowadzenie rozumowania w stylu „Masło jawi się tutaj jako bycie maślanym, jest więc pewnego rodzaju metamasłowatością, ponieważ nie tylko jest w ogóle, ale jest przy tym maślanie maślane“ – tak to bowiem właśnie brzmi. Ale abstrahując od brzmienia: gdyby np. Miniszewski sięgnął, dajmy na to, do Leibniza, przekonałby się, że istnieje różnica pomiędzy świadomością a samoświadomością (percepcją i apercepcją w terminologii Leibnizjańskiej), które tak frywolnie w swoim tekście utożsamia i buduje na owym utożsamieniu groteskowe wywody dotyczące pojęcia nieświadomości oraz nieświadomości zbiorowej. Gdzie tam, do Leibniza! Już u Platona i Arystotelesa (a znalazłoby się co nieco i u Heraklita) może Miniszewski odnaleźć stosowne różnice. Nie wspominam przy tym o współczesnej filozofii świadomości czy psychologii poznawczej (spełniającej chyba wszystkie kryteria naukowości postulowane przez Miniszewskiego). A jeśli już przy tym jesteśmy, to warto podkreślić, że właśnie akademicka, naukowa psychologia poznawcza mówi obecnie o nieświadomej warstwie psychiki i badaniem nieświadomej warstwy psychiki z powodzeniem się zajmuje. Na Uniwersytecie Warszawskim specjalizuje się w tym m.in. prof. Maria Jarymowicz.

Zmilczę te wszystkie deliberacje Miniszewskiego mające za zadanie ujawnić absurdalność koncepcji nieświadomości – przedzieranie się przez ten gąszcz dziwnych zdań, wydaje mi się pracą syzyfową. Na przykład: „Jeśli jakiś stan psychiki nie jest mi aktualnie dostępny, to czy mogę go nazwać nieświadomością? Raczej tylko można powiedzieć to, że nie zachodzi on aktualnie w mojej świadomości. Każdy stan psychiczny, który aktualnie nie zachodzi, po prostu nie zachodzi – tyle!“. Uderzająca przenikliwość! Wynika jednak z jednego, drobnego nieporozumienia – a mianowicie utożsamienia psychiki (dawniej: duszy) ze świadomością. Ponieważ jednak Miniszewski nie wie ani czym jest pojęcie „świadomość“ i w jaki sposób rozumieli i definiowali je (różnych do tego celu używając nazw) filozofowie oraz psychologowie od Heraklita począwszy, ani czym jest pojęcie „psychika“ i w jaki sposób rozumieli i definiowali je filozofowie oraz psychologowie od Heraklita począwszy (różnych do tego celu używając nazw) – nie jest też w stanie pojąć idei „nieświadomości“ ani tego, w jaki sposób rozumieli, definiowali i określali ją filozofowie i psychologowie od Heraklita począwszy (różnych do tego celu...).

Gdyby bowiem Miniszewski cokolwiek o tym wszystkim wiedział, nie wygłaszałby twierdzeń w rodzaju: „Jeśli wyprowadzamy nowe pojęcie, takie jak nieświadomość zbiorowa, to musi ono zakładać istnienie czegoś takiego jak zbiorowa świadomość“.

Nieświadomość zbiorowa to, w ujęciu Junga, po prostu taki poziom psychiki, który jest identyczny u każdego indywidualnego przedstawiciela gatunku i który nie jest zarazem tożsamy ze świadomością. Nie chodzi tutaj o nic bardziej skomplikowanego, niż o powiedzenie, że np. wszyscy przedstawiciele gatunku homo sapiens mają pewną określoną, „wspólną“, „zbiorową“ budowę i skład chemiczny ciała. Tak jak w piersi Miniszewskiego bije serce – kawałek materii o konkretnej strukturze i potencjale elektrycznym – tak samo bije w mojej i tak samo bije w każdej innej piersi każdego żyjącego na świecie człowieka. Teza Junga to powiedzenie dokładnie tego samego, tyle że o psychice, a nie o ciele.

Otóż Jung zwrócił uwagę, że psychika to rzeczywistość o szczególnej budowie i dynamice, i że – tutaj opierał się na bogatym materiale empirycznym pochodzącym zarówno z analiz porównawczych mitów, wyobrażeń alchemicznych, baśni, symboliki religijnej, treści halucynacji psychotycznych, snów etc. etc. – istnieje pewien poziom psychiki, jednakowy u wszystkich, wrodzony, gatunkowy. I ten właśnie poziom nazwał roboczo „nieświadomością zbiorową“ lub kolektywną czy gatunkową. Skądinąd, Jung odwoływał się przy tym do budowy ludzkiego mózgu jako prawdopodobnego „nośnika“ psychiki (nie rozstrzygając przy tym, czy mózg to generator czy tylko odbiornik). „Analizy“ Miniszewskiego świadczą dobitnie, że nie ma o tym wszystkim zielonego pojęcia.

Zacytuję jeszcze tylko jeden fragment: „Jung pogmatwał sprawę wprowadzając pojęcie nieświadomości zbiorowej, będącej jakoby rezerwuarem formalnych treści zwanych archetypami. Archetypy te mają być wspólne dla całej ludzkości i mają wyłaniać się znienacka w indywidualnej świadomości jednostki“. Nie wiem, skąd Miniszewski zaczerpnął swoje przekonanie o „wyłanianiu się znienacka“ archetypów. Już samo to zdanie po raz kolejny zaświadcza o braku jakiejkolwiek znajomości pism Junga i nieodpowiedzialnym używaniu języka.

Archetypy są strukturami nieświadomości zbiorowej w tym samym sensie, w jakim ustrukturowane jest ciało: ma ono konkretną formę, działa w określony sposób. Wracając do Kanta – można powiedzieć, że archetypy to „idee transcendentalne“, które określają funkcjonowanie psychiki i – w sensie logicznym – poprzedzają każde nasze psychiczne doświadczenie, będąc niejako jego „matrycą“. Archetypy „determinują“ doświadczenia psychiczne dokładnie w taki sposób, w jaki budowa oka determinuje nasz sposób widzenia i w jaki budowa ucha determinuje nasz sposób słyszenia. Jung mówił również o archetypach jako o „psychicznych odpowiednikach instynktów“. Podobnie jak ciało rządzi się swoistymi prawami, podobnie jak ciało posiada swoistą strukturę – posiada ją również psychika. Archetypy Jungowskie nie mają nic wspólnego z tym, co wypisuje o nich Miniszewski.

Psychologia Junga, jak również rozmaite, inspirowane Jungiem koncepcje, które powstały już po jego śmierci (jak np. psychologia archetypowa Jamesa Hillmana) nie są i nigdy nie miały być ani pozytywistycznie pojmowaną, materialistycznie zorientowaną nauką, ani tym bardziej ezoteryką, drogą do zbawienia, kolejnym prądem New Age itp. itd. Ani Jungowi, ani jego uczniom nigdy nie zależało na budowaniu systemu pewnej wiedzy, chodziło i chodzi im raczej o obserwowanie i zgłębianie psychiki – tego obszaru ludzkiego doświadczenia, którego nie da się sprowadzić do procesów materialnych (neurologii), którego bogatej i tajemniczej natury nie sposób często ująć i zrozumieć w ramach eksperymentu statystycznego (psychika bowiem ma to do siebie, że wiele „psychicznych zdarzeń“ jest niepowtarzalnych: stąd wprowadzona przez Junga – we współpracy z Wolfgangiem Paulim, laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki – kategoria synchroniczności), i który nie jest zarazem tożsamy z tym, co zwykło się określać mianem „ducha“, jakkolwiek również duchowość jest jednym z fenomenów posiadających wymiar psychiczny. W tej materii dzieło Junga jest nie do przecenienia – odznacza się niezwykłym bogactwem, przenikliwością i erudycją. Jung był twórcą wielu koncepcji, które na stałe weszły do psychologicznego elementarza. Weźmy choćby pojęcia „ekstrawersji i introwersji“, „persony“ czy „kompleksu“. Zainicjował wiele przemian w psychoterapii i psychiatrii, współpracowało z nim i zainspirowało się jego myślą wielu wybitnych uczonych tamtych i późniejszych czasów – wspomniany Wolfgang Pauli, Mircea Eliade, Richard Wilhelm (słynny tłumacz I-Cing), Heinrich Zimmer, Joseph Campbell czy James Hillman. Można się z nim nie zgadzać, jak najbardziej. Natomiast tryskanie aroganckim i ignoranckim jadem, tak jak to czyni Miniszewski, wydaje mi się po prostu śmieszne. I żałosne.

Zarzuty o niefalsyfikowalność pasują może do psychoanalizy Freudowskiej (jeśli upierać się przy jej „naukowym“ charakterze), natomiast w odniesieniu do Junga są całkowicie nie na miejscu. Falsyfikowalna ma być teoria naukowa (w pozytywistycznym sensie) – Jung takiej teorii nigdy nie stworzył. Twierdził wręcz, że najprawdopodobniej w dziedzinie psychologii po prostu nie da się jej stworzyć. Nawiasem mówiąc (czego Miniszewski zapewne – jak zwykle – nie wie), falsyfikacjonizm jest w naukach empirycznych już dawno passe. Żaden praktykujący naukowiec nie posługuje się kryterium Popperowskim – w zupełności wystarcza mu weryfikacja.

Nie zadawałbym sobie trudu komentowania tych bzdur i semantycznych łamańców, którymi nafaszerował swoje teksty Miniszewski, gdyby nie fakt, że pośród czytelników Taraki jest zapewne wiele osób nie znających bezpośrednio psychologii Jungowskiej. Piszę ten tekst po to, żeby zapewnić ich, iż artykuły „Dlaczego nie jestem jungistą?“ oraz „Żegnaj Jungu“ to przykład nierzetelnej, amatorskiej i żenującej krytyki najgorszego sortu. Że ich autor nie wie nawet o czym i o kim pisze. Że nie tylko porywa się z motyką na Słońce (to znaczy z wątłym warsztatem filozoficznym i logicznym przystępuje do krytyki skomplikowanych koncepcji, których nie jest w stanie nawet dobrze pojąć – do czego się skądinąd ochoczo przyznaje), ale na dodatek wprowadza w błąd tych, którzy potencjalnie mogą mu uwierzyć (jeśli uda im się zrozumieć o co mu chodzi – napisał bowiem swoje teksty tak, jakby za wszelką cenę starał się zaszyfrować każdą klarowną myśl przy pomocy ekstrawaganckiej składni i epatowania egzotycznie brzmiącą terminologią). Pół biedy, że kompromituje sam siebie. To jego sprawa. Jednak jeśli po raz kolejny zechce napisać coś o Jungu – chociaż mam szczerą nadzieję, że „pożegnanie“ było definitywne – niech się najpierw należycie wyedukuje. Życzę powodzenia.

Tomasz Stawiszyński
tomstawi@wp.pl

Autor jest doktorantem w Instytucie Filozofii UW. Zajmuje się filozoficzną recepcją psychologii głębi, przede wszystkim koncepcjami Carla Gustava Junga i Jamesa Hillmana.



PS. Polecana lista lektur:



Tomasz Stawiszyński

Komentarzy nie ma.