Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2006-09-13

Tomasz Stawiszyński

Jung nie był wielbłądem
W odpowiedzi Mirosławowi Miniszewskiemu

1.

W „Kolejnym głosie...“ Mirosław Miniszewski – oprócz rozjaśnienia kwestii swojej światopoglądowej konwersji – dokonuje ponownie tych samych uproszczeń i nieuprawnionych utożsamień, co jest o tyle dziwne, że ostatecznie sam się otwarcie przyznaje, iż przeczytał w całości tylko cztery książki Junga i na Jungu „za dobrze się nie zna“.

Gdybym ja przeczytał tylko cztery książki autora „Iks“, autor ten zaś opublikowałby książek grubo ponad dwadzieścia (tyle mamy tomów „Dzieł zebranych“ Junga, ale niektóre tomy składają się np. z dwóch, albo trzech oddzielnie wcześniej drukowanych prac) i gdyby powszechnie dostępnych było wiele syntetycznych oraz rzetelnych opracowań dotyczących owego autora, których również nigdy nie miałbym w ręku – otóż w takiej sytuacji z pewnością nie poważyłbym się na publiczne ogłaszanie tekstów noszących tytuły „Dlaczego nie jestem Iksistą“, albo tym bardziej „Żegnaj Iksie“. Wydawałoby mi się to przedsięwzięciem karkołomnym, przypominającym obalanie teorii względności na bazie informacji zdobytych w trakcie niezbyt pilnej lektury podręcznika do fizyki dla pierwszej klasy gimnazjum. Jako człowiek pozostający w aktywnym kontakcie z filozofią Mirosław Miniszewski zdaje sobie doskonale sprawę, że zanim się coś skrytykuje, trzeba uprzednio posiadać wiedzę na temat przedmiotu krytyki – inaczej bowiem mamy do czynienia z, delikatnie rzecz ujmując, fantomatycznym sporem rozgrywającym się li tylko w sferze indywidualnych wyobrażeń walczącego. Jednak zamiast udać się do biblioteki Miniszewski znowu obcuje z wiatrakami i chociaż bez wątpienia nawiązuje tym samym do skarbnicy najwybitniejszych wzorców europejskiej literatury (myślę, rzecz jasna, o chudym szlachcicu z La Manchy), to niestety mam poważne wątpliwości czy akurat na terenie psychologii i filozofii tego rodzaju postawa niesie ze sobą tzw. wydajność epistemologiczną.

Uporczywie, jak widzę, próbuje Mirosław Miniszewski wciąż podkreślać to, co wszyscy – którzy Junga i o Jungu czytali wnikliwie oraz dużo – doskonale wiedzą, a co ja w obu swoich dotychczasowych głosach bez wahania potwierdziłem: „Jungizm nauką nie jest“. Abstrahując już od samego pojęcia „jungizm“, o którym nie bardzo wiadomo, co ma w ogóle oznaczać – bo jeśli znaczy „wszystko, co o psychologii Junga myślą ci, którzy Junga nie znają, albo nie rozumieją, a co sobie o nim tylko domniemują na podstawie różnych mglistych przypuszczeń i doświadczeń“, to proponuję w ogóle zrezygnować z posługiwania się nim przy okazji poważnych dyskusji – mogę tylko odesłać do mojego pierwszego tekstu „Jung, którego nie było“ (w jego warstwie merytorycznej, a nie retorycznej). Przedstawiłem tam w miarę, jak sądzę, dokładne (choć skrótowe) wyjaśnienie różnicy pomiędzy metodologią Junga a metodologią nauk pozytywnych. Wskazałem również dlaczego „traktowanie Popperem“ jest wobec Junga kompletnie nieadekwatne – Jung nigdy, powtórzę już dla świętego spokoju, nie zamierzał budować spójnego systemu wiedzy o świecie, uważał bowiem, że psychika wymyka się twardym pozytywistycznym kryteriom. Jung był empirykiem i fenomenologiem, a to naprawdę nie oznacza, że jego ambicje sięgały ambicji Freudowskiej psychoanalizy. Bynajmniej. Nie chce mi się repetować po raz kolejny tego, co już napisałem (również o nieprzydatności i nieaktualności Popperowskiego kryterium dla współczesnej nauki oraz absurdalności twierdzeń, jakoby Jung rozmywał kategorie moralne i „odrealniał“ zło) – z lenistwa kieruję więc do własnego artykułu i, tradycyjnie, do lektury samego Junga, bądź opracowań. Taka lektura, wciąż uporczywie podtrzymuję ów apel, byłaby tutaj jednak nie od rzeczy.

Tym samym, proszę wybaczyć, konstatacja Mirosława Miniszewskiego: „Ale do holistycznego tłumaczenia świata to [tzn. psychologia Jungowska – TS] się nie nadaje“, nie pobrzmiewa w moich uszach jak wielkie odkrycie, nie reweluje wszystkich moich poglądów na temat Junga, ani nawet nie wprawia mnie w poczucie, że się oto przede mną otwiera jakaś dotychczas całkiem mi niedostępna perspektywa, dzięki której będę teraz patrzył na spuściznę CGJ nowym zupełnie, świeższym od poprzedniego, okiem.

Nic z tych rzeczy, absolutnie. Przyklasnę Miniszewskiemu z ochotą i zdradzę przy okazji jeszcze kilka podobnych sekretów. Mianowicie, a wiem to z pewnych źródeł, Jung nie był wielbłądem, mimo tego, co na ten temat twierdzą niektórzy Jungiści i psychoanalitycy zorientowani Freudowsko (znam takich!). Rzecz jasna, nie mogę tego stuprocentowo udowodnić, jakkolwiek teza o antropomorfizmie Junga zdaje mi się tezą przynajmniej podatną na falsyfikację, to znaczy: możemy sobie wyobrazić takie okoliczności, w których byłaby ona fałszywa oraz takie okoliczności, w których byłaby ona prawdziwa, a zatem wygłaszam ją bez obawy, iż sformułuję w ten sposób zdanie poznawczo nieważne. Otóż – słowo daję, bez jaj, przysięgam z ręką na sercu – widziałem zdjęcia Junga, na których zdecydowanie nie przypominał on ani Camelus bactrianus, ani też Camelus dromedarius. Spełniał za to, na pierwszy rzut oka, warunki konieczne do zaliczenia go w poczet przedstawicieli gatunku Homo sapiens.

Oczywiście, mógł ukryć garby pod przepastnymi połami surduta, kopyta udekorować masywnym obuwiem oraz imitującymi kształt ludzkich dłoni rękawiczkami, chrapy zaś zakamuflować wąsami i pudrem – tego wykluczyć nie wolno. Mimo to jednak buńczucznie podtrzymuję swoją diagnozę (choć nie dość naukową, nie dość popartą dowodami – mam bowiem raczej mikrą orientację w zoologii)! Domyślam się, że niektórych ona wprost zaszokuje, ale hołduję zasadzie powiadającej, że nawet najbardziej straszna prawda jest lepsza od najcudowniejszego kłamstwa.

Podobnie – to znaczy odwołując się do świadectwa zmysłów (wprawdzie, jak wiemy m.in. od Kartezjusza, z którym Mirosław Miniszewski sympatyzuje, bywa ono czasami omylne) – argumentowałbym też inne odkrywcze i burzące utarte stereotypy twierdzenie: Jung nie był kobietą. Dodałbym jeszcze, narażając się z pewnością na zarzuty o niespełnianie rozlicznych kryteriów i wymogów, że – oprócz obcowania z fotografiami, na których, co powiedzieliśmy wyżej, Jung mógł swoje krągłości (jak również atrybuty jawnie wielbłądzie) zmistyfikować ubiorem i odpowiednio nałożoną charakteryzacją – za w miarę walentne (choć nie stuprocentowo) źródło poświadczające męskość Junga uznaję pisemne relacje jego żony, kochanek oraz wnuków, prawnuków i praprawnuków. Zdaję sobie jednak zarazem sprawę, że to wszystko daleko nie wystarczy na dobre uzasadnienie, choć – przyznacie Państwo – daje przynajmniej jakąś delikatną przewagę po stronie prawdopodobieństwa.

Jeśli natomiast chodzi o dwa pozostałe twierdzenia, które w połączeniu z powyższymi dwoma tworzą pospołu tytuł niniejszego tekstu – przyznaję bez bicia, w żaden niewątpliwy sposób nie jestem w stanie ich przekonująco udowodnić. Proszę więc te czynione na wyrost zapewnienia, że to nie Carl Gustav Jung zabił Laurę Palmer (mam nadzieję, że Czytelnicy znają „Miasteczko Twin Peaks“) i że to nie Carl Gustav Jung zorganizował zabójstwo Johna F. Kennedy'ego – uznać za dowód mojej arogancji i bezczelności. Nic tu bowiem nie wytoczę na poparcie oprócz naiwnego przekonania, że wspomniane wydarzenia miały miejsce już po śmierci Junga, który, jak się powszechnie uważa, wyzionął ducha w roku 1961.

2.

Po tych wszystkich odkryciach, wróćmy do meritum. Pisze Mirosław Miniszewski, że psychoterapeutki, z którymi miał kontakt, popierały swoją niekompetencję ohydnym jungizmem, będącym niebezpieczną metodą wywlekania na wierzch tego, czego z człowieka wywlekać nie wolno. Powiada też: Może i nie znam Junga za dobrze, ale na własnej skórze odczułem jak działa on pośrednio poprzez swoich zwolenników.

Mogę tylko współczuć, wiele słyszałem o tego rodzaju nadużyciach popełnianych przez „terapeutów“ z najróżniejszych szkół i szkółek. Natomiast nie widzę najmniejszego nawet logicznego (i żadnego innego) związku pomiędzy tym, że ktoś „powołując się“ na Junga, zarazem jest niekompetentny i „wywleka na wierzch to, czego wywlekać się nie powinno“ – a wartością oraz właściwą treścią pism samego Junga. Skoro Miniszewski, jak sam przyznaje i jak już wcześniej ustaliliśmy bez żadnych wątpliwości, Junga za dobrze nie zna – skąd zatem bierze przekonanie, że działalność owych pań ma swoje źródło właśnie w Jungu? Przecież nie wie, jak jest u Junga, nie zna więc tego źródła, z którego rzekomo one czerpią. Jeżeli te „trzy psychoterapeutki“ oraz eks-dziewczyna Mirosława Miniszewskiego wykazywały daleko posuniętą ignorancję w dziedzinie wykonywanego przez siebie zawodu, to być może równą ignorancję wykazywały również na innych polach? W tym także na polu edukacji. A niewykluczone przy tym, że swoją wiedzę o Jungu pobierały z materiałów – bez obrazy – równie dla psychologii Junga reprezentatywnych, jak dwa artykuły Miniszewskiego pomieszczone w Tarace.

Poza tym, co to w ogóle jest za argumentacja? Co taka argumentacja ma wspólnego z racjonalnością, o której tyle Mirosław Miniszewski pisze w swoich ostatnich publikacjach? Stosując te kryteria mógłbym na przykład wygłaszać rozmaite (z pewnością negatywne) opinie na temat – zachowując proporcję – Jezusa Chrystusa oraz treści i jakości jego nauk, biorąc za główną podporę tych opinii mój, dajmy na to, pośredni bądź bezpośredni kontakt z Bogdanem Kacmajorem (szefem nieistniejącej już sekty Niebo), który wszak określał siebie mianem chrześcijanina, a na Jezusa Chrystusa ochoczo się „powoływał“.

Czy swoje poglądy odnośnie buddyzmu mam kształtować posiłkując się np. niedawnym prasowym doniesieniem o morderstwie popełnionym przez pewnego polskiego buddystę, który po dokonaniu krwawej zbrodni spokojnie zasiadł do medytacji nad pustką wszystkich zjawisk?

Czy filozofię Kanta powinienem uznać za deprawującą, jeśli znany mi ze słyszenia Kantysta regularnie bije swoją żonę?

Czy pretekstem do negatywnej moralnej kwalifikacji wegetarianizmu ma być dla mnie fakt, że wielkim zwolennikiem wegetariańskiej diety był Adolf Hitler (który również, przypominam, nie palił papierosów i zakazywał palenia w miejscach publicznych)?

Przecież to kompletnie niepoważne. Myślę, że Mirosław Miniszewski – jako filozof in spe – zgodzi się tutaj ze mną i dalsza dyskusja w tej kwestii nie będzie już konieczna.

3.

Fantomatycznego Junga zastąpili w tekstach Mirosława Miniszewskiego i Jacka Dobrowolskiego równie fantomatyczni „Jungiści“. Jakieś dziwne zbiorowe ciało o nieustalonej bliżej anatomii, sprawiające wszelako wrażenie ciała odrażającego i potencjalnie groźnego dla otoczenia. Żeby w obszar owego ciała zostać przez wymienionych autorów automatycznie wpisanym, starczy wypowiedzieć słowo „Jung“ w dowolnym, byle nie krytycznym, kontekście. Problem polega jednak na tym, że „Jungiści“ to znowu jakieś mgliste pojęcie-worek, a w nim swobodnie sąsiadują zarówno profesjonalnie zajmujący się Jungiem filozofowie czy psycholodzy, jak i rozmaici dziwacy, hochsztaplerzy oraz półinteligenci, którzy podpierają swoją niekompetencję używając do tego celu jego autorytetu.

Warto zaznaczyć, że w Polsce, póki co, nie mamy jeszcze w ogóle psychoterapeutów posiadających licencję Międzynarodowego Stowarzyszenia Psychologii Analitycznej (International Association for Analytical Psychology: www.iaap.org) – w ścisłym więc sensie tego słowa nie ma tutaj żadnych „Jungistów“. Jedynym na dobrą sprawę środowiskiem, które poważnie zajmuje się popularyzowaniem psychologii Junga w naszym kraju, jest wydawnictwo ENETEIA (www.eneteia.pl) i pismo Albo-albo – na czele z dr. Zenonem Waldemarem Dudkiem, psychiatrą i praktykującym psychoterapeutą, autorem wielu książek poświęconych Jungowi. Wokół pisma i wydawnictwa skupiona jest duża grupa profesorów i pracowników naukowych najlepszych polskich uczelni, ukazują się książki, rokrocznie odbywają się naukowe sesje. Nie ma to nic wspólnego z żadną fanatyczną „wiarą w Junga“, albo hołdowaniem zasadzie, że „Tylko Jung miał ten szwung“. Każdy kto sięgnie np. do książek Dudka przekona się, że prezentuje on bardzo szeroką perspektywę i naprawdę daleko mu do jakiejkolwiek ortodoksji. Również wspomniane sesje nie odbywają się atmosferze sakralnej. Prezentowane są rozmaite stanowiska, dochodzi do sporów: jest różnorodnie, a nie monolitycznie. (Dodam tutaj – co nie ma być w żadnym razie jakąś rękojmią skuteczności metod Junga – że ja z kolei znam osobiście kilka osób, którym Dudek albo wręcz uratował życie, albo pomógł wyjść z naprawdę ciężkich stanów).

Używajmy więc słów w sposób odpowiedzialny. Bardzo łatwo skonstruować sobie wirtualne byty, a następnie przypuszczać na nie atak, ogłaszając potem bezapelacyjny tryumf swoich (przyjętych a'priori) założeń. Jeśli Mirosław Miniszewski i Jacek Dobrowolski chcą powiedzieć, że chodzi po świecie jakiś tam procent oszołomów uważających siebie za „Jungistów“, których wydolność intelektualna jest bliska zeru, i których działania przynoszą opłakane skutki – zgadzam się w stu procentach. Tylko co z tego? Przecież to banał: oszołomów znajdziemy wszędzie. Na swoich sztandarach wymalowują rozmaite nazwiska, od Sokratesa, Platona i Buddy po Freuda, Junga i Elvisa Presley'a. Naprawdę, to żadna nowość, że głupoty, nieodpowiedzialności, braku kompetencji, fanatyzmu itd. jest w świecie pod dostatkiem. (Zupełnie – per analogiam – jak w skeczu Monty Pythona, kiedy do punktu krwiodawstwa przychodzi dziwny facet i proponuje, że zamiast krwi odda mocz. Lekarz – którego genialnie gra John Cleese, faceta zaś równie genialnie odtwarza Eric Idle – odpowiada na to: „Nie, dziękujemy. Nikt nie potrzebuje moczu. Jest go wystarczająco dużo bez honorowych dawców“).

4.

Mam nadzieję, że ta wymiana – jeśli jeszcze potrwa – przeniesie się wreszcie na poziom faktów, a nie jakichś rozmytych tworów, jakichś niewyraźnych wyobrażeń i wrażeń, jakichś fikcyjnych figur nie mających nic wspólnego z tzw. realem. Przedstawiłem w swoich dwóch poprzednich tekstach konkretne tezy i konkretne cytaty. Może więc wreszcie – zamiast o fantomach i metafizyce (skąd stuprocentowe przekonanie Jacka Dobrowolskiego, że „świadomość 'transcendentna'“, czyli „niepodzielne, nieśmiertelne, bezgraniczne istnienie, poza czasem, choć nieodrębne od tego co namacalne“, sama nie jest tylko kolejnym z „wymysłów człowieka“?) – podyskutujmy w końcu o prawdziwym Jungu. Jeśli tylko jest jeszcze taka potrzeba. Bo przecież Czytelnicy Taraki zamiast zagłębiać się w te wszystkie dywagacje, mogliby w tym czasie zajrzeć do „Archetypów i symboli“, „Rebisu“, „Wspomnień, snów, myśli“, albo też „Podstaw psychologii Junga“...

Tomasz Stawiszyński
tomstawi@wp.pl



Tomasz Stawiszyński

Komentarzy nie ma.