Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2012-01-10

Wojciech Jóźwiak

Imię
O stałości i zmienianiu imion i nazwisk


Nes Havason (który pod takim imieniem-nazwiskiem do tej pory występował w Tarace) zmienił nazwisko na Kruk. Pomijam na razie to, że (a) i Nes, i Havason to pseudonimy; (b) Nasz Autor pisze się „tarakowo-oficjalnie” Nes W. Kruk, przy czym (c) „W.” to pierwsza litera jego urzędowego imienia, którego nie zmienił.

Jego zmianę przyjąłem z ambiwalencją. Pogratulowałem Nesowi, że ma tożsamość, którą sobie zaprojektował, wybrał i zapewne dobrze się w niej czuje, jak w uszytym na miarę ubraniu. I wyraziłem niepokój, czy Czytelnicy nie przyjmą tego jako wprowadzania ich w pomieszanie połączonego z brakiem dla nich (czytelników) szacunku. Moje wątpliwości są dobrym wstępem do problemów z imionami, ich nadawaniem i zmienianiem. Imionami sensu lato, wliczając nazwiska, niki-pseudonimy i wszelkie osobiste identyfikatory.

Gratulacje. Jest w nas słuszna tęsknota, żeby mieć swoje imię (sensu lato) na własność. Unikalne, tylko dla siebie. Tak po prostu powinno być! I w starych dobrych czasach (kiedy one były?) tak zapewne było. Ale imię z konieczności jest nacechowane. Jest nacechowane właśnie dlatego, że jest imieniem i odnosi się do tej-oto-jedynej osoby. A w jakimś sensie jest tej osoby nie dość że własnością, ale wręcz częścią. Od takiego nacechowania następny krok do tabu. Tabu zaś działa tak, że z imieniem nie wolno robić czegokolwiek. Musi być ujęte w reguły. W jednych narodach lub kulturach tabu działało tak, że imion było mnóstwo i mogły być tworzone nowe, przez co ich zasób był otwarty. Otwarty na uzupełnianie i twórczość, na tworzenie nowych. Ale podlegał regułom: imię nie mogło być dowolne, przeciwnie, miało charakterystyczne cechy czyniące je dobrym imieniem. W drugich narodach lub kulturach przyjmowano opcję przeciwną: imion było bardzo mało, tak jakby bano się nazwać kogoś (nowe dziecko) imieniem spoza tego żelaznego zestawu.

Otwarty zasób imion, ale podlegający wyraźnym regułom mieli starożytni Grecy i Indusi, dawni Germanie i Słowianie. Przykładem reguły słowiańskiej są imiona Wojciech, Zbygniew, Jarosław, Tomisław, które wyrażały magiczne życzenia: uciesz nas wojowaniem, miej na zbyt (czyli mnóstwo) gniewu (wojennego zapału, furoru), bądź sławny swoją siłą-animuszem (jar), bądź sławny swoim poświęceniem, lub jak się domyślamy, „męką”, wysiłkiem w słusznej sprawie – bo tak trzeba rozumieć rdzeń tomi- w imieniu króla założyciela Chorwacji. Mieli też Słowianie częste imiona jak Radom, Milan, Żydom: ten, który nas uradował, którego umiłowaliśmy, którego wyczekiwaliśmy. (Żydom od żdać, żydać: staropol. czekać, wyczekiwać. Imię to przetrwało w nazwie wsi Żydomice koło mnie koło Rawy.)

Prócz tego Słowianie (a zapewne też Grecy, Germanie, Indusi etc.) mieli imiona zdrobniałe i skrócone, przykład: Włoch od Włodzisława, skąd dzielnica Warszawy Włochy; Sulej od Sulisława lub Sulistryja ('przysparzający stryjowi'), skąd Sulejów. Oraz imiona przezwiskowe, urabiane wciąż od nowa od zwierząt, roślin, przedmiotów, cech, które w końcu stawały się nazwiskami, jak Wilk, Kruk, Zając, Jagoda, Kostrzewa, Kapusta, Słoma, Kosiorek ('pogrzebacz'), Sady ('siwy, jasnowłosy, blondyn'). Do nich wtórnie doczepiano niby-szlacheckie końcówki -ski/cki, z czego robili się Wilczyńscy, Kostrzewscy, Kapuścińscy, Słomscy i Sadowscy. Grube książki o tym pisać.

Oraz jakoś musieli nazywać kobiety. Dziwi, jak uboga jest lista zachowanych słowiańskich imion kobiet, może 1/100 znanych męskich. Może ich nie nazywali? Rzymianie numerowali.

Skrajnie zamknięty i ubogi zasób imion mieli właśnie Rzymianie w swoim okresie klasycznym, zanim nie rozproszyli się wśród licznych ludów i tradycji swojego imperium. Męskich imion mieli chyba mniej niż 20. Marcus, Caius/Gaius, Gnaeus, Lucius , Publius , Tiberius, Titus, do tego numery używane jako imiona: Quintus , Sextus. Córki jak wspomniałem głównie numerowali, skąd takie nasze imiona jak Oktawia ('ósma').

Żeby się odróżniać, Rzymianie dodawali nazwę rodu – w ten sposób wynaleźli nazwisko, obyczaj który stopniowo przejęła cała Europa, a współcześnie chyba już cały świat. Ale tego też było za mało, żeby wskazać indywiduum, bo Marków Porcjuszów były tysiące. Dlatego do imienia dodawano przydomek, cognomen. Kato (Katon), ten który jak nakręcony nawoływał do zniszczenia Kartaginy, nazywał się w całości Marcus Porcius Cato. Cato znaczyło „Bystrzak” - i przeważnie właśnie taki charakter miały kognomina. Marcus Junius Brutus, wpierw przyjaciel, w końcu morderca Cezara, miał kognomen znaczący „głupek”. Przydomek samego Cezara (Gaius Julius Caesar), znaczył „długowłosy”, wbrew łysinie widocznej na rzeźbach-portretach. Itd., znów długo by pisać.

Jako trzecią starożytną tradycję warto wymienić semicką. Dlatego, że silnie wpłynęła na nasz współczesny polski zasób i obyczaj imion: imiona semickiego, przeważnie hebrajskiego pochodzenia – ale nie tylko, Tomasz, Bartłomiej są aramejskie - u nas przeważają, oczywiście za chrześcijańskim wehikułem. Tradycja ta była równie tabuistyczna i obwarowana regułami, co słowiańska (typowa u Indoeuropejczyków) i rzymska (wyjątkowa na tle tychże), jednak były to inne i równie ciekawe reguły. Imiona semickie były pobożnymi zawołaniami do bogów. - Tu uwaga, w uderzającym przeciwieństwie do Słowian, którzy starannie i bezwyjątkowo unikali mieszania imion boskich z ludzkimi. Przez to ani jedno imię ich boga nie przechowało się w imionach ludzi. (Trochę szkoda.) Takiego tabu nie mieli nasi sąsiedzi i w dużym stopniu współ-myślnicy Germanie, którzy od bogów nazywali się dość chętnie, czego śladem do dziś są np. Igor-Ingvarr od skandynawskiego boga Inga, Thorwald od Thora. Jeśli Perun był, co prawdopodobne, kijowskim odpowiednikiem lub wręcz lokalnym imieniem Thora, to jednak żaden Słowianin nie nazwał syna „Perunowołodem” czy podobnie.

Wracając do Semitów, mieli imiona, których dobrym przykładem jest Hannibal : hanni-baal : „łaska Baala” lub „bądź łaskaw Baalu”. Odkąd poczynając od rządów króla Chilkiasza, 621 p.n.e. starożytni Żydzi zrobili wielką czystkę wśród swoich bóstw pozostawiając jednego Jahweh, także ich imiona zaczęły się obracać niemal wyłącznie koło jego imienia; stąd Jan : Jo-hanan : Jahweh'a łaska, Józef : Yihoh Lhosif : Jahweh przysparzaj, Jezus : Jozue : Joszua : Yeho-shua : Jahweh zbawiaj. Boga wzywano także ogólnosemickim słowem el/al (skąd m.i. po arabsku Allah, czytaj 'alla' - broń Boże nie jak uparli się pisać ignoranci „Allach”), od czego na przykład Elżbieta : Elisheva : Bóg mi przysięgą, Rafał : Rafa-el : Bóg uzdrawia; Michał : Mikha-el : kto jest jak Bóg? I tak dalej, długo by pisać. Próbami naśladowania semityzmów, ale i kalkami imion chrześcijańskich hebrajskich i greckich były nasze imiona jak Bogusław, Bożydar, Bodzepor (zdrobniale Bodzęta).

Wspomnę okazyjnie zwyczaj chorwacki, serbski i bułgarski tłumaczenia imion ogólnochrześcijańskich na języki rodzime, od czego Ognian lub Goran zamiast Ignacego (przez naiwną etymologię Ignatius od ignis), Boban zamiast Fabiana.

Wracając. Widać więc, że norma była i jest taka, że istnieje i jest w użyciu pewien stabuizowany (mniej lub bardziej) i przez to ograniczony lub (mniej lub bardziej) sztywny zasób imion. Nawet jednak tam, gdzie (jak u Słowian) reguły pozwalały na obszerną liczebnie twórczość imionową, istniały względy, które zbiór imion faktycznie używanych ograniczały.

Takim względem była pamiątkowość imion. Łatwiej było nadać dziecku imię na pamiątkę po przodku niż wymyślać nowe. Przez to imiona, chociaż pozornie rządzące się ogólną reguła imionotwórczą, krążyły w stałym zestawie w obrębie rodu, rodziny czy okolicy. Znane, jak u Piastów powtarzano imiona Mieszko (lub Mieszka?), Bolesław, Kazimierz (właściwie Kazimir), Leszek, Władysław. Zbygniew przechowało się w - i dzięki rodowi Oleśnickich. Jarosław, Swiatosław i Władimir (po polsku byliby Świętosław i Włodzimir) u kijowskich Rurykowiczów. Po chrystianizacji zwyczaj imion po przodkach przeszedł w zwyczaj imion po świętych kościelnych i w ten sposób Polska i inne kraje słowiańskie została zalana chrześcijańskimi imionami hebrajskimi, greckimi, łacińskimi i germańskimi. Co m.i. poskutkowało zerwaniem związku między imieniem a jakimkolwiek znaczeniem. Imiona stały się czystą konwencją, bez związku z resztą słownika. Dzisiejsza – i od dawna, od setek lat – norma jest taka, że imię jest znaczeniową zagadką, której rozwiązanie znane przeważnie tylko specjalistom, a czasem nieznane całkiem, przykładem imię Eleonora, którego etymologii nie znaleziono.

Sobór Trydencki, zakończony 1563, nakazał nadawanie imion tylko katolickich świętych, a ponieważ Słowianie swoich świętych dorobili się tylu, że na palcach ręki policzyć, to dekret soboru skazywał słowiańskie imiona na zapomnienie. Co prawie tak się stało: w Polsce z tysięcy dawniej używanych, zostało w żywym użyciu paręnaście, część po świętych (Wojciech, Stanisław, Czesław), więcej po królach (Bolesław, Kazimierz, Włodzimierz, Przemysław...). Jeszcze szlachcie zdarzało się obronić swojego Zbygniewa, ale chłopi przeszli in toto na kościelnych Maciejów, Pietrów, Janów. W XIX wieku przyszła romantyczna historyczna odnowa, ale dziwnie selektywna. Zbygniewa przywrócono (nie wiedząc, że ma być przez „y”), Radosława, ruskiego Jarosława; ale tysiące imion znanych ze staropolskich zapisów lub zamrożonych w nazwiskach i nazwach miejscowości (Radom, Poznan, Budzigost, Lub, Bytom, Racibor, Radogost, Radowan, Milan, Borzytuchom, Sulistryj, Domasław, wspomniany wyżej Żydom, Mykan, Nibor... długo pisać...) - nie wskrzesły i nadziei na to nie widać.

Dzisiaj rolę Soboru Trydenckiego przejął urzędowy indeks imion i sztywność urzędów stanu cywilnego.

Usztywniająco-ograniczająco działa też ta okoliczność, że imię nadawane jest wkrótce po urodzeniu, kiedy o dziecku nic nie wiadomo (może tylko horoskop :), więc ta informacyjna pustka wymusza na rodzicach czy innych imionodawcach ostrożność. Bezpieczniej jest dać imię standardowe, szare, nie krzyczące, nie wyróżniające. Nazwiesz syna Napoleon i okaże się ciapowaty, albo córkę Szecherezada i okaże się całkiem nie-romantyczna. Boimy się też dziecięcej rówieśniczej złośliwości, przez którą imię Żydom na pewno nie wróci.

Tym ciekawsze są przypadki, kiedy do ludzi już w późniejszym wieku przyklejały się przezwiska lub nadawano im pseudonimy, które szły w pamięć (przeciwieństwo pójścia w niepamięć) i stawały się ich nową oczywistą tożsamością. Krzysztof Trzciński zaistniał jako Komeda (podobno przezwisko z harcerstwa). Czesław Wydrzycki jako Niemen (artystyczny pseudonim). Józef Korzeniowski jako Conrad (angielskie pen-name, zamiast niewymawialnego tam oryginału). Mam wrażenie, że tam gdzie nie było to celowym zabiegiem ze strony imionozmieńcy (jak u Conrada i Niemena), to było rzadkim darem losu.

Tabuiczność imienia łączy się, prócz innych względów, o których było wyżej, z tym, że imię ma wartość magiczną lub, lepiej, energetyczną. W imieniu lub nazwisku kryje się (niekiedy) moc, która może być i niekiedy bywa napędem. Bywa siłą, która napędza człowieka w życiu, każe mu przez życie iść tak lub inaczej. Dobrym przykładem (i podobnym do „naszego” Kruka) jest Mariusz Wilk, polski dziennikarz i pisarz, rocznik 1956, który przedsięwziął wilcze życie – no nie aż tak dosłownie, żeby został badaczem wilków – ale swoją drogę („tropę” jak pisze) poprowadził przez miejsca nieznane, obce światłej Europie, surowe: przez północ Rosji, Arktykę, Karelię, aż osiedlił się z rodziną nad swoim ulubionym subpolarnym jeziorem Oniego w tamtejszej obezludnionej wiosce. Ale – tu przykład przeciwny - w szkole średniej miałem kolegę tego samego nazwiska, którego ojciec zdecydował, że ich nazwisko jest brzydkie i prześmiewcze, i urzędowo przenazwiszczył się z rodziną na Wilanowski – żeby nie zmieniać pierwszych liter.

Magiczna wartość imienia/nazwiska może zostać upostaciowiona. Być może, ilekroć Mariusz Wilk myśli o sobie, wizualizuje swoje nazwisko pod postacią wilka! Na pewno tak robi Nes z Krukiem. Magiczna wartość imienia mocy (w co wliczam i nazwisko) jawi się tu jako zwierzę mocy. Totem. To jest szczególny przypadek szerszej sprawy. Starożytni Semici swoimi imionami przyzywali bogów. (Grecy i inni też, skąd Dymitr : Demetrios : 'bogini Demeter przynależny, oddany; Zenon : Zeusowi przynależny, itd.) Katolicy swoimi imionami przyzywają świętych, co widać w obyczaju imienin: świętowany jest dzień czci szczególnego świętego (katolickiego bohatera), a nie dzień związany jakoś ogólnie z danym imieniem. Kiedy świętych pewnego imienia było więcej, obchodzono jako imieniny dzień TEGO patrona. Imię więc odsyłało do pewnego kultowego herosa, do szczególnego kami (jak z japońska nazwę łącznie wszelkie bóstwa, półbóstwa i inne duchy). Ten wzór w naszej świadomości siedzi i chętnie przyjęlibyśmy, że każde imię ma swoją zaświatową postać, swój Gestalt, w jakimś stopniu osobowy. Nes W. Kruk już jest szczęśliwy, już ma kami swojego imienia!

Nawyk czczenia imion, a w domyśle ich kami, jest tak silny w Polsce w ślad za katolicka tradycją, że nawet do niekatolickich-nieświętych imion, jak Zbigniew, Bożena, Radosław, wydawcy kalendarzy dorabiali dni imienin – fikcyjne i puste z kościelnego punktu widzenia.

Zmiana imienia lub nazwiska. Powoli dochodzimy do naszego tematu, zainicjowanego przez Nesa dawniej Havasona teraz Kruka. Nazwiska sztywniały powoli i długo. Szlachta w Polsce bardziej przywiązana była do herbu niż nazwiska, które urabiano od siedziby: Czartoryski od Czertoreża, Koniecpolski od Koniecpola, Uchański od Uchania. Wcześniej pisano/mówiono biernikiem: z Czarnkowa, a nie jak później, Czarnkowski; z Bochenia nie Bocheński, z Melszytna nie (jakby było później) Melsztyński. To „z/ze” jest kalką łacińskiego, włoskiego i francuskiego de, niemieckiego von; w tamtych językach te przyimki przerosły w wykładniki stanu szlacheckiego, tracąc swoją pierwotną funkcję wskazania miejsca. Tak u nas by się stało z końcówkami -ski/-cki, gdyby nie masa pospólstwa nie pododawała sobie tych nibyszlacheckich końcówek do swoich Kapustów i Baranów.

Ostatnim stanem, który został urzędowo zaopatrzony w nazwiska byli Żydzi i ci, nie znajdując dla tej nowinki żadnego wsparcia we własnej tradycji (ani Żydzi ani muzułmanie nie znali europejsko-chrześcijańskiego nazwiska), łatwo i chętnie nazwiska zmieniali, imiona też; przykładów mnóstwo, pisać by długo i nie warto. Można w tym widzieć, pomiędzy Żydami a pozostałymi nacjami, jedną z różnic dzielących apollińczyków i merkurian, jak nazwał ich Yuri Slezkine (Jurij Sliozkin), ten od „Wieku Żydów”. Apollińczycy czują się związani z ziemią, zakorzenieni, żyją w stabilnej masie i najwyżej cenią uprawę ziemi i wojowanie. Merkurianie z miejscem związku nie mają i nie czują, zakorzenieni są w słowie i idei, wędrują i żyją z handlu i intelektu. Polacy jako apollińczycy przywiązywali się do herbów, nazwisk i innych atrybutów rodowo-ziemskiego zakorzenienia; Żydzi traktowali je jak ubranie, a nie jak istotę – jak ubranie, z którego gdy wygodnie można łatwo się przebrać. Zmiana nazwiska (lub imienia) przez apollińczyków przyjmowana jest jak nadużycie, jak próba – nieomal – oszustwa; u merkurian inaczej: jakby zmienić przysłowiowe rękawiczki.

Są jeszcze imiona tajemne i (sensu lato) zakonne. Jest w nich idea, że przystępując do zakonu, stajesz się nowym człowiekiem, innym niż poza nim. Taka jest (znana) praktyka u mnichów chrześcijańskich i buddyjskich. Zakonami (sensu lato, jako szczególnymi regułami) były/są konspiracje, a praktyka pseudonimów konspiracyjnych po części była uzasadniona praktycznie, a po części najwyraźniej magicznie. Gdyby nie było w tym magii, żołnierze Armii Krajowej nazywaliby się np. AB123, a nie Piorun (jak młodo poległy w Powstaniu Warszawskim dziadek mojej żony). W konspiracyjnych i wojennych pseudonimach magiczność imion zabłysła!

W decyzji Nesa Kruka widzę coś z praktyki zakonnej: zmiana nazwiska jest częścią przyjęcia reguły – tyle że zakon szamański, a reguła jednoosobowa. Ale każdy zakon kiedyś musiał mieć swojego jednostkowego założyciela.

Jest jeszcze sprawa nazwisk kobiet. Jawny patriarchat! Nazwisko kobiety jest przejściowe, najpierw ma nazwisko ojca, potem męża. Przez co nie istnieją kobiece rody i kobiety zapominają swoich przodkiń szybciej niż mężczyźni swoich męskich przodków. Sprawiedliwie by było, gdyby istniały nazwiska żeńskie, noszone tylko przez kobiety i dziedziczone po matce. Dziwne, że dotąd nie powstał ruch mający na celu zaprowadzenie takiego porządku. Dlaczego nie powstał?

Nes Kruk zatytułował swój artykuł „Nomen omen”, czyli imię jest wróżebnym znakiem. Może dlatego, wiedząc to, Rzymianie „nie szaleli” z imionami i uporczywie trzymali się dziesięciu dobrze magicznie sprawdzonych? Kiedy myślisz, jak zmienić swoje nazwisko lub imię, na jakie zmieniłbyś, gdyby..., to stajesz przed otchłanią niewiadomych. Każde słowo, które przychodzi do głowy, pociąga masę skojarzeń lub pozasłownych intuicji. Na mniejszą skalę przechodzi się podobny proces przy wynajdywaniu nazwy dla firmy lub domeny w internecie. Lub nicku na liście dyskusyjnej. Często gdy ktoś raz zdecyduje się na taki a nie inny pseudonim, odtąd trzyma się go już uporczywie jak apollińczyk swojego herbu po przodkach. Kiedy tego samego nicku używa się wszędzie, w końcu przestaje on maskować nosiciela.

Ciekawym zadaniem byłoby znajdywanie swoich prawdziwych imion i nazwisk. Imion. Prawdziwych w energetycznym, symbolicznym i magicznym sensie. Tych jedynych i „wewnętrznie” prawdziwych. Czuję za tym prawdziwą praktykę szamańską. A więc, warsztaty pod wezwaniem: wyprawa po imię? Name quest?


Wojciech Jóźwiak


Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 8

[foto]1. Odpowiedziałem Maurisowi • autor: Wojciech Jóźwiak (2012-01-14 10:07:28)

Maurisie, odpowiedziałem Ci tu: Numerologia czyli zabobon bardziej idiotyczny niż szkodliwy.
Wojciech Jóźwiak

[foto]2. pseudonymos • autor: Nes W. Kruk (2012-01-11 00:43:57)

Dlaczego określiłem je "pseudonimem"? - bo właśnie rozumiem pseudonim jako imię nie-urzędowe.
Rozumiem w czym rzecz. Odmiennie interpretujemy definicję pseudonymos, dosł. "pod fałszywym imieniem". Przedstawię swoje stanowisko.
Dla mnie urzędopisanie nie jest gwarantem prawdziwości. Tamże o pseudonymos: "indywidualna nazwa danej osoby, inna niż oficjalne imię i nazwisko". Jeśli ktoś przedstawia mi się jakimś słowem, mówiąc, że to jego imię, tak je traktuję. Nie zaglądam mu w metrykę, jeśli wiem, że traktuje to poważnie a wszyscy inni znają go pod tym samym imieniem. Intencją pseudonimu jest ukrycie (tu Havason to aliofiktonim). Tak jak w przypadku internetowych nicków lub pseudonimów literackich. Nes nie pasuje do żadnego z rodzajów pseudonimów bo też nie było moją intencją ukrywanie czegoś. Trzy lata temu w moim życiu nastąpiła istotna zmiana, co miało swój wydźwięk w zmianie imienia. Nie zmieniam imienia co sezon, bo w przeciwieństwie do tego, co pisze dbx2011(pseudonim), nie jest mi łatwo i szybko zmienić imię. W moim światopoglądzie nie da się tak. Wyjaśniłem to już w arcie "Nomen Omen".
Tak więc widzę, że to różnica w interpretacji. :)

3. pytanie • autor: mauris (2012-01-11 10:30:46)

O ile znaczenie imienia w jego semantycznym sensie z jednej, a symbolicznym z drugiej strony jest oczywiste, to co sądzić o liczbowym znaczeniu imion i nazwisk, gdzie każdej literze przypisywana jest jakaś cyfra a ich suma dopiero ma jakieś wróżebne znaczenie?

4. Ośmielona poprzednim komentarzem... • autor: (2012-01-10 22:00:53)

... pozwolę sobie napisać, że bardzo mnie zainteresował ten artykuł.
Ale przemyślenia mam jeszcze dość nieuporządkowane. Oprócz jednego, że już nie obchodzę od jakiegoś czasu imienin ;)

[foto]5. Wyjaśniam Nesowi odnośnie pseudonimów • autor: Wojciech Jóźwiak (2012-01-10 22:27:01)

Nes! - Zawsze dla mnie byłeś Nesem, takie miałeś i masz IMIĘ. Dlaczego określiłem je "pseudonimem"? - bo właśnie rozumiem pseudonim jako imię nie-urzędowe.

Przy okazji: "Havason" brzmiało mi też kruczo, kojarzyło się z krukami; po części przez skojarzenie z Hávamál, gdzie jest Odin i jego kruki, po części przez samą "ciemną" wartość foniczną tego słowa: w jakimś języku, kruk mógłby się nazywać ha-va.

[foto]6. krucze sprostowania • autor: Nes W. Kruk (2012-01-10 21:07:20)

Pomijam na razie to, że (a) i Nes, i Havason to pseudonimy;
Dla mnie Nes to nie pseudonim. Wyjaśniłem, dlaczego nie zmieniam imienia urzędowo.

„W.” to pierwsza litera jego urzędowego imienia, którego nie zmienił.
Nie, nie zmieniłem z jednego powodu - znaczenie tego imienia jest dla mnie nieznane, dlatego ukryte pod inicjałem. Do tego imienia jeszcze wrócę w przyszłości. W swoim czasie. Nie odczuwam potrzeby publicznego afiszowania się z tym. Zresztą sam art "Nomen Omen" napisałem tylko ze względu na twoje wrażenie, "że większość ludzi zmianę imion nazwisk nicków przyjmie jako robienie sobie z nich jaj i niepowage zarówno autora jak i wydawcy". Od siebie dałbym tylko krótką notkę informacyjną. :)

"ma tożsamość, którą sobie zaprojektował, wybrał i zapewne dobrze się w niej czuje, jak w uszytym na miarę ubraniu."
Kolejne niezrozumienie. To nie był projekt, tylko akceptacja faktycznego stanu. Nie wymyśliłem sobie, że jestem krukiem. To się zaczęło na grubo przed tym, zanim pierwszy raz usłyszałem o Totemach, Zwierzętach Mocy i temu podobnych. Zacytuję: "Nazwisko jest też częścią mojego osobistego mitu, osobistej historii. Kruk jest obecny w moim życiu przynajmniej od 19-tu lat. Wyraża się w moim usposobieniu, rytualnym tatuażu, na sztandarze, a teraz i nazwisku." Z tego wynika, że ten garnitur projektowałem sobie od co najmniej 19-tu lat, a tydzień temu oddałem projekt do krawca. :> Wojtku, mylisz przyczynę ze skutkiem, w tym przypadku. To co wygląda jak projektowanie, dla mnie jest stawaniem się. To są dwie różne drogi - ucieleśnienie mitu a projektowanie mitu. W każdym bądź razie na pewno dobrze czuję się w starym, ale w końcu zalegalizowanym ubranku. :)

"Ciekawym zadaniem byłoby znajdywanie swoich prawdziwych imion i nazwisk. Imion. Prawdziwych w energetycznym, symbolicznym i magicznym sensie. Tych jedynych i „wewnętrznie” prawdziwych. Czuję za tym prawdziwą praktykę szamańską. A więc, warsztaty pod wezwaniem: wyprawa po imię? Name quest?
Stąd właśnie wziął się Nes.
Przy okazji, gdzieś mi się obiło o uszy, że taki "name quest" rdzenni Amerykanie wykorzystują sprzedając... indiańskie imiona białym. ;) Tak więc byłbym ostrożny przed tworzeniem projektu marketingowego. Choć pomysł dobry i popieram. Na pewno nie da się tego zrobić w weekend za pomocą jednej techniki. Chyba, że ktoś się uprze, ale wynik będzie taki sam jak wkład energetyczny - ślizganie się po powierzchni i właśnie dorabianie sobie mitu. Tu trzeba sięgnąć na prawdę głęboko, wręcz do korzeni, przejść cały etap wzrostu by zakończyć podróż... kwiatem.

Co do Rzymian - strasznie ograniczeni byli pod tym względem. Aż dziw, że nie stawiali sobie cyferek, tylko kobietom. Pewnie nie wiedzieli, że można stosować coś takiego jak PESEL.

7. chłopi przeszli in toto na kościelnych Maciejów • autor: yvonne.b (2012-01-16 12:11:56)

Historia się powtarza. Na przykład w latach 60. znów lud polski, tym razem pokolenie powojennych baby boomers porzucił tradycyjne imiona (Stanisław, Wiesław, Włodzimierz itd.). Modne stały się imiona brzmiące bardziej z miejska, "nowoczesne" czyli mniej słowiańskie, bez końcówki -sław. Zaroiło się od Dariuszów (o dziwo), od Jasia lepszy już był Jerzy, Grzegorz, Michał, Adam, Jolanta czy Marzena od Zofii, Marii czy Zdzisławy. Moda na imiona to moda pokoleniowa, towarzysząca poważnym zmianom społecznym. Co nas jeszcze czeka?

8. imiona żeńskie • autor: (2012-01-18 12:45:28)

Imion żeńskich pochodzenia słowiańskiego również zachowało się sporo. Polecam chociażby tę stronę : pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:%C5%BBe%C5%84skie_imiona_s%C5%82owia%C5%84skie

Szkoda, że nie ma obecnie w użyciu tak pięknych imion jak Pężyrka ;)