Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-12-18

Małgorzata Ziółkowska

Horoskop, podróże i związki

Zastanawiałam się, dlaczego żaden wróż, czy też osoba ze zdolnościami do jasnowidzenia, nie wskazali mi na podróże jako na coś, co jest ważne w moim życiu? Twierdzili wręcz, że to nie jest moja pasja. Po trosze przyznawałam im rację. W mojej ocenie to jest pasja, którą - jak siłę mięśnia - wyrobiłam w sobie. Jak koło ratunkowe, które utkałam  z marzeń o innym świecie. To nigdy nie było dla mnie czymś, czego nie oddałabym za dobry związek i rodzinę. Owszem, gdyby ktoś mi dziś powiedział, że mam nigdzie nie jechać - to byłoby ciężko, bo lubię atmosferę lotniska, która zapowiada jakąś zmianę i coś nowego. Podróże są jednak większe i mniejsze, a dobre towarzystwo to podstawa.

Ja całe życie cierpiałam na samotność, więc gdzieś tam w świecie zajmowałam się obserwowaniem tego, jak żyją ludzie. Gołym okiem widać było, że nie wszyscy mają tak samo.

Tak, chyba to jest moja autentyczna pasja. Obserwacja ludzi, świata, relacji. Myślę, że dużo widziałam nietypowych miejsc, ale i zachowań, obyczajów. Byłam (i wciąż jestem) ciekawa nowości, a zarazem delikatna, więc przebijanie się przez schematy polskiego myślenia szło mi ciężko. Na dodatek ta moja wyuczona bezradność dawała mi ogromnie w kość.

Kiedy gdzieś jechałam, stawałam się innym człowiekiem: pełnym radości życia, przełamującym swą bezradność i nieśmiałość. Podróż dodawała mi skrzydeł i pokazywała, że można inaczej.

Ale ja tego po prostu nie lubiłam! Kiedy z rodzicami maluchem z przyczepką turlaliśmy się przez bałkańskie bezdroża, padając ze zmęczenia, śpiąc w samochodzie, w nerwowej atmosferze z powodu upału i wycieńczenia - nie marzyłam o podróżowaniu. Zresztą wtedy dostać paszport i ruszyć w świat było sprawą niewyobrażalną. Dlatego dodatkowo ciężko było mi uczyć się języków obcych. No bo właściwie po co? Nigdzie się nie pojedzie, nikt nie przyjedzie. Internetu przecież nie było.

Można powiedzieć, że nie miałam własnych marzeń, bo to i tak nie miało sensu.

Pozornie jednak to, co wydawało się uciążliwością (podróże), uratowało mi życie i zbudowało mnie na nowo. Wskazali mi je rodzice i było to jakieś marzenie mamy, więc ona, bardzo kontrolująca osoba, pozwoliła na ten lot przez świat, bo sama się wzniosła w ten sposób w marzenia. Tyle że wracałam i było po staremu. No może nie całkiem, bo powolutku moja zmiana świadomości szła do przodu. Nie tylko moja, bo całego otoczenia również. Byłam prekursorem nowego myślenia, pozostając jednocześnie grzeczną, katolicką dziewczynko- kobietą. No, ale jakieś dziwne energie w kolorowych malowankach z Turcji przywoziłam, jak mówili niektórzy.

Zaczęło się wszystko od chodzenia po górach. Nie miałam pojęcia, że dam radę wspinać się samotnie na tatrzańskie szczyty. Przecież wielokrotnie powtarzano mi słynne zaklęcie nadopiekuńczych rodziców: „Nie dasz sobie rady”. Tymczasem - w innym tempie niż grupa, ale radę dawałam. Nawet wspinając się na Kilimandżaro przewodnicy ocenili, że ja po prostu mam inny rytm, ale słaba nie jestem.

Góry okazały się czymś za mało. Wymyśliłam więc podróże, których inspiracją były opowieści koleżanki o wyprawie do Chin. Na początku nie miałam nawet odwagi wydawać niewielkich wprawdzie, ale własnych pieniędzy. Jednak przekonałam samą siebie, że zamiast kupować olbrzymie ilości jedzenia, warto wydać je na podróż. Jeszcze nie wiedziałam, że pieniądze są środkiem, który należy dobrze wykorzystywać, czyli wiedzieć: kiedy wydać, a kiedy oszczędzać; traktować je jak energię, która się mnoży. Wyprawy, podobnie jak góry, uczyły mnie wytrwałości i przewidywania. Polubiłam ten świat zmęczenia i niedojadania, różnorodności i pośpiechu. Śpiąc na lotniskach, w autobusach i przemierzając świat w upale - uczyłam się żyć. Jechałam i byłam zdrowa, a wracając - chorowałam.

Z towarzyszami było gorzej. Ludzie bardzo szybko stwierdzali, że takie zmęczenie to nie dla nich, albo mieli dużo więcej siły niż ja. W sumie jednak jakoś zawsze ktoś taki się znalazł. Planowałam, a potem przyciągałam ludzi. Trochę to wszystko przypominało szkołę przetrwania. Nikt nie przypuszczał, że mnie po prostu uskrzydla fantazja i chęć zmiany mojego życia na lepsze. Zazdrościli odwagi i możliwości. A ja ani jednego, ani drugiego nie miałam. Podszyta strachem planowałam kolejną podróż, by przełamać swój strach.

Wysłanie mnie do egzorcysty uznałam jako chęć przyblokowania mojego działania, więc zaczęłam podróże od A-Z planować sama. W ten sposób zaplanowałam Całą Amerykę Południową i Środkową oraz Indie. Na szczęście w zebranej grupie znajdował się zawsze jakiś mężczyzna, który przejmował pałeczkę organizacyjną. Czasami koledzy uznawali, że chcę z nimi rywalizować o władzę. A ja, tak naprawdę, z radością oddawałam im przywództwo. Czasami aż za bardzo, bo intuicję dobrą mam i wiem, nie wiadomo skąd, jak iść w stronę dobrego hotelu, itp. Tego, jak być mądrym przywódcą, też się uczyłam. Mężczyźni mają przecież dużo więcej siły i są sprawniejsi w działaniach niż ja. To tu zaobserwowałam, że potrzebują mądrego wsparcia i uskrzydlania. W sumie tak jak ja, tylko oni mają inne rozłożenie silnych punktów osobowości. Uczyłam się współpracy.

Ostatnio ze zdziwieniem przyjęłam opowieść, że małżonka nie przypomniała partnerowi o sprawdzeniu ważności wizy. Tak jakby chciała go złapać na błędzie, który w konsekwencji odpokutowała cała rodzina, bo został cofnięty z granicy. Dla mnie stało się oczywiste, że wzajemnie trzeba się pilnować, bo zmęczenie i stres dają się we znaki. Czasami ktoś notorycznie zapominał o bagażu albo paszporcie. Jakiś uczestnik grupy wpadał na genialny pomysł przekroczenia granicy lub zachowywał się bezmyślnie. Uczyłam się synergii.

Największym moim marzeniem był zawsze dobry związek. Pojmowałam go inaczej niż moi rodzice, ale nie wiedziałam jak. Dobrze czułam, że nie jestem na relację gotowa. Wiele osób widziało we mnie jednak, zgodnie ze schematem, kobietę ekscentryczną lub szukającą męża, choć oznak takiego zachowania nie było. Nie pojmowali, że można myśleć inaczej. To znaczy, wg mnie, w jedyny właściwy sposób. Wszystko co robię, to dla własnego rozwoju, bo nie warto obciążać innych własną bezradnością.  Właściwa osoba znajduje się we właściwym momencie. Bywało ciężko z takim podejściem, ale nie żałuję.

Dziś wiem, z własnej obserwacji cudzych związków, że niczego wiedzieć na pewno nie można i to za drugiego człowieka. Na dodatek na całe życie. Jestem świetnym teoretykiem związków, co zauważyły nawet sny.

Specjalistka do spraw związków! Mam na ten temat pisać w przyszłości. Przecież tyle się nasłuchałam opowieści i naoglądałam związkowych wzlotów i upadków znajomych...

Sama jestem ciekawa, jak to się w moim życiu jeszcze poukłada lub nie. Ksiądz powiedział, że za mąż nie wyjdę (bo lubię podróżować). Wróżbici natomiast - jak to się mówi - na dwoje babka wróżyła, czyli tak lub nie. No bo przecież kiedyś to mógł być tylko mąż. O innych związkach ciężko było mówić przyzwoitym ludziom na głos.

Pani psycholog, wiele lat temu, po kilku wizytach ( samotna pani psycholog) powiedziała mi, że w dobrym związku nie będę. Chciała przeprowadzać mnie od rodziców do mieszkania, do którego i tak  miałam się już przeprowadzić. Miałam jej jeszcze za to płacić. Wyszłam z gabinetu i więcej nie wróciłam. Wybrałam podróże. W końcu jeśli stwierdziła, że cel jest nieosiągalny, czemu miały służyć te wizyty? Doszłam do wniosku, że tradycyjna terapia jest dla mnie zła. I chyba miałam rację.

Dopiero, gdy zgodnie z podpowiedziami snów zaczęłam iść w stronę ustawień systemowych, poczułam, że coś w moim życiu działa. Początkowo tak gwałtownie, że dostawałam czegoś podobnego do odmiennych stanów świadomości, które dawały wgląd w sedno moich problemów i naprowadzały na właściwy kierunek.

Okazało się, że jest to coś, czym mam się zajmować i pole, gdy z nim pracuję dla innych, również działa. Nie tylko wtedy, gdy wystawiam się na jego wpływ jako klient. Mówiąc szczerze kompletnie w to nie wierzyłam,ale kazały, więc poszłam w tym kierunku.

Tak sobie myślę, że najważniejsze - to uporządkować swoje wnętrze na ile się da. Potem już w związku, czy bez związku, można  spokojnie iść do przodu. Przekonana jestem, zgodnie z tym, co podpowiedział mi sen, że gotowych recept na życie nie ma. Są tylko możliwości i potencjały, z których możemy skorzystać albo nie. Więcej jednak mogą na pewno powiedzieć ci, co przewidywaniem przyszłości na co dzień się zajmują, a na tym portalu jest ich wielu.

Wszystkie nasze uwikłania i problemy z przeszłości należy ustawiać systemowo aż do osiągnięcia właściwego rezultatu. Bo zmiany po prostu się dzieją, a ustawienia to jedyna metoda, która zmienia na poziomie głębokiej przyczyny. Takie jest moje doświadczenie.



Małgorzata Ziółkowska

Komentarzy nie ma.