Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2008-10-17

Krzysztof Wirpsza

Historia jednego pozwolenia
Idea 'pozwolenia' - strategia radzenia sobie z problemami

Poniższy tekst opisuje na świeżym przykładzie z mojego życia, ideę pozwolenia. Ideę tę zilustrowałem też symbolicznie w opowiadaniu Pan Filo, Słoń i Halucynogeniusz. Lektura opowiadania (niekoniecznie z załączonym komentarzem) jest dobrym uzupełnieniem tekstu.


Pozwolenie jako strategia radzenia sobie z problemami

Czy ktoś myślał o tym kiedyś w ten sposób: rozwiązania problemów są proste, trzeba tylko pozwolić sobie na ich zauważenie? Brzmi to trochę jak fantazja. W naszym życiu radzenie sobie z trudnościami wydaje się często tyleż skomplikowane, co dramatyczne. A jednak - czasem, po wielu perypetiach i ostatecznym rozstrzygnięciu sprawy na korzyść, wzdychamy: "Gdybym tylko wiedział od początku, że to o to chodzi! Takie proste!" Widzimy wtedy, że trudności z przezwyciężeniem świata są często nie tyle trudnościami obiektywnymi, co kłopotami z przekroczeniem naszych własnych psychicznych zahamowań. Te zahamowania powstrzymują nas przed najprostszymi i najskuteczniejszymi środkami zaradczymi, powodując, że uruchamiamy całą skomplikowaną maszynerię zmagania, stresu i "bycia twardym". O istnieniu tych zahamowań niestety jednak - na ogół nie wiemy.

Podam przykład z własnego życia. Jestem z zawodu nauczycielem angielskiego. Dużo czasu i nerwów kosztowało mnie wypracowanie sposobu pracy, który byłby zarazem efektywny i przyjemny. Tak się złożyło, że, jako osoba ze zdiagnozowanym ADD (ang. Attention Deficit Disorder, czyli Syndrom Zaburzenia Koncentracji Uwagi bez Nadruchliwości) nigdy nie celowałem w metodyczności czy systematyczności. Jak większość ADD-owców, jestem raczej typem kreatywnym. W nauczaniu angielskiego nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Przerzucało mnie pomiędzy jedynymi dwoma możliwościami jakie zdawało się dyktować życie - nazwałbym je "dłubaniem" i "metodyką". Niestety, ani w jednym, ani w drugim - nie byłem dobry.


"Dłubanie" i "metodyka"

"Dłubanie" jest rozpowszechnione wśród nauczycieli angielskiego, którzy znaleźli się w swoim zawodzie z konieczności. Nie mają do niego serca, a wykonują go jedynie po to, aby przeżyć. Aby zarobić na chleb, każdego dnia kserują i "przerabiają" ze swoimi studentami zawartość podręczników - po kolei. Czytanki, ćwiczenia, słuchowiska, ćwiczenia, i tak dalej. W ten sposób postępuje, obawiam się, większa część nauczycieli angielskiego jakich znam. Osobiście znajduję go bardzo męczącym. Choć zabezpiecza przetrwanie, zabija kreatywność i kontakt, sprowadzając zajęcia do biurokratycznego odbębniania. Nauczyciel staje się tu ponurym urzędnikiem, a uczeń ziewającym automatem. Pomijając już fakt, że o głównym celu nauki - szybkim rozwinięciu umiejętności mówienia - zazwyczaj nie ma co marzyć.

Po drugiej stronie znajdują się pasjonaci, czyli ci, którzy wybrali "metodykę". "Metodyka" jest ideałem, którego uczono nas na studiach. Zakłada, że nauczyciel powinien być twórczy i wymyślać studentom nieustannie różne fikuśne urozmaicenia, korzystając ze specjalnych materiałów źródłowych, nożyczek, kleju, kolorowych wycinków z gazet, wideo, internetu i własnej głowy. W ten sposób student uczy się aktywnie, z chęcią, zaraża się poniekąd nauczycielską pasją i zwyczajnie - cieszy nauką. Niedosiężnym ideałem jest to dlatego, że przygotowywanie wyśrubowanych planów zajęć z reguły zabiera czas. Dużo czasu. Za ten czas nikt nauczycielowi nie płaci. Kończy się tak, że nauczyciel pracuje w rzeczywistości dwa, albo trzy razy tyle godzin, co jest opłacany. O ile każdy z nas, nauczycieli, próbował kiedyś tej ścieżki, tylko nielicznych zapaleńców stać na codzienne podążanie nią.

Moje ADD niestety nie sprzyjało ani nudnym lekcjom, ani żmudnym przygotowaniom do lekcji ciekawych. Jedynym ratunkiem mogła być stuprocentowa lekkość i spontaniczność, które sprawiłyby, że zwyczajnie polubię swoje zajęcie, bez potrzeby zabezpieczania się na zapas. Widząc, że i "dłubanie" i "metodyka" w moim przypadku nie sprawdzają się, znalazłem się w martwym punkcie. Nie wiem dokładnie jak i kiedy się to wydarzyło, dość, że w którymś momencie, zestresowany tym wszystkim, postanowiłem odpuścić. Innymi słowy, postanowiłem być dokładnie taki, jaki jestem, bez wymuszania i bez rezygnacji.


Z natury mądry

Odbywało się to tak. Najpierw - intuicyjnie zacząłem wybierać tylko zajęcia z pojedynczym słuchaczem. Czułem, że praca typu jeden na jeden należy do moich predyspozycji, przychodzi mi naturalnie. Podczas zajęć w grupach musiałem wydatkować zbyt wiele energii na utrzymanie podzielnej uwagi, która była moją piętą Achillesową. Postanowiłem zostawić to, co przychodzi mi z trudem i dać szansę temu, w czym jestem dobry. Stwierdziłem, że bezwzględnie dobry jestem w jednym: w nawiązywaniu indywidualnego kontaktu i ośmielaniu do mówienia po angielsku. "A może by tak - pomyślałem. - Naprawdę postawić na tę kartę?"

Wchodzę teraz na zajęcia kompletnie nieprzygotowany. "Puszczam" wszelkie obawy typu "A co będzie jeśli..." - ufając, że sytuacja sama mi podpowie. Słuchacz czuje mój brak lęku i - niespodzianka - jest mi wdzięczny. A jeśli słuchacz naprawdę lubi swojego nauczyciela, jeśli nauczyciel jest kompletnie otwarty, bez napięcia w sobie, wtedy słuchacz sam się relaksuje. Zrelaksowany, szczęśliwy słuchacz jest czymś lepszym niż plan lekcji. Jest czymś lepszym nawet niż najlepsza metodyka. Taki słuchacz sam podpowiada nauczycielowi co robić i w którym kierunku iść! Nagle okazuje się, że mój talent do nawiązywania kontaktu i ośmielania do rozmowy może dopiero teraz w pełni się ujawnić. Powstaje żywa interakcja, słuchacz i ja jesteśmy zaangażowani w lekcję bardziej niż przy najfikuśniejszym planie, ponieważ rozmawiamy bez obciążeń całej tej metodologicznej maszyny. Nie trzeba myśleć "co, po czym, dlaczego, a co teraz" - rzeczy same płyną. Wtedy widzę, że tak naprawdę każdy uczeń komunikuje mi zawsze jedną i tę samą kwestię: "Chcę się nauczyć mówić. Proszę pomóż mi w tym". I ja to robię. Kompletnie bez przygotowania. I każda minuta tego jest frajdą.

Powyżej opisane rozwiązanie wskazuje na pewien pomijany zazwyczaj aspekt świata, w którym każdy z nas jest z natury mądry. Zazwyczaj szukamy mądrości, chcemy rozwinąć talenty. Mądrość nie jest jednak czymś co się zdobywa, wypracowuje, czego można się nauczyć. Mądrość, talent, jeśli istnieją, powinny już w nas być od początku, jedynym problemem jest ich odkrycie. Jak odkryć swój talent? To proste - NIE PRZESZKADZAĆ w jego przejawieniu się!

Zazwyczaj przeszkadzamy, tego uczy nas społeczeństwo. Przeszkadzaj jak możesz. Staraj się, bądź wartościowy, bądź kimś! No już, świat patrzy, przecież potrafisz! Gdybym na przykład postanowił pracować nad swoją koncentracją uwagi, zapewne mógłbym, po wielu perypetiach, stać się wesołym nauczycielem-robotem. Zgodnie z powszechnie wyznawanym światopoglądem, powinienem "brać byka za rogi", starać się jednak skupić uciekającą uwagę, przygotowywać plany lekcji, pracować z grupami, szkolić się na warsztatach, etc. Mógłbym zacząć żyć w oparciu o kalendarz, prowadzić kartotekę ocen, przygotowywać testy , zabawy i to jeszcze wszystko z uśmiechem na ustach, może nawet szczerze wierząc w to co robię. Taki jest społeczny modus "nauczyciela" - ideał, którego uczą instytucje. Zamiast tego jestem po prostu sobą. Kimś, kto ma dużo wolnego czasu, i jeszcze do tego sporo satysfakcji z lekcji. Kimś kto ma poczucie, że rzeczywiście pomaga ludziom mówić po angielsku. Trudno mi też powiedzieć, że reprezentuję jakąś metodę oprócz tego, że - no, po prostu jestem.


Pozwolić być sobą

To co się mądrze w buddyzmie nazywa "trzecią ścieżką", lub "transcendencją przeciwieństw", wydaje się być obecne w naszym życiu na milion sposobów, zawsze gdy, mimo nacisków systemu, pozwalamy sobie - być sobą. I ostatecznie, mimo pozorów, że wszystko wali się na szmelc - wychodzi na nasze. Zupełnie jakby sytuacja odnalazła własną, inteligentną drogę do harmonii i w ostatniej chwili wywinęła się z "matni". I gdy tak sytuacja na naszych oczach "wywija się", my drapiemy się z głupkowatym uśmiechem w głowę. "No przecież..." - myślimy. Niewidoczna dotąd, korzystna interpretacja była tu zawsze. Jak to się stało, że dotąd nie pozwoliliśmy sobie jej zauważyć?

Z ogromną przyjemnością obserwuję rozwój na świecie orientacji kierujących się ideą pozwolenia - takich jak naturalne porody (obejrzałem tu ostatnio piękny film: "Birth as we know it", który stworzyła Elena-Tonetti Vladimirova), antypedagogika (w szerokim sensie, to znaczy również szkoły takie jak Summerhill, Krishnamurti, czy Montessori) czy antykariera. Sam Trening Iluminacji, i inne pokrewne techniki, jakie propaguję w Polsce, są wariacją na ten temat.

Z pewnością wiele osób przeżyło doświadczenia pozwolenia. Każde z tych doświadczeń jest niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju, dotyczy też, prawdopodobnie zupełnie innej dziedziny życia i zupełnie innego spojrzenia na to - czym jest w życiu problem. Tym niemniej te doświadczenia jedno łączy - postanawiamy być sobą, choć zgodnie z tym, co przyjęte za słuszne, jest to droga do piekła. I jakby na przekór wszystkiemu, taka postawa, zamiast ranić, okazuje się pomocna.

Chciałbym tu rzucić propozycję. Może ktoś miałby ochotę podzielić się na łamach Taraki swoim doświadczeniem pozwolenia? Z pewnością czeka na opowiedzenie wiele pasjonujących historii. Film i literatura od lat czerpią inspirację z tego tematu, czemu i my nie mielibyśmy tego robić? Zachęcam do prezentacji w formie eseju opisującego takie zdarzenie. Gdzie, jak, dlaczego pozwoliliście? W jaki sposób zmienił się przez to problem? Jak to wyglądało od strony emocji?

Dałoby to szansę do porównania w jak wielu, różnych, indywidualnych kontekstach ten proces, którego naturą jest WOLNOŚĆ, może się przejawić.


Krzysztof Wirpsza



Krzysztof Wirpsza

Komentarzy nie ma.