Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-06-23

Mirosław Czylek

Granica pomiędzy wolnością a ekologią

Od dłuższego czasu nie daje mi spokoju, kto „wymyślił” te godziny urodzin Janusza Korwina – Mikkego (27.10.1942 r., 02:07, Warszawa) i Leszka Balcerowicza (19.01.1947 r., 20:58, Lipno). Tym bardziej, że drugi z nich w kontakcie bezpośrednim podczas „Karuzeli Cooltury” w Świnojściu powiedział mi, że swojej godziny urodzin... nie zna. W tym wypadku nie będę restrykcyjnym redaktorem z Bazy Horoskopów PTA i uznam te godziny za… oddanie natury ducha polskiego.

Dwie osobowości kojarzą się z jednym i tym samym – różnie definiowaną wolnością. Przede wszystkim jest to nazywana różnie wolność gospodarcza. W jej definicji bryluje jak najmniejsza ingerencja państwa, wiara w „wolny rynek”, pochwała przedsiębiorczości, potępienie socjalu i stawianie w kontrze do socjalizmu, który często – chyba specjalnie – bywa utożsamiany z komunizmem. Gdy wrzucimy dane urodzeniowe do dowolnego programu astrologicznego zauważymy, że tajemniczy darczyńcy tych domniemanych godzin urodzenia chcieli ustawić w jednym i drugim przypadku Urana w pobliżu MC. Balcerowicz i Korwin jako rewolucjoniści? A czemu nie? Czar dopasowania ducha tych polityków do kosmogramu polskiego doskonale został oddany, skoro w wielu koncepcjach horoskopów Polski (w tym szczególnie ostatnim, wersja III RP) przyjmuje się dość wysoką częstotliwość Księżyca w znaku Wodnika. A skoro Księżyc w Wodniku, to wolność, niezależność, nieograniczenie, wolnomyślicielstwo i co się jaśnie państwu podoba. Czyż nie?

Gdy do tego Księżyca w Wodniku dorzucimy Słońce w Byku (lub nawet w znaku Koziorożca w wersji z 1989 roku) otrzymamy ekstrakt zachowań stereotypowego Polaka z Aleksandra Fredry („Zmiłuj się, waćpan, poluj ciszej nieco, bo mi na górze szyby z okien lecą. A na to Gaweł: wolnoć, Tomku, w swoim domku”). O tym, że Polacy mają niski poziom zaufania na tle innych narodów, nie potrafią współpracować i mają folwarczne stosunki w pracy, pisałem już w poprzednich tekstach. O tym, że lubią odmieniać słowo „wolność” przy wszystkich możliwych okolicznościach, przekonywać nie muszę. Co jednak się stanie, gdy wolność napotka na swojej drodze przeszkody? Udaje, że są one sloganami, populistycznymi zaklęciami i głupiutkimi zagraniami lewaków, którzy najchętniej przywróciliby Polskę do czasów skansenu PRL-owskiego.

Wśród „wolnościowców” częstą właśnie bywa ta oto narracja, która wysyła ekologów do komunistycznej przegródki nieudaczników. Łukasz Warzecha wypowiada się tak (za Rzeczpospolitą): „Dlaczego lewica nie znosi indywidualnego transportu samochodowego? Powodów jest kilka, a tkwią one głęboko w lewicowej mentalności. Samochód niemal od początku swojego istnienia stał się symbolem swobody i wolności. (…) Kierowanie autem wymaga odpowiedzialności, która nie jest konieczna w przypadku korzystania z transportu zbiorowego albo roweru, jest bowiem samochód także potencjalnie śmiertelnym narzędziem. Wymaga też systematyczności, uporządkowania, pewnej stabilności, co wynika z wszelkich procedur związanych z jego posiadaniem (rejestracja, przeglądy, ubezpieczenie). To wszystko budzi niechęć lewicowców, którzy walczą o równość, a wolność osobistą uznają tylko wtedy, gdy działa ona w ramach wypełniania ich ideologicznych postulatów”.

Widać pogląd prezentowany przez liberalny świat, który walczy ze złą lewicową mentalnością, całkiem nieźle sobie radzi w rzeczywistości polskiej. W pewnym miejscu odnalazłem artykuł, w którym przedstawione zostają dane dotyczące liczby samochodów w miastach europejskich. Prowadzi perła polskiego rozwoju, Sopot, w którym pod koniec 2016 r. na tysiąc mieszkańców były zarejestrowane 732 samochody. Nieźle w zestawieniu radzą sobie Warszawa (681), Gdańsk (572) i Zielona Góra (505). Tymczasem na bogatszym (chyba nie muszę przekonywać) „zachodzie” w Berlinie mamy ledwo liczbę 289, w Kopenhadze 241, a w najbardziej zmotoryzowanym Dortmundzie 410. W bardzo dobrym artykule Arkadiusza Pacholskiego dowiadujemy się o degradującym i nieekonomicznym kulcie monokultury samochodowej. Tymczasem w Polsce, sercu Europy, dyskurs odbywa się na konserwatywnych nutach. Bohaterowie przełomu transformacji kłócą się z odrzuconymi tegoż czasu o należne miejsce w historii Polski, a publika piszczy jak na dobrym wrestlingu.

Gdzie znajduje się linia demarkacyjna pomiędzy „eko-oszołomstwem” a „liberalizmem”? Wydaje się, że Polacy jako tako mają zboczenie na punkcie wolności i są w stanie żarliwie jej bronić, kosztem wspólnoty społecznej, myślenia ekologicznego lub poszanowania osób słabszych lub tych, które niezbyt dobrze sobie radzą w życiu. Weźmy na warsztat dawny spór o wymianę energochłonnych żarówek 100 watowych na żarówki pochłaniające znacznie mniej prądu. Nawet jeśli wiązałoby się to z początkowo wyższymi kosztami eksploatacji, korzyści z tego rodzaju przemodelowania są niewątpliwe. Na szczęście Polak potrafi, nikt mu nie będzie odbierał wolności, żaden unionista nie będzie mu pluł w twarz i rozkazywał! Artykuł „Faktu” z października 2010 r. nie pozostawia wątpliwości: „Polak potrafi! Nasi sprytni przedsiębiorcy znaleźli sposób na ominięcie bzdurnych zakazów wymyślonych przez unijnych biurokratów i rzucili na rynek legalne, a co najważniejsze - tanie żarówki o dużej mocy. Wystarczyło, że na pudełku napisali „nie do użytku domowego”. Teraz znowu można w sklepach kupić tradycyjną żarówkę 100-watową za parę złotych, zamiast wydawać majątek na narzucone przez Unię horrendalnie drogie ekoświetlówki”. No i jeszcze do tego dorzućmy głos „eksperta”. Stanisław Rakoczy, przewodniczący sejmowej komisji ds. UE: Tą dyrektywę uważam za głupią. Znam opinie ekspertów, według których żarówki energooszczędne zużywają bardzo dużo energii przy włączaniu. Ja w domu, tam gdzie są pojedyncze klosze, mam żarówki energooszczędne, ale już w żyrandolu mam kilka malutkich, 30-watowych żarówek zwykłych. Trzeba pamiętać o jednym – zakazy muszą mieć sens, inaczej nie będą respektowane Stanisław Rakoczy, przewodniczący sejmowej komisji do spraw Droga żarówka energooszczędna.

Polska racja stanu w całym okresie III RP, zarówno przed symbolicznie ustawianym czasie przed „erą PiS” (2015 r.) jak i w jego trakcie, bliska jest postawieniu surowej oceny i znaku równości zarówno obecnym jak i poprzednim władzom.

Agata Szczęśniak za pośrednictwem oko.press pisze w czerwcu 2017 r.: „Wajrak jest bardzo krytyczny wobec partii opozycyjnych. „Z przykrością muszę powiedzieć, że traktują to trochę na zasadzie folkloru. Pojawiają się na marszach, mówią, że będą wspierać, opowiadają o jakichś enigmatycznych kompromisach, okrągłych stołach w sprawie Puszczy Białowieskiej, tak jak np. Platforma. Natomiast gdy przychodzi co do czego, to wygląda słabo”. Przykłady? Niedawne głosowanie w Sejmie na temat dekarbonizacji, wszyscy równo głosowali za polskim węglem, który jest katastrofą i dla środowiska i dla ekonomii. Podobnie było z głosowaniem nad przekopem Mierzei Wiślanej, jedna jedyna posłanka z Nowoczesnej zagłosowała przeciw”. Tytuł artykułu? Patrząc z perspektywy na wybory samorządowe i prawdopodobnie parlamentarne w 2019 roku, dalej aktualny. A brzmi on: „Dla opozycji ekologia to nadal folklor”.

Tak jak zakaz żarówek 100 watowych kojarzony jest ze złą Unią, posiadanie samochodu kojarzy się z samodzielnością i wolnością, a także wysokim statusem ekonomicznym, tak niejedzenie mięsa może być niektórym wolnościowcom kojarzone z (a jakże!) poprzednią epoką komunizmu i tzw. lewactwem. Z definicji bowiem godzi w wolność jednostki, wolność wyboru i uderza w jej prawa. Co więcej, naukowcy mówią o jeszcze jednym zjawisku, a jest nim status mięsa jako gwarancji bezpieczeństwa w PRL. Potęga mięsa była tak wielka, że kartki na mięso znalazły się wśród 21 postulatów sierpniowych w 1980 roku. Na niedawny apel Greenpeace'u, żeby ograniczyć spożywanie mięsa, anonimowi forumowicze kąsają różnymi uwagami. Niektóre mają kontekst komediowy, w stylu „różni głupcy krytykują komunizm, który już tyle lat temu był w czołówce postępowego wegetarianizmu. Chiny za czasów Mao - 90% wegetarianów, a pozostałe 9% tylko sporadycznie zjadło mięso wroga ludu lub dziecka sąsiadów. Niestety, po śmieci Mao zgłupieli i znów żrą mięso”. Niektórzy jako tarczę traktują quasi arystotelesowski środek: „Ludzie od zarania dziejów polowali na mamuty więc nie piszcie nie prawdy. Do wszystkiego jest potrzebny jedynie umiar i różnorodność w diecie i to wszystko”. Inni bazują na dawnym micie, że tylko mięso daje siłę: „Niech jakiś skończony wegan na swoim menu zjedzie do kopalni, albo zaiwania z taczkami na budowie. Bardzo szybko zmieni zdanie o swoim menu, albo go szef wyp....na zbity pysk. Takie teksty to prosze sypac do WIELKICH OBCASOW” (pisownia oryginalna).

Gdzie znajduje się granica pomiędzy wolnością, a ekologią? Czy jeśli ograniczyłbym pół miliarda Chińczykom, że nie mogą zjeść więcej niż kilogram mięsa tygodniowo, byłbym eko-oszołomem, czy nie? Zakładając rzecz jasna, że tego typu działania w perspektywie kilkudziesięciu lat mogą zniszczyć potencjał ekologiczny kraju, zatruć wodę i ograniczyć jej zapasy, pogorszyć ich zdrowie (*szkodliwość nadmiernego spożywania mięsa jest udowodnione naukowo), uszczuplić rezerwy terenów zielonych, itd. Czy zakazując używania plastikowych torebek kosztem torebek papierowych, powinienem zostać nazwany eko-oszołomem, czy nie? Czy możliwa jest koegzystencja liberalizmu z ekologią? Czy liberalizm ze swoją "wolnoć Tomku w swoim domku" nie zbliża się do neokonserwatystów? Zdaje się, że stary dobry konserwatyzm traktował ekologię w rodzaju lewicowej nerwicy ze strony tych, którym w życiu trochę nie wyszło (coś jak z brakiem samochodu wg Warzechy)? Mamy wolność, nie zaglądaj mi do talerza, nie mów mi jakim samochodem mam jeździć, nie nakazuj mi sortować śmieci!

Niestety, „wykształceni”, „zamożni”, „z dużych miast”, kapitulują także jeśli chodzi o zarządzanie przestrzenią miejską. Ekologia okazuje się być fanaberią zarówno dla samochodziarzy, których atakują agresywne drzewa na poboczach, jak też dla miejskich architektów i developerów, którzy tną tereny zielone na potęgę. POLSKA BETONIARNIA – taki pseudonim otrzymały tak zwane „renowacje” terenów miejskich, w których obszary zielone zostały zastąpione chodnikami, kostką brukową, asfaltem i innymi dobrodziejstwami cywilizacji. Nie trzeba przekonywać, że podczas upałów tego typu gospodarowanie przestrzenią nie za bardzo się „sprawdza”. Podczas intensywnych ulew prawdopodobnie też. Jan Mencwel, prezes stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze”, upublicznił na swoim profilu obrazy centrów polskich miasteczek, obecne i sprzed lat. Dane są dostępne na Twitterze TUTAJ. Jak zareagowała na to polska klasa polityczna? Czołowi intelektualiści? Piewcy wolności? CISZA. CISZA ZUPEŁNA.

Nie dziwię się. Przecież w wyborach do zabetonowanych miast zwyciężały częstokroć demokratyczne, nowoczesne i „lepsze” partie. To nie tylko „ciemnogród” zabetonował miasta. Za tym antyekologicznym postępowaniem stoi cała paleta Waszych lubianych i bardzo nielubianych partii politycznych. W licznych projektach partycypowały głównie PO, SLD, PiS. Sprawdzałem, sprawdzałem, żeby nie wyjść na głupka. Możliwe zatem, że kojarzenie świadomej ekologicznie osoby z powodzeniem materialnym jest błędne. Czego przykładem jest artykuł, w którym mieszkańcom luksusowej Mariny Mokotów przeszkadzały żaby, więc ktoś życzliwy chyba wsypał jakieś preparaty. Cóż, mentalność miejska nie przeszkadza, żeby zachować ignorancję zarówno w sprawie traktowania jerzyków (› tu), wróbli czy innych stworzeń, które zakłócają relaksujący szum samochodozy.

Pewnie mógłbym opisać sporo faktów, które mogłyby jakimś cudem zrewidować stosunek współczesnych piewców polskiej transformacji do ekologii. Jest on nijaki. Jest on żaden. W wielu tekstach wskazuję, że Polska jest zapóźniona cywilizacyjnie względem wielu państw o kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. W poprzednim odcinku nie miałem litości jeśli chodzi o polskie zapóźnienia cywilizacyjne. Niestety, bardziej bolesne wydają się być ograniczenia i jakieś magiczne zakotwiczenie w przeszłości. Może to klątwa Saturna na dole horoskopu III RP? Dopóki elita tego kraju przestanie stroić się w piórka i nie rozpocznie dialogu na równych warunkach, dopóty nie spodziewajmy się przebudzenia w tym temacie.

Mirosław Czylek

Komentarze: 3

[foto]1. Korwin Mikke • autor: Wojciech Jóźwiak (2019-06-23 08:16:41)

Ja w bazie danych AstroAkademii mam wpisaną dla Korwina Mikkego date/godzinę 1942-10-27 03:10. Źródła niestety nie pamiętam, od kogoś z Kolegów. Link do kosmogramu: Janusz Korwin-Mikke

Takie wskaźniki horoskopowe, jak:
Saturn w medium coeli -- "odruchowe" przyjmowanie postawy autorytetu, kogoś, kto lepiej wie, na wszystkich patrzy z góry
Wysoka obsada medium coeli: Saturn, Księżyc, Uran -- lgnięcie do sfery władzy i hierarchicznych stosunków
Uran w pobliżu medium coeli -- charakterystyczne zamiłowanie do "nowoczesności", a także do utopii, do projektów wyjętych z głowy
Słońce plus 4 inne planety w sektorze Guinarda "Wyjście poza..." -- sytuowanie się w sferze "przyszłościowej" lub "wirtualnej", która nigdy się nie aktualizuje. (Uwaga: podobnie naładowany ten sektor miał/ma Lech Wałęsa)
--- jak widać dobrze się zgadzają z realnym Korwinem.

[foto]2. Czemu lekceważymy ekologię? • autor: Edward Kirejczyk (2019-06-23 09:42:38)

Chińczycy jedzą mięso, a Polacy jeżdżą samochodami z tego samego powodu: muszą jakoś odreagować lata nędzy i głodu. Sam radziłem studentom zaocznym, nie mającym prestiżowego samochodu, żeby na rozmowy o pracę pożyczali od kogoś dobry pojazd, abo przyjeżdżali i odjeżdżali  taksówką. To z czasem powinno przejść. Gorzej, że coraz częściej przestrzeń bywa zagospodarowywana tak, że bez samochodu nie da się przetrwać. Stąd w rodzinach wiejskich rejestruje się więcej samochodów niż w miejskich. Są bardziej potrzebne. 
Beton w kancik naprawdę podoba się części elit. Jeden z najbogatszych ludzi na moim osiedlu (sieć sklepów i pewien interes branży finansowej) zabetonował ogród. Tu i ówdzie z betonowej dziury coś wyrasta, a to drzewo, a to sztuczny wodospad na płaskim terenie. Ja jego próbowałem przekonać do zieleni, on mnie, że czym gęściej zabudujemy osiedle, tym będzie ładniej, bardziej prestiżowo i cena naszych nieruchomości wzrośnie. Nie dogadaliśmy się.
Innym racjonalnym powodem, dla którego nie dba się o ekologię jest bieda. Spalenie opony z wysypiska śmieci daje tyle kalorii co podobna wagowo ilość węgla. A na oponę ani węgiel nie stać prymitywnych plemion, żyjących w dżunglach tropikalnych; muszą palić drewnem.
Najgorzej, gdy bojkotowanie ekologii służy budowaniu przewagi strategicznej nad konkurencją. W. Putina cieszyło globalne ocieplenie. Pozwoli to zmniejszyć koszty funkcjonowania rosyjskiej gospodarki i społeczeństwa, a także zwiększy produkcję rolną. Obawiam się, że polskimi elitami kieruje nie tylko ignorancja i lekceważenie maluczkich, ale również troska o przewagę konkurencyjną. Dotyczy to nie tylko władz, ale i ogromnej rzeszy przedsiębiorców, od samozatrudnionych po notowanych na giełdzie.

[foto]3. Niebezpieczne rowery • autor: Edward Kirejczyk (2019-06-23 09:57:13)

Rowery też mogą być niebezpieczne. W Warszawie może być to pojazd bardziej ekologiczny od samochodu, czyli rower, w którego ramie ukryto akumulator litowo-jonowy, pozwalający przekroczyć 60 a nawet 80 km/h. Dla większego bezpieczeństwa poruszający się chodnikiem. Na ścianie wschodniej może być to jadący rowerem pijany chłop, trzymający na ramieniu kosę.