Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2007-01-07

Jarosław Kolczyński

Góry milczenia
Święte kręgi w Górach Świętokrzyskich

Posmak sensacji archeologicznej w latach siedemdziesiątych XX wieku miały wykopaliska na Górze Dobrzeszowskiej. Na szczycie tej niezbyt pokaźnej góry (367 m n.p.m.) w paśmie Dobrzeszowskim w Górach Świętokrzyskich odsłonięto tajemnicze kamienne konstrukcje, które najprawdopodobniej - wszelkie inne hipotezy zdają się mniej wiarygodne - wyznaczały starożytne miejsce rytualne.

Interesująca jest już sama sceneria odkrycia i metody pracy archeologów (ekipy Eligii Gąssowskiej) - podobne do poszukiwań starożytnych miast Majów w Ameryce Środkowej. Na szczycie góry w gęstym lesie, w zaroślach, piętrzyły się stosy kamieni o niewyraźnym i zagadkowym wątku. Trzeba było te ledwie widoczne konstrukcje uwolnić z kleszczy bujnej roślinności, wykarczować krzewy, ściąć paprocie. Trzeba to było zrobić niezwykle ostrożnie, tak by nie poruszyć kamieni, zwłaszcza tych luzem leżących. Każdy kamień, choćby z pozoru przypadkowy, mógł być całkowicie rozmyślnie zataszczony w to a nie inne miejsce. W tak mozolny sposób oczyszczony teren stał się wreszcie w miarę dobrze czytelny.

Jądro tego niezwykłego miejsca wyznacza wał kamienny zaokrąglający się w pełną elipsę. Za nim rozciągają się dwa kolejne wały kamienne, tym razem obrysowujące kształt półksiężyca i zbiegające się z pierwszym wałem od zachodu. W ten sposób wały idealnie dostosowują się do geomorfologii i szczelnie zamykają szczyt góry. Strona zachodnia góry jest najbardziej stroma i tu ułożono stopnie z wielkich głazów, doprowadzające z podnóża góry do wnętrza kamiennych kręgów. Także po stronie zachodniej na zewnątrz wałów natrafiano na spłaszczony kamień z wydrążonym rowkiem - można w nim odgadywać kamień ofiarny. Mniej więcej po środku założenia odsłonięto duży głaz, który badacze stanowiska określili jako "kamień centralny". W obrębie wewnętrznych wałów, bliżej strony zachodniej, na wysokości tego głazu, ujawniono kamienną podwalinę, być może - jak sugeruje odkrywczyni - wzniesioną pod ołtarz, a nieopodal niej rodzaj schodków prowadzących w dół do usytuowanego poza wałami kamienia ofiarnego. Od wschodu na wysokości "kamienia centralnego" w zewnętrznych wałach pojawiają się przerwy, natomiast pomiędzy wałami znaleziono grubą (3 m) warstwę spalenizny. W miejscach tych rozpalano zatem duże ogniska. Jak wynika z analizy archeoastronomicznej (Roberta M. Sadowskiego) ogień wzniecano na  linii wyznaczającej wschód słońca około 1 maja (patrz: plan stanowiska). Interpretacja różnych innych kamiennych układów sprawia wiele kłopotów. Być może od południa, pomiędzy pierwszym i drugim wałem biło ongiś źródełko. W dwu bocznych zaokrągleniach trzeciego (zewnętrznego) wału odczytano konstrukcje w kształcie kamiennych skrzyń, w których także znaleziono warstwę spalenizny. W dwu innych rogach tego wału widoczne są rozpadliny skalne stanowiące być może pozostałość analogicznych konstrukcji. W takim razie ognie rozpalano również z czterech stron otaczającego świata.

Skalę całego obiektu można krótko przedstawić w liczbach: obwód pierwszego wału 262,5 m, drugiego 260 m, trzeciego 332 m. Wysokość wałów jest także dość znaczna, pierwszego sięga 1,66 m, drugiego 1,34 m, trzeciego 1,93 m. Kamienie na budowę wybierano z zachodniego zbocza góry. Przed ich ułożeniem trzeba było jednak oczyścić szczyt z mnóstwa luzem leżących głazów i mniejszych kamieni, wykarczować drzewa i krzewy. Nie oszacowano dotąd nakładu pracy, którą trzeba było wykonać wznosząc ów obiekt. Zapewne był to wysiłek nie mniejszy niż usypanie kopca Krakusa, a to, jak się oblicza, było zajęcie dla 100-150 ludzi w ciągu pełnego roku.

Warstwa spalenizny zalegająca pomiędzy wałami w badaniu metodą C-14  wykazała  datę plus minus 795 roku, taką datację potwierdza również analiza formalna wykopanych okruchów ceramiki. A zatem odkryto miejsce rytualne użytkowane w czasach umacniania się na naszych ziemiach niedawnych przybyszów - plemion słowiańskich. Wypada zauważyć, że sama idea górskiego sanktuarium tkwi w wielowiekowym dziedzictwie wcześniejszych kultur. Święte góry są wszak charakterystycznym elementem  tradycji  wierzeniowej Indoeuropejczyków; z bardziej znanych przykładów, jeszcze z epoki brązu,   przywołam  kamienne kręgi na szczytach gór w Klein Gleichberg w  Niemczech,  Castle Law w Anglii, na górze Żdar w Czechach czy na Górze Ślęży u nas. Takie przykłady ulokowałbym jednak w dalszym tle. Bezpośrednim zapleczem kulturowym, z którym spotkali się budowniczowie sanktuarium na Górze Dobrzeszowskiej są najpewniej tradycje plemion germańskich i być może także celtyckich, których puls bił jeszcze długo po ich  wyjściu z naszych terenów.

Co jest w tym odkryciu intrygujące? Wewnątrz kamiennych kręgów nie znaleziono żadnych śladów obecności przychodzących tu ongiś ludzi. Wykopano raptem trochę ułamków ceramiki w warstwach spalenizny. To miejsce jest nieomal idealnie puste! Wydaje się to zdumiewające, bowiem w miejscach, gdzie gromadzili się ludzie zwykle  łatwo natrafia  się na rozmaite,  choćby skromne,  tego  dowody. Oto ktoś zgubił monetę, kto inny szpilę do włosów, komu innemu rozerwał się naszyjnik itp. Żeby znaleźć różne, utracone najczęściej przez nieuwagę, przedmioty nie trzeba nawet kopać w ziemi, wiele z nich leży wciąż na powierzchni. To właśnie dlatego w archeologii chętnie wykorzystywaną metodą rozpoznawania stanowisk są tzw. badania powierzchniowe - rozstawieni w tyralierę poszukiwacze oglądają uważnie metr za metrem terenu. Rezultaty takich badań są często imponujące, z ziemi podnosi się dziesiątki, a nawet setki różnych starożytnych przedmiotów czy ich fragmentów. Ludzie przekraczający ongiś granice kamiennych wałów na Górze Dobrzeszowskiej musieli więc zachowywać się wybitnie ostrożnie. Być może wchodzili tam tylko nieliczni wybrańcy. Nie wolno im było, jak można się domyślać, zakłócić idealnej próżni tego miejsca, czyli jego symbolicznej i rytualnej czystości.

Ta doskonała pustka miejsca świętego odkrywa przed nami mało znany wymiar starożytnych wierzeń, fascynujący i zarazem kłopotliwy do interpretacji - nie znamy bowiem żadnych innych szczegółów. Według wszelkiego prawdopodobieństwa było to miejsce epifanii, w którym ujawniały się nieokreślone dla nas nadnaturalne moce, może bogowie dawali tu odczuć swą obecność grzmotem piorunów czy ulewnym deszczem, może pojawiali się tu zmarli przodkowie. Niestety, musimy obracać się tylko w sferze najogólniejszych domysłów. W tym stanie rzeczy godną uwagi szansę interpretacji otwiera przed nami historia religii, wydobywająca na jaw w różnych kulturach świata bliskoznaczność  symboliki  pustki, ciszy (milczenia) i ciemności. Rudolf Otto bardzo trafnie wskazał, że tym co łączy owe trzy symboliki jest negacja. Można śmiało powiedzieć w duchu Otta, że jest to twórcza negacja, bowiem "usuwa wszystko 'to i tu', aby 'coś całkiem innego' stało się aktem". Te trzy symboliki - pustki, ciszy i ciemności - są w istocie tylko "środkiem" do ujawnienia się numinosum. W pokrewieństwie tych symbolik wolno przeczuwać pewną uniwersalną postawę wyobraźni, której szanse pojawienia są zawsze duże. W wypadku Góry Dobrzeszowskiej, miejsca świętego, w którym  bije wspólny puls wierzeń germańskich i słowiańskich, szanse odsłonięcia takiego wzorca symboliki rosną, gdy porównamy kilka informacji ze źródeł pisanych. Najpierw chciałbym zwrócić uwagę na  trafiające się u wczesnośredniowiecznych kronikarzy  informacje o ograniczeniach dostępu do najściślejszej strefy sacrum w niektórych świętych miejscach Słowian. Helmod z Bozowa (Helmmodi presbyteri Bozoviensis Chronica Slavorum I, 84) powiada, że do przybytku Prowego "boga ziemi stargardzkiej" w jego świętym gaju wstęp mieli tylko kapłani, ci którzy chcieli złożyć ofiary oraz ludzie, którym groziło niebezpieczeństwo śmierci i szukali tam azylu. Adam z Bremy (Gesta Hammaburgensis ecclesiae pontificum II,21[18]) z kolei zanotował, że przez drewniany most prowadzący do świątyni Swarożyca w Radogoszczy pozwalano przejść tylko tym, którzy zamierzali złożyć ofiarę lub zasięgnąć wróżby. Z takimi ograniczeniami dostępu do niektórych miejsc świętych spotykamy się też u Germanów i informuje o tym wczesne źródło, jakim jest Germania Tacyta. Do świętego gaju Semnonów  mógł dostać się tylko człowiek skrępowany więzami (Germania 40). Ta krótka wzmianka jest dość zagadkowa i być może mówi o ofierze z człowieka - co jest tym bardziej prawdopodobnie, iż nieco dalej Tacyt donosi o topieniu niewolników, którzy corocznie wyprowadzali i wprowadzali z powrotem wóz bogini Nerthus do jej  "nietknietego" gaju na wyspie. Wynikałoby z tych wzmianek, iż u Germanów niektóre święte miejsca - a raczej ich najściślejsza strefa sacrum -  były w istocie nieomal  całkowicie niedostępne dla wiernych:  wchodzili w ich obręb tylko ludzie ofiarowani bogom i - jak trzeba się domyślać - kapłani ofiarnicy. W źródłach pisanych natrafiamy także na cenne zapiski ujawniające symbolikę ciszy (milczenia). U Saksona Gramatyka (Gesta Danorum, XIV,39,3) czytamy, że do celli świątyni Świętowita w Arkonie prawo wstępu miał wyłącznie kapłan, który wchodząc musiał wstrzymać oddech. Charakterystyczne jest, że ta wzmianka równocześnie może być łączona z symboliką idealnej próżni (kronikarz domyślał się, że chodziło o nieskalanie bóstwa oddechem śmiertelnika) i z symboliką idealnej ciszy (milczenia). Milczeniem  - jak notuje Tacyt w Germanii, 12 -  zaczynały się thingi, rytualne zgromadzenia starożytnych Germanów. Warto także zauważyć w wierzeniach Skandynawów postać zagadkowego boga Hoenira, którego Jan de Vries rozszyfrował jako boga rozważnego i uroczystego milczenia oraz ceremonii kultowych. Ten nieodmiennie milczący bóg, by przemówić potrzebował wieszczej, uciętej głowy Mimira (tylko Mimir umiał przechwycić i zrozumieć jego myśli). Hoenir miał przeżyć kosmiczną katastrofę (ragnarök) i w odrodzonym świecie zjawić się z wróżebną różdżką, by  - jak można odgadywać -  przewodzić rytuałom.  Najskromniejsze, za to bardzo wartościowe, są zapiski ujawniające symbolikę ciemności. Tacyt pisze o Germanach, że "noc według ich mniemania idzie przed dniem". Dlatego też "gromadzą się w oznaczonych dniach o nowiu, albo o pełni księżyca", bo taki czas uważają "za najpomyślniejszy początek dla przedsięwzięć" (Germania 12). W tym właśnie ustępie Germanii czytamy, że rytualne zgromadzenia rozpoczynały się  milczeniem nakazanym przez kapłanów, którzy też mieli prawo jego egzekwowania. Bardzo podobnie pisze o Galach Cezar (Wojna galijska VI,18): "wszelkie podziały czasu określają oni nie według dnia, lecz nocy, aby noc zawsze poprzedzała dzień". Dysponujemy zatem wyraźną podpowiedzią, że inicjalna symbolika nocy była szerzej znana w "barbarzyńskiej" Europie i trzeba przypuszczać, iż nieobca była również ludom słowiańskim.

Nie widzę żadnych przeszkód, by uznać iż na Górze Dobrzeszowskiej właśnie "noc poprzedzała dzień" i że istotne rytuały odbywały się tam w ciemnościach nocy przed zapaleniem ogni o wschodzie słońca. Analiza archeoastronomiczna wskazała kulminacyjną datę w rytualnym kalendarzu tego świętego  miejsca - około 1 maja. Wchodząc na tę górę w pierwszych dniach maja i stając pośrodku kręgów, przy "kamieniu centralnym", widzimy słońce wschodzące dokładnie na linii przerw w wałach i śladów spalenizny. Na południowy wschód leży Góra Siniewska, a następnie na tej samej linii ukazuje się Łysa Góra. Najprawdopodobniej więc rozpalano ogniska na kolejnych górach w miarę jak słońce wschodziło coraz dalej na horyzoncie. Na Łysej Górze już odkryto starożytny kamienny krąg, na Górze Siniewskiej takie odkrycie jest dopiero spodziewane (na zdjęciach lotniczych można wypatrzyć jakieś elipsoidalne założenie). Trzeba także zbadać inne góry, rysuje się bowiem hipoteza o istnieniu całego systemu miejsc rytualnych w Górach Świętokrzyskich.

Wykopaliska na Łysej Górze (ekipa Jerzego Gąssowskiego) ujawniły dwa eliptyczne wały, nie łączące się ze sobą, otaczające szczyt góry z dwu stron, od zachodu i wschodu. Wały zbudowano z luźno narzuconych mniejszych i większych kamieni. Wał od strony wschodniej jest staranniej wykonany, zaś od strony zachodniej być może nie został ukończony. Imponująca jest łączna długość wałów: dzisiaj 1,5 km, a pierwotnie zapewne ok. 2 km. Szerokość wałów wraz z rozsypiskiem dochodzi do 15 m, wysokość sięga 3 m. Również w obrębie tych wałów nic nie znaleziono, ani jednej monety czy szpili. To miejsce jest znów archeologicznie całkowicie jałowe! Tylko w rozsypiskach wałów znaleziono resztki wczesnośredniowiecznej ceramiki, która pozwala datować to stanowisko na VIII-IX wiek.

Datę około 1 maja można kojarzyć z kalendarzem celtyckim. W noc poprzedzająca i w dzień 1 maja Celtowie obchodzili święto Beltaine, inaczej st.irladz. Bel-tene "Ognie Bela". Bel lub Belanos "Świecący", "Jasny" był bogiem światła i oczyszczenia, władającym mocami życia i śmierci, porównywano go do greckiego Apollona. Beltaine otwierało lepszą połowę roku: porę ciepła, płodności ziemi i zwierząt. Rozpalano wtedy m.in. wielkie ogniska - w przeszłości druidzi mieli je rozpalać za pomocą promieni słonecznych. Obchody tego święta miały dwie fazy. W nocy zwykli ludzie raczej nie opuszczali swoich siedzib. Wtedy bowiem z zaświatów przybywali na ziemię zmarli przodkowie oraz różne demoniczne istoty, tak straszliwe jak np. opisany w walijskim Mabinogionie ("Opowieść o Llud i Llevelsie") rozjuszony walką smok, którego niesamowity krzyk paraliżował strachem ludzi i czynił bezpłodnymi zwierzęta, ziemię i wodę. Niektórzy ryzykowali jednak spotkanie z groźnymi przybyszami, by wypytać ich o przyszłość. W dzień ludzie gromadzili się wokół rytualnych ognisk i odpalali od nich nowy ogień, mający tlić się w ich domowych paleniskach cały rok. Pomiędzy rozpalonymi ogniskami przepędzano bydło, co miało je chronić przed wszelkimi chorobami i innymi wypadkami. Wreszcie wokół ognisk wirowano w tańcu w kierunku wyznaczonym przez ruch słońca, co miało uruchomić magiczne moce życia. Beltaine było przede wszystkim świętem odnowienia świata i rozpoczynania wszystkiego od nowa. Warto również wziąć pod uwagę obszar germański. W wierzeniach ludowych znana jest tam niebezpieczna "noc Walpurgi"  (z 30 kwietnia na 1 maja), kiedy zaświaty opuszczają zmarli i rozmaite demony. W tę noc czarownice gromadziły się na sabatach, natomiast ludzie chowali się przerażeni po domach - z wyjątkiem tych, którzy spodziewali się wydobyć od zaświatowych istot wróżebne przepowiednie. W etnologii wciąż utrzymuje się stara hipoteza, że "noc Walpurgi" jest wspomnieniem  po wierzeniach środkowoeuropejskich Celtów. Niezależnie od tego czy jest to hipoteza trafna czy też nie, data około 1 maja wydaje się w "barbarzyńskiej" Europie charakterystyczna dla pierwotnego kalendarza, dzielącego rok na dwie połowy (wtedy druga znacząca data wypada około 1 listopada).

Przypominam, że trzeba wykluczyć, by ruchliwy, świąteczny tłum docierał na sam szczyt rytualnych gór, wchodził w obręb kamiennych wałów. Można zatem przypuszczać, że właśnie w tych niedostępnym dla zwykłych wiernych miejscach odbywały się najbardziej niebezpieczne rytuały święta wiosennego - rytuały nocne, gdyż to w nocy na chwilę stykały się ze sobą "ten" i "tamten" świat. Można również mieć nieomal stuprocentową pewność, że wśród tych rytuałów istotną rolę grały rytuały wróżebne. Człowiek kultur archaicznych - to znów jest postawa uniwersalna - nie wątpił, że przyszłość można poznać i nigdy nie rezygnował z takiej szansy. Pytania o przyszłość, zadawane w imieniu całej społeczności, były elementarną funkcją "wielkich" świąt kalendarzowych, łączących ludzi z kosmosem.

           Pogański krąg rytualny na Łysej Górze musiał zadziwiać i niepokoić swą skalą. Nieprzypadkowo tu właśnie, w jego centrum, benedyktyni już w XII wieku zbudowali kościół i klasztor. Chcąc wyegzorcyzmować to miejsce "ohydnych pogańskich zabobonów" misi zdobyli rychło dla swego kościoła najdroższą dla chrześcijan relikwię - drzazgę krzyża świętego. Stąd bierze się inna nazwa góry i klasztoru Święty Krzyż. Natomiast w tradycji ludowej góra ta znana była pod innymi znaczącymi nazwami: Łysiec (w XV wieku Lissecz, to najstarszy zapisany wariant tej nazwy)  lub Łysa Góra. Pierwsza nazwa jest bardziej swoista i być może - ale jest to tylko chętnie widziana hipoteza - wywodzi się od "łyskania", błysków piorunów. Mielibyśmy zatem podpowiedź co do natury pogańskiej epifanii pojawiającej się w tym miejscu. Druga nazwa jest szeroko znana w różnych stronach Polski. Łysa to wariant określenia ciemna, czarna. Łysa (czarna) góra stanowi opozycję do białej góry, bez wątpienia jest to opozycja wartościująca zła - dobra góra. Ta demoniczna konotacja jest oczywistym wspomnieniem pradawnej rytualnej roli góry. Znamienne jest wreszcie, że jeszcze Jan Długosz określał Łysą Górę jako "najważniejszą", ale też jako "najwyższą" (!) górę w królestwie. Dzięki tym określeniom możemy dzisiaj bez wahania rozszyfrować tu uniwersalną archaiczną symbolikę góry kosmicznej, czyli miejsca "środkowego", gdzie łączą się ze sobą trzy piętra kosmosu: otchłań, ziemia, niebiosa.

Pomimo wszelkich usiłowań benedyktynów Łysa Góra wciąż przyciągała okoliczną ludność z pobudek całkowicie obcych chrześcijaństwu. Jeszcze w XV wieku, pod pretekstem jarmarku w Zielone Świątki, na samym szczycie góry, tuż pod bokiem klasztoru, wieśniacy urządzali sobie żywiołową zabawę. Zakonnicy skarżyli się potem na niesamowity hałas, w powietrzu wibrowały dźwięki trąb, bębnów, piszczałek. Wśród tłumu nagle tworzyły się taneczne koła. Wieczorem na zboczu góry zapalano ogniska. Drugi jarmark, również wielce gorszący mnichów, odbywał się w okolicy dnia św. Wawrzyńca (10 sierpnia). Niewiele o nim wiadomo, w każdym razie, gdy wreszcie w roku 1468 król Kazimierz Jagiellończyk, wyczuwając uparte trwanie pogańskich tradycji, zniósł jarmarki na szczycie góry i przemieścił je niżej, wyznaczył dwie ich daty: tydzień na Zielone Świątki i tydzień około dnia św. Wawrzyńca. Co jest charakterystyczne, św. Wawrzyniec kojarzony był przez Kościół z żywiołem ognia, a jego posągi jeszcze w XIX wieku stawiano w miejscach zagrożonych przez pożar. Można więc przypuszczać, że również z tym świętem łączyło się na Łysej Górze palenie ognisk. Należy też dostrzec, że  10 sierpnia słońce wschodzi na horyzoncie na tej samej wysokości co 1 maja.

W kronikach klasztoru świętokrzyskiego błąka się jednak także data 1 maja. W ten dzień chłopi, jak to enigmatycznie zapisano, mieli na górze "oddawać" jakieś ofiary. Za to 3 maja benedyktyni uroczyście obchodzili dzień znalezienia krzyża świętego. Odpust w tym dniu gromadził również spore tłumy pielgrzymów. Czy te dwie daty łączą się ze sobą na zasadzie wymiany symboli pomiędzy starą i nową wiarą? Bardzo to prawdopodobne. Powiedzieć też trzeba, że dysponujemy cennym świadectwem z XVI wielu potwierdzającym w okolicach Łysej Góry szczególne znaczenie daty 1 maja. W Powieści rzeczy istey o założeniu klasztoru na Łysej Górze czytamy, że w tym miejscu był "kościół trzech bałwanów Lado, Boda, Leli, do których prości ludzie schodzili się 1 maja" . Imiona tych "bałwanów" są być może zniekształcone czy nawet wymyślone, wszelako w niczym to nie zmienia faktu,  że  wciąż żywa była świadomość pogańskich tradycji w tym miejscu i tej dacie. 

Zielone Świątki są jedną z dwu dat ludowego kalendarza, w których widziano moment przełomu w cyklu wegetacyjnym, początek pory płodnej, lata. To stara data kalendarza księżycowego, gdy druga data, dzień św. Jana - dzień równonocy, to data kalendarza słonecznego. Te dwie daty spotkały się ze sobą gdzieś na przecięciu kultur, w nieokreślonej przeszłości  i wciąż spotykają się ze sobą w tradycji ludowej. Stąd po wsiach tu obchodzono wspanialej Zielone Świątki, tam znów św. Jana czy też oba te święta równie uroczyście. Ich wspólnym rysem  - i to w europejskiej perspektywie - są orgiastyczne rytuały. Najjaskrawszą ich formą były tzw. sobótki, czyli tańce dziewcząt wokół rozpalonego w nocy ogniska. Dziewczęta, nagie - co utrzymywało się gdzie niegdzie jeszcze w XIX wieku - wirowały w koło ogniska, przy rytmicznym śpiewie, aż do utraty przytomności. W chwili, gdy ogień dogasał, nagle wypadali z ukrycia chłopcy, chwytali wybrane przez siebie dziewczęta i przenosili je ponad żarzącym ogniem. Na resztę nocy pary znikały. Święto sobótki grało, to oczywiste, rolę rytuału inicjacji seksualnej, ale pierwiastek orgiastyczny ma przede wszystkim elementarne znaczenie we wszelkich rytuałach pobudzających najogólniej pojmowane kosmiczne moce życia i płodności. Każda granica, również granica w czasie, przybliża do siebie brzegi dwu światów: "tego" i "tamtego". Dziewczęta w tańcu wirowały w lewo, więc w kierunku "wstecz", "w głąb" - aż do otchłani. W świecie archaicznej wyobraźni to wszak w gestii zmarłych przodków znajdowały się ukryte, podziemne moce życia i płodności. Także każda inicjacja, więc i seksualna, stanowiła rytualną formę spotkania ze śmiercią i cudownego powrotu do życia.

Ostentacyjna wrzawa to tylko jedna z postaw rytualnych związanych z niebezpieczną chwilą zetknięcia się ze sobą dwu światów. Z anonimowego kazania na Poniedziałek Wielkanocny z 1 połowy XVI wieku, odszukanego przez Aleksandra Brücknera, wynika iż noc poprzedzającą Zielone Światki wieśniacy spędzali pod gołym niebem, chodzili wtedy boso i zachowywali milczenie ("nie rozmawiają z ludźmi") - choć nie idealne, bowiem wywoływali demony.  Na tle zachowywanej ciszy tym dobitniej wszakże brzmiały słowa kierowane do pojawiających się wówczas tajemniczych istot. Bardzo znacząca jest także informacja, że w tę noc chłopi chodzili boso. To jest dobrze znany w kulturach archaicznych rytualny sposób uzyskania bezpośredniego kontaktu ze światem podziemnym - stawiając bose stopy na ziemi człowiek czuje się równocześnie bliżej podziemi. Z kilku zdań późnośredniowiecznego kaznodziei wyłania się zatem całkiem sensowny scenariusz rytualny. Chłopi gromadzą się w ciemnościach nocy, w otwartej przestrzeni, są bosi i zachowują milczenie. Dzięki tym rytualnym warunkom i zachowaniom starają się znaleźć jak najbliżej, tylko w wyjątkowych chwilach widzialnego i słyszalnego, sąsiedniego "tamtego" świata. Z wielu innych źródeł wiemy jednak doskonale, że nie zachowywali milczenia przez całą noc. Milczenie, jak odgaduję, było rytualnym sposobem zachowania się w pierwszej części niebezpiecznej nocy, kiedy światy znów oddalały się od siebie  ludzie odzyskiwali głos.  

Z tych różnego rodzaju informacji - archeologicznych, etnohistorycznych i etnograficznych - zarysowuje się bardzo ciekawa topografia rytualna. Na szczycie gór wyizolowano wielkimi kręgami kamiennymi idealnie puste miejsce, w którym zbierały się nadnaturalne moce. Z tego miejsca, z jego granic, rozpalając ogniska dawano znać  o wschodzącym słońcu, rozpoczynającym najdoskonalszą porę roku: urodzajne lato. Stąd obserwowano więc kosmos i tu kontakt z bogami (a zapewne też ze zmarłymi przodkami i demonami) był najpełniejszy. Wyizolowany szczyt góry był najprawdopodobniej traktowany jako miejsce w istocie nie należące do "tego" świata. Tuż poniżej, już w strefie o mniejszym  potencjale świętości, która rozpraszała się w otaczającym świecie, wokół wznieconych o świcie ognisk z nowym ogniem praktykowano właściwe  symbolice odrodzenia mocy życia i płodności orgiastyczne i hałaśliwe rytuały.  Idealna pustka i cisza na szczycie góry zamieniały się poniżej w  zgiełk i  hałas tłumów.   

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w samej nazwie jednej z tych świętych gór - Łysiec (od "łyskania" piorunów) mamy wyraźną sugestię co do rodzaju doświadczanej tam epifanii. Prawdopodobnie na wyizolowanych szczytach tych gór w ciemnościach nocy, w milczeniu wypatrywano i nadsłuchiwano stwórczych i oczyszczających świat piorunów.  W każdym razie taki domysł dobrze pasuje do współczesnych rekonstrukcji religii Słowian, w których piorunowładca i pan nieba widziany jest jako główna postać panteonu, a błyskawica jawi się jako najdoskonalsza moc oczyszczająca (nie inaczej zresztą niż w innych starożytnych kulturach kręgu indoeuropejskiego). Przypomnę tu znany ustęp u Prokopa z Cezarei (Wojna gocka VII, 14, 23), w którym powiada on o Antach, że za najważniejszego boga uważali "twórcę błyskawicy" będącego "jedynym władcą wszystkiego".

Wreszcie wypada zwrócić uwagę na  uderzający całkowity brak pozostałości składanych na tych górach krwawych ofiar. Czy w ogóle praktykowano tu takie rytuały? Na Górze Dobrzeszowskiej  odkrywcy sanktuarium zidentyfikowali podwalinę pod ołtarz i kamień ofiarny na zewnątrz wałów. A zatem być może krwawe ofiary jednak składano, tylko potem starannie usuwano je ze świętej przestrzeni. Być może akty ofiarne były  tu ukrywane w pustce, ciemności i milczeniu i stanowiły niedostępną zwykłym wiernym tajemnicę tych miejsc.   

Taka próba wyjaśnienia intrygujących odkryć archeologicznych może wydawać się bardzo skromna. Najpewniej na zawsze pozostanie tajemnicą to, co działo się wewnątrz kamiennych wałów. I wcale nie dlatego, że nie dysponujemy  - bo nigdy nie istniały -  źródłami pisanymi, oświetlającymi religijną historię tych miejsc. W świecie grecko-rzymskim nawet w najwspanialszych miejscach kultu stajemy wobec nie dających się rozwikłać tajemnic. Wejście w obręb murów niektórych świętych okręgów łączyło się ze złożeniem przysięgi milczenia o wszystkim, co tam można było ujrzeć i o tym, co się tam dzieje. To zdumiewające, ale w gadatliwym świecie śródziemnomorskim nikt właściwie nie złamał tej przysięgi milczenia. W najlepszym wypadku odkrywamy w tekstach tylko różne mniej lub bardziej zrozumiałe aluzje. W najsłynniejsze misteria greckie w Eleusis musiało być wtajemniczonych dziesiątki tysięcy ludzi, może jeszcze więcej, a jednak nikt nie odważył się zdradzić ich tajemnic. Obok przysięgi milczenia, składanej przez inicjowanych w misteria, powszechny był w Grecji zakaz mówienia o niektórych elementach rytuałów - były one chronione przed czczą ciekawością jako "zakazane" (aporrheta) albo "niewysławialne" (arrheta). Czytając Herodota czy Pauzaniasza, autorów najdokładniej oprowadzających po świecie greckim, co chwila złościmy się, że w materii wierzeń i rytuałów są tak ostrożni - wciąż natrafiamy u nich na irytującą formułę "o tym nie wolno mi powiedzieć". Cisza  - jak odgadujemy -  panująca  w kamiennych kręgach w Górach Świętokrzyskich być może miało taki właśnie sens. Miała ukrywać tajemnicę, której ujawnienie groziło utratą mocy rytuałów.

A jednak zawsze będziemy ciekawi co było w środku, co otaczano tajemnicą. Czasami wiemy lub możemy się domyślać, jakie to były przedmioty. Kłos zboża w greckich misteriach Demeter, wróżebny kocioł w rytualnych zgromadzeniach u Celtów i Germanów, lustro w sintoistycznych świątyniach w Japonii. Na ogół są to zwykłe formy, które trzeba ukrywać, by nie rozproszyć otaczających je wyobrażeń o ich niezwykłości. Znakomicie tę postawę człowieka kultur przednowoczesnych ukazał na przykładzie Japonii Alex Kerr: "W Izumo, najstarszym chramie sinto, przedmiot kultu przebywał w ukryciu tak długo, aż zapomniano, co to było: mówiono o nim 'obiekt'. Wiemy, że w Wielkim Sanktuarium Ise takim przedmiotem było lustro, ale nikt nie widział go od co najmniej tysiąca lat. Zapytany o Ise dziewiętnastowieczny japonista Chamberlain powiedział: 'Nie ma tam nic do zobaczenia i nie dadzą ci tego zobaczyć' ". Trzeba uczciwie powiedzieć, że nie wiadomo czy kamienne kręgi w Górach Świętokrzyskich nie chroniły jakichś świętych przedmiotów, które łatwo było stamtąd zabrać. Wtedy pustka tego miejsca nie byłaby idealna. Negatywny wynik badań archeologicznych wewnątrz świętokrzyskich kamiennych kręgów (określanych czasem sugestywniej: plenerowymi uroczyskami) zdaje się mi ciekawszy, niż gdyby wykopano tam kunsztowne wyroby ze złota. Zamiast złota prawdopodobnie ujawniono ślady pozornie prostych, a w istocie bardzo wyrafinowanych postaw rytualnych, wykorzystujących symbolikę pustki, ciemności i milczenia.

Na koniec chciałbym przypomnieć, że wyodrębnione kamiennymi wałami święte miejsca Słowian z końca I tysiąclecia na Górze Dobrzeszowskiej i Łysej Górze nie są jedynymi tego rodzaju rozpoznanymi stanowiskami archeologicznymi w Polsce. Wśród kilku innych wypada wymienić przede wszystkim Ślężę, Radunię i  Wieżycę, także zapewne Grodową (Tumlin) i Zamkową (Widełki) . Niektóre z tych gór były wcześniej wykorzystywane w celach rytualnych  także przez starsze kultury, co sprawia  iż  ich obraz archeologiczny jest bardziej skomplikowany. Wiele jednak wskazuje, że również  w tych miejscach można poszukiwać podobnej symboliki pustki i  prawdopodobnie również ciemności i ciszy (milczenia).

Jarosław Kolczyński

pierwodruk: "Z otchłani wieków" r. 60: 2005, nr 1-4, s. 192-202



Nota bibliograficzna

Problemy sygnalizowane w tym artykule miałem już okazje przedstawić nieco dokładniej: J. Kolczyński, W poszukiwaniu symboliki pustki, ciemności i milczenia, "Etnografia Polska", t. XLVIII:2004, z.1-2, s. 131-148.

Ostatnio "plenerowe" sanktuaria Słowian w z ich okręgami świątynnymi, inaczej sanktuaria w świecie "natury" w przeciwieństwie do sanktuariów w świecie "kultury", skonfrontował L. P. Słupecki, Sanktuaria w świecie natury u Słowian i Germanów. Święte gaje i ich bogowie, [w:] Człowiek, sacrum, środowisko. Miejsca kultu we wczesnym średniowieczu. Spotkania Bytomskie IV, pod red. S. Moździocha, Wrocław 2000, s. 39-47.   

Wyniki badań archeologicznych na Górze Dobrzeszowskiej: E. Gąssowska, Sanktuarium pogańskie w Dobrzeszowie, "Z otchłani wieków", r XLV:1979, z.. 2, s. 122-127; analiza archeoastronomiczna: R.  M.  Sadowski, Possible Astronomical Orientations at an Ancient East-European 'Sanctuary', "Archaeoastronomy", t. II:1979, nr 4, s. 17-20.

Symbolikę pustki, ciszy i ciemności zestawia R. Otto, Świętość, tłum. B. Kupis, Warszawa 19932, s. 94-96.

Hoenir w interprpretacji J. De Vriesa, Altgermanische Religionsgeschichte, Berlin 1957, t. II, s. 268-271;  L. P. Słupecki, hasło Hoenir [w:] Słownik mitologii świata, red. J. Kolczyński (w przygotowaniu).

Wykopaliska na Łysej Górze: J., E. Gąssowscy, Łysa Góra we wczesnym średniowieczu, Wrocław-Warszawa-Kraków 1970;

Łysa Góra w oświetleniu źródeł etnohistorycznych, m.in.: J. Gacki, Benedyktyński klasztor Świętego Krzyża na Łysej Górze, Warszawa 1873; J. E. Gąssowscy, j.w.; L. P. Słupecki, 'Powieść rzeczy istey' jako źródło do dziejów pogaństwa na Łyścu, [w:] Kultura średniowieczna i staropolska. Studia ofiarowane A. Gieysztorowi w pięćdziesięciolecie pracy naukowej, Warszawa 1991, s. 377-386; M. Derwich, Wiarygodność przekazów pisemnych na temat kultu pogańskiego na Łyścu. Archeolog a źródła pisane, [w:] Słowiańszczyzna w Europie średniowiecznej, t. I, Wrocław 1996, s. 97-104, B. Wojciechowska, Tradycja igrzyska "Stado" na Łysej Górze, [w:] Pamiętnik Świętokrzyski. Studia z dziejów kultury chrześcijańskiej, Kielce 1999, s. 98-104.

Anonimowe XVI wieczne kazanie na Poniedziałek Wielkanocny: A. Brückner, Literatura religijna w Polsce średniowiecznej, t. 1. Kazania i pieśni. Szkice literackie i obyczajowe, Warszawa 1902, s. 55.

B.H. Chamberlain o świątyni w Ise: A. Kerr, Japonia utracona, tłum. M. Kwiecińska-Decker, Warszawa 1999, s. 165-166.



Jarosław Kolczyński

Komentarze: 4

[foto]1. dziękuję • autor: helka /Helka (2015-07-06 18:15:33)

Świetny tekst.
Jestem zafascynowana Łyścem. Przyciąga mnie ta góra i wabi. Jeżdżę tam często, najchętniej poza sezonem turystyczno-pielgrzmkowym i w nietypowych porach. Najchętniej w ciszy i sama. Zdarzało mi się wielokrotnie być jedynym gościem (poza mieszkającymi tam mnichami, schowanymi w klasztorze). Warto.

[foto]2. Jarosław Kolczyński, 1957 - 2012 • autor: Wojciech Jóźwiak (2017-05-20 08:29:08)

http://nekrologi.wyborcza.pl/0,11,,148121,Jaros%C5%82aw-Kolczy%C5%84ski-nekrolog.html

Co dodać? Jarosława Kolczyńskiego znałem z emailowych korespondencji. Raz spotkałem go w realu na dyskusji po jakimś wykładzie. Potem zaskoczył mnie tamten nekrolog.

Wymieniony w bibliografii "Słownik mitologii świata, red. J. Kolczyński (w przygotowaniu)" -- nie został wydany.
Tak znikamy.

3. Super tekst! • autor: lowa.lofsonk (2017-05-20 01:07:04)

Niesamowita złożoność i wielość symboli tego eseju daje ogromny wgląd w dzieje, wiarę, naturę rzeczy...piękne, dziękujemy. Hough!

4. Św. Krzyż • autor: (2017-05-20 15:51:35)

 Łysa Góra jest miejscem mocy i dlatego tam lokalizowano miejsca kultu. Na szczycie ,tam gdzie jest zlokalizowany klasztor  jest miejsce bardzo silnego promieniowania radiestezyjnego, podobnie zresztą jak na Ślęży.Te punkty najsilniejszego promieniowania można ustalić przy pomocy radiestezyjnych przyrządów, a wrażliwsi nawet bez nich..http://www.4wymiar.pl/artykul/937.html