Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2017-03-09

Wojciech Jóźwiak

Goffa: Pan Psychizm

Pierwsze wrażenie po przeczytaniu artykułu „Panpsychizm jest szalony, ale najprawdopodobniej jest to prawda” miałem jak w przysłowiu: „Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosię”. Nie dość nam wszystkich dotychczasowych problemów, to jeszcze wymyślamy sobie, że nie tylko my-ludzie i nasze koty mamy uczucia i doświadczamy czegoś, ale czującymi istotami (sentient beings po buddyjsku) jest wszystko, włącznie – jak pisze Autor – z elektronami i kwarkami.

Nawet pomyślałem, czy czasem Autor nie gra oto w grę podobną do gry w sułtana Brunei: „Jestem sułtan Brunei, zrób mi herbatę” – czyli rzuca jakieś absurdalne hasło po to, żeby zwrócić na siebie uwagę i przy tej okazji wycyganić dla siebie od innych jakieś przysługi i korzyści. Ale OK! Przecież uwierzyłem lub udałem, że wierzę, że ów ktoś jest tym sułtanem Brunei i jak w filmie „Powiększenie” (Blowup) Michelangelo Antonioniego podniosłem i odrzuciłem nieistniejącą piłkę, czyli spowodowałem zamieszczenie tego tekstu w Tarace.

Pocieszałem się, że realna wartość tego tekstu polega na tym, że uświadamia nam, jak niepewne, nieostre i nieokreślone są nasze wyobrażenia o naszej „świadomości” lub „życiu wewnętrznym”. Że być może, gdy lepiej się przyjrzeć, jest to tylko szereg nawyków i konwencji: że o pewnych sprawach w pewien sposób się mówi. O człowieku można sensownie powiedzieć, że ma życie wewnętrzne, o stole nie można. Z drugiej strony przypomina, że spora część ludzkości posługiwała się (i nadal się posługuje) poglądem animistycznym, w myśl którego znacznie więcej rzeczy w świecie „ma świadomość” lub „odczuwaną wewnętrznie naturę” (intrinsic nature – tak w oryginale), bo prócz „ludzi ludzi” są jeszcze „ludzie wrony” (crow people) a nawet „ludzie chmury” (cloud people).

Z trzeciej strony brak tego animizmu lub zapomnienie o nim – dokucza nam, czego przykładem aż nadto bolesnym niedawne lex Szyszko i furia z jaką Polacy uzbrojeni w mechaniczne piły rzucili się na swoje drzewa. Więc coś w tym jest. Być może gdyby byli bardziej animistyczni, piły częściej zadrżałyby im w rękach.

Ze strony kolejnej, panpsychizm, zwłaszcza gdy tak jak u Philipa Goffa dobrze zakotwiczony w dyskursie fizyki, musi budzić zainteresowanie i sympatię szamanów (lub szamanistów) – jako prawdopodobny sojusznik w odpieraniu naporu redukcjonistów butnie przekonanych o powszechniej bezduszności świata (i jego składników, i jego mieszkańców).

Nie przypadkiem Autor porównuje koncepcję panpsychizmu do ewolucji wg Darwina. Pogląd, że mikrocząstki „doświadczają swojego istnienia” wydaje się szalony i sprzeczny z rozsądkiem podobnie jak pogląd, że któryś kolejny (licząc wstecz) z naszych przodków nie był człowiekiem lecz małpą. A jednak nią był! Autor tym przykładem zaleca nie odrzucać szalonych koncepcji tylko dlatego, że przeczą rozsądkowi. Pokazuje, że kilka z takich szaleństw okazało się prawdą. Jednak gdy wejść dalej w porównanie panpsychizmu z darwinizmem, przestaje być tak dobrze. Rozsądek mówi: rodzic człowieka jest (i tylko może być) człowiekiem. Ten sam rozsądek mówi też: na pewno człowiek ma „wewnętrznie doświadczaną naturę”. Darwinowski ewolucjonizm przekracza rozsądek i mówi więcej: ...ale jeśli odliczysz długą serię przodków, to po pół milionie lat okaże się, że ówcześni nasi przodkowie różnili się gatunkowo od ludzi współczesnych, a po 10 milionach lat, że byli ssakami, które na podstawie wszelkich ich cech zaklasyfikowalibyśmy jako po prostu małpy. Podobnie panpsychizm orzeka: nie tylko ludzie mają „świadomość” czyli „doświadczają tego, że istnieją”, bo tak samo mają również inne ssaki (co do kotów, psów i pand na pewno nie mamy wątpliwości!), ptaki i zwierzęta w ogóle, i również rośliny, i inne żyjące istoty... Zanim pójdziemy dalej w tej wyliczance, wróćmy do darwinizmu. Gdyż tam dochodzimy do punktu, w którym ewolucjonizm mówi: stop! Bo oto nasz daleki przodek był podobnym do liścia morskim strunowcem, a jeszcze starszy kolonią komórek, jeszcze starszy organizmem złożonym z jednej komórki z jądrem czyli eukariontem; przodek o miliard lat starszy był prokariontem czyli pojedynczą molekułą DNA opakowaną w kapsułę z lipidów plus ileś enzymatycznych białek. Jeszcze starszy nasz przodek był prawdopodobnie samopowielającą się cząsteczką RNA. A wcześniej? Nie było. Koniec. Ewolucja życia prawdopodobnie zaczęła się od tego. O co mi chodzi? Ewolucjonizm jednak nie przedefiniowuje pojęcia „przodka” aż tak dalece, żeby za naszych pra-odległych „przodków” uznać atomy węgla, azotu, fosforu i tlenu. (Bo z tych jest RNA.) W pewnym momencie powiada: tu trzeba się zatrzymać, ponieważ w bardzo dawnej epoce zjawiska życia wyłoniły się z nie-życia. Panpsychizm w wersji, którą proponuje Goff tego nie robi: nie zatrzymuje się. Przeciwnie, twierdzi, że stwory dowolnie odległe od ludzi i niepodobne do nich, aż po „elektrony i kwarki” mają jakieś swoje psychiczności, jakoś w niepojęty dla nas sposób „doświadczają tego, że są”. To jest różnica, o którą mi chodzi: ewolucjonizm przyjmuje, że na pewnym etapie historii Ziemi życie wyłoniło się z nie-życia, czy inaczej mówiąc, zjawiska charakterystyczne dla życia czyli replikacja cząsteczek w rodzaju RNA, które do tej pory są kluczowymi składnikami żywych organizmów, zaczęła się w środowisku, której tej „życiowej” właściwości nie miało. Inaczej Philip Goff: w swojej koncepcji nie zakłada, żeby coś prymitywnego nie miało psychiczności, a coś bardziej złożonego już tę psychiczność miało, skądś ją dostawało. Sugeruje, że psychiczność czy „samoczułość” jest czymś powszechnym, co mają już najbardziej elementarne byty. (Rozsądkowo wolimy myśleć właśnie o tym drugim wariancie: że składniki materii nie są „samoczułe”, że jest to właściwość, którą nabywa się dopiero mając jakąś większą złożoność.)

To, co pisze Goff, wychodzi naprzeciw kilku poznawczym niepokojom. Pierwszy pochodzi od sztucznej inteligencji (AI). Oto są budowane boty do konwersacji: w pewnym momencie będą tak sprawne, że wrażenie obcowania z psychiką zupełnie ludzką będzie narzucać się. O czymś takim był film „Ona” (Her), i pewnie wiele innych. Czy o botach lekką ręką zdających test Turinga będziemy myśleć, że mają życie wewnętrzne? Ale tak się składa, że samoczułość kojarzy się nam z moralnymi zobowiązaniami. Czy będzie nam wolno takiego bota wyłączyć? Albo zabić bardziej doszczętnie, np. brutalnie wkładając do kuchenki mikrofalowej? A jeśli ma kopię na serwerze i wróci? Stary Stanisław Lem sześćdziesiąt lat temu wszystkie te kwestie rozważał...

Drugi poznawczy niepokój pochodzi o jedzących lub niejedzących mięso, czyli przyczyniających się lub nie do zabijania zwierząt. Wegetarianizm jest szlachetny, gdyż odcina niejedzącego od bezpośredniego związku z zabijaniem istot niewątpliwie czujących, cierpiących i przerażonych. Ale gdyby się okazało, że na mocy nawet ograniczonego panpsychizmu, nawet nie tak radykalnego jak u Goffa, nie tylko zwierzęta, ale i rośliny doświadczają, czują i cierpią, to co wtedy? Roślinom współczuć, OK! Ale nawet ziemniaków nie jeść? Jedlibyśmy dalej, ale wszedłby cień relatywizmu. Bo wraz z panpsychizmem wchodzi właśnie ów relatywizm: skoro wszystko czuje, wszystko cierpi, także korzeń marchwi krojony i wrzucany do wrzątku, to jakąż wyższość ma wegetarianizm? Skoro cierpienia nie da się uniknąć, to dlaczego by nie jeść tych świń, kur i karpi, wcześniej je zabiwszy albo i nie?

Trzeci poznawczy niepokój łączy się z nader polską kwestią od którego momentu wolno przerwać ciążę. Gdyby to uzależniać od samowrażliwości embrionu, to z panpsychizmu wynika, że nigdy, bo nie tylko płód mający już mózg czuje, że jest, ale też blastula, morula i zygota, a nawet jajo oraz plemnik. Każda emisja nasienia, nawet po bożemu do pochwy, byłaby masowym morderstwem. Ale byłoby nim też usuniecie wyrostka, a nawet mycie zębów szczoteczką, bo przecież przy tym odklejają się komórki nabłonka i mnóstwo DNA idzie na zatracenie.

W powyższych przykładach, a raczej w powyższych myślowych zaułkach problemem jest nasz nawyk łączenia samoświadomości lub posiadania wewnętrznego psychizmu – z solidarnością. Etyka bazuje na na solidarności ludzi wobec cierpienia. Ludzi odróżniamy od nie-ludzi po tym, że są z pewnością samoświadomi, zatem mamy skłonność solidarność wobec cierpienia kierować ku wszystkim, którzy są samoświadomi. Rozsądek i intuicja w pewnym momencie przestają nam pomagać. W przypadku inteligentnych botów (których realnie chyba jeszcze nie ma, ale lada rok się pojawią), zwierząt i embrionów stajemy się bezradni. Nie wiemy, jak je – ich – traktować!

Może wiązanie solidarności z samodoświadczaniem jest błędne? Błąd poznawczy?

Kolejny trudny wątek polega na tym, że chętnie łączymy wiedzenie, że się jest – ze złożonością. Sami z jednej strony wiemy, że jesteśmy świadomi, z drugiej strony wiemy, że jesteśmy niewyobrażalnie złożeni. Samych neuronów w mózgu mamy 150 miliardów i wydaje się, że właśnie ta złożoność czyni z nas istoty myślące, więc i samoświadome. Wydaje się też, że boty uzyskają swoją AI dopiero, gdy będą chodzić na procesorach o podobnie wielkiej złożoności. Tymczasem w poglądzie Goffa między samoświadomością a złożonością nie ma związku: bo „elektrony i kwarki” nie są złożone, a przeciwnie: są najprostszymi bytami świata, przynajmniej według obowiązującej obecnie fizyki.

Ale być może tego związku „wewnętrznego doświadczania” ze złożonością nie ma! Bo pamiętamy pomysł Rogera Penrose'a sprzed ponad 20 lat, że inteligencja polega na zachowaniach nie-algorytmicznych, a takie zachowania nie wynikają z wielkiej złożoności (bo najbardziej złożony algorytm pozostaje algorytmem, czyli czymś mechanicznym), tylko z umiejętności pobierania informacji z przyszłości, czyli, właściwie, z istnienia nie w punkcie czasu, ale w pętli czasowej (znów jak w opowieściach Lema) – co podobno (wg Penrose'a) umożliwia mechanika kwantowa. Więc być może wewnętrzny psychizm przysługiwałby tylko i właśnie „układom kwantowym”? Znów pytanie, czy wszystkim? (Kolejna nieznana ścieżka.)

Następny trudny wątek bierze się z pytania: po czym to poznać? Po czym poznać, że ktoś (lub coś) ma wewnętrzne doświadczenia, doświadczenie bycia? Z tym mamy kłopot już przy ludziach. Bo co z tym, gdy ktoś śpi? (Ale przecież się obudzi...) Jest pod narkozą? Jest po wylewie i nie reaguje, chociaż patrzy? W takim stanie się urodził? Urodził się szympansem? Świnką morską? Bukiem? Itd... Z ludźmi i to tymi bardziej normalnymi, rozwiązujemy problem tak, że łączymy podejrzenie o samoświadomość z możliwością porozumienia się. Ale jak pokazują powyższe przykłady, sposób ten jest zawodny jak za krótka kołdra.

Prócz tego jednak problem jest taki, że mamy trzy rzeczy:
A) materię, czyli właśnie te elektrony i kwarki,
B) informację (o której wierzymy, że wędruje po świecie mogąc zmieniać swoje nośniki, czyli jest niezależna od tamtych elektronów i kwarków); do informacji należy kwestia ewentualnego porozumiewania się z „istotami”
C) świadomość czyli bycie czującą istotą.
I jak te trzy rzeczy (którymi zajmują się różne i nieprzystające do siebie teorie, podejścia czy paradygmaty) połączyć i pogodzić?


Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 8

[foto]1. Nie bardzo rozumiem... • autor: Jarosław Bzoma (2017-03-09 17:20:36)

Nie bardzo rozumiem dlaczego świadomość miała by mieć jakikolwiek a tym bardziej jedyny związek z materią, czy też  zmysłowym odczuwaniem czegokolwiek.To bardzo fizykalno-biologiczny punkt widzenia. To błąd subiektywnego sądu tworów biologicznych łączących swoją percepcję z tym co postrzegają zmysłami fizykalnymi .Jestem przekonany że jest odwrotnie,  istnieje tylko świadomość bez jakiegokolwiek podłoża materialnego.Materia jest jedynie jedną z niepoliczalnej bo pozalogicznej ilości  form jaką świadomość przybiera, w tym przypadku istniejącą w sensie jaki temu nadajemy my ludzie, ale tak jest tylko z punktu widzenia samej materi w ludzkich formach samoświadomych.To znaczy  formach które są  świadome jedynie danych uzyskanych przez fizyczne zmysły.To niestety jest kołem hermeneutycznym trudnym do przezwyciężenia :)Zatem rozważanie czy materia jest świadoma nie  jest  nawet mentalnym  truizmem jest błędem popełnionym już na samym wejściu.

[foto]2. Ja też nie... • autor: Wojciech Jóźwiak (2017-03-09 17:43:16)

...rozumiem.

[foto]3. ...Ale... • autor: Wojciech Jóźwiak (2017-03-09 18:09:08)

...podobne pytania zostały postawione w poprzednim tekście w Aeon’ie, na który Ph. Goff odpowiedział: https://aeon.co/ideas/why-panpsychism-fails-to-solve-the-mystery-of-consciousness -- polecam.

[foto]4. Skąd to przekonanie,... • autor: Jarosław Bzoma (2017-03-09 18:24:22)

Skąd to przekonanie, że świadomość jest wynikiem procesów neuronalnych ?

http://tylkonauka.pl/wiadomosc/czlowiek-ktory-praktycznie-nie-posiada-mozgu-dowodzi-ze-nauka-nie-ma-bladego-pojecia-czym-

[foto]5. Zaraz przeczytam z Tylkonauka.pl, tymczasem moja lektura • autor: Wojciech Jóźwiak (2017-03-09 18:42:54)

Keith Frankish pisze  w Aeonie:

...Więc nie jestem panpsychistą. Zgadzam sie z panpsychistami, że wydaje się, jakby nasze doświadczenia miały pewną prywatną, wewnętrzną naturę [intrinsic nature] która nie może być wyjaśniona przez naukę. Ale z tego wyciągam inny wniosek. Wolę nie myśleć, że jest ona [ta "prywatna natura", WJ] fundamentalną właściwością całej materii -- myślę raczej, że jest ona iluzją. Jak mamy zmysły służące reprezentowaniu zewnętrznego świata, tak, podobnie, mamy też rodzaj wewnętrznego zmysłu, który reprezentuje aspekty aktywności naszego własnego mózgu. Ten wewnętrzny zmysł daje nam szczególną perspektywę na stany własnego mózgu, tworząc wrażenie, że mają one wewnętrzne [intrinsic] zjawiskowe jakości, które są całkiem różne od wszystkich właściwości fizycznych.  Jest to potężne wrażenie, ale tylko wrażenie. Świadomość w powyższym sensie nie jest wszędzie, tylko nigdzie. [Nie ma jej nigdzie.] Być może pogląd ten jest tak samo dziwny jak panpsychizm. Ale myślenie o świadomości może prowadzić do dziwnych poglądów.

[foto]6. Miałem podobne dylematy,... • autor: Jarosław Bzoma (2017-03-09 21:00:30)

Miałem podobne dylematy, czy sny nie są czasem wyrazem moich procesów neuronalnych, czy nie podróżuję po własnych organach wewnętrznych drogami nerwowymi i nie śnię swoich własnych stanów biochemicznych. Zapytałem o to sny i one odpowiedziały, że nie. Doświadczam pól Świadomości których jestem jedynie końcowym odbiornikiem i to marginalnym.Komuś muszę wierzyć.Wolę zawierzyć własnemu doświadczeniu ,  bo ostatecznie to  ja mam zostać przekonany a  Keith Frankish niech szuka świadomości dalej  :)

[foto]7. Zastanawiam się • autor: Katarzyna Urbanowicz (2017-03-10 14:03:25)

Zastanawiam się czy przypadkiem definicja samoświadomości nie powinna ulec zmianie. Do przykładowych obiektów, które można podejrzewać o samoświadomość, można też chyba dodać ule i mrowiska (jako zespoły jednostek) i inne tego rodzaju, a nawet ludzkich uczestników zbiorowych demonstracji czy rozruchów. A także Wszechświat. Kosmos wszak czasami (co widać świetnie w niektórych horoskopach) zachowuje się jak zbiorowość prowokująca np do erupcji buntu, wszechobecnych pomyłek, rozkojarzenia itp. Ja bym zadała takie pytanie:Czy istnieje nieuświadomiona osobowość?

[foto]8. Również tak sądzę,... • autor: Jarosław Bzoma (2017-03-10 20:01:27)

Również tak sądzę, świadomość może mieć formy zbiorowe jak dusza gatunku albo tylko jeden z poziomów może być samoświadomym a inne poziomy takiego zbioru świadomości  grupy mogą być świadome "inaczej" . A wszystkie mogą być we wspólnej relacji użytecznej dla każdego z poziomów.Człowiek właśnie jest elementem takiego "mrowiska" zwanego Duszą.Skałada się z poziomów czy aspektów albo archetypów, możemy to nazywać różnie.