Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Gliniana kobieta

Przespałem cały poprzedni dzień, mimo to w nocy spałem twardo, a sen przyśnił mi się tuż przed porą wstawania, późniejszą niż zazwyczaj bo niedziela.

Byłem u siebie, na wsi, ale szczegóły topografii zupełnie się nie zgadzały. Mieli przyjechać elektrycy i ludzie od telefonu, zrobić coś lepiej, ale jeszcze było sporo czasu i poszedłem z psami na spacer. Wybierałem się na pobliską, również należącą do mnie działkę, na której ostatnio paliłem w ognisku stare gałęzie. Chciałem zobaczyc czy z ogniem wszystko w porządku, zaplanować jakieś dalsze prace, ale to był tylko pretekst, naprawdę nie chciałem czekać na fachowców, ktoś zostawał w domu, mógł się nimi zająć.

Działka leżała na szczycie niewysokiego pagórka i po jego dalszej stronie, cała zarośnięta wysoką, suchą trawą i z rzadka innymi chaszczami. Od strony drogi była niestarannie ogrodzona siatką, kiedyś pomalowaną na biało. Brama była daleko, po przeciwnej stronie działki, postanowiłem skorzystać z przejścia przez posesję sąsiada.

Wszedłem przez nie zamykaną nigdy bramę, zaraz za nią rozciągał się zdziczały sad, ale z miejsca w którym stałem widok był rozległy, choć domu już nie widziałem, schował się za zakrętem drogi i za laskiem.
Po chwili moje psy zorientowały się, że skręciem z drogi i wpadły do sadu, bardzo zainteresowane nowym miejscem.

Po prawej stronie, w rogu, odgrodzony był kawałek dla drobiu. Żadnych ptaków tam teraz nie było, chociaż ziemia wciąż była rozgrzebana i nie zarośnięta trawą. Mimo to zamknąłem za sobą furtkę i wtedy podbiegł do mnie pies, nie mój, tutejszy nieduży gładkowłosy kundel. Nie mógł się zdecydować jak mnie traktować, czy szczekać, czy się łasić, w efekcie kręcił się wkoło wydając krótkie szczeknięcia. Po chwili dał się nawet pogłaskać, choć nie przestawał się kręcić.

To zamieszanie przywabiło gospodarza, niedużego męzczyznę w gumofilcach. Przywitaliśmy się z daleka, wyjaśniłem, co tu robię, zbył to machnięciem ręki.
- Uważaj pan na pastucha. Elektrycznego, tutaj leci - powiedział.
Płot od strony mojej działki był drewniany, już tak stary, że poprzewracał się w wielu miejscach. Teraz dopiero zauważyłem, że rozciągnięty jest na nim cienki drut na izolatorach, niektóre były po prostu szyjkami butelek zatkniętymi na gwoździach.
- W zeszłym tygodniu, tak mnie trzepnęło, że z pół godziny nie mogłem ręką ruszać.
- Ten pastuch? Jakiś inny musi być - zdziwiłem się
- Nie, tam na górze - wskazał w stronę, gdzie już po mojej stronie była ziemna piwnica - jakieś druty wystawały. Przeszkadzały przy zakładaniu pastucha, chciałem odsunąć i jak mnie telepnęło!
- Niby nie należało się ruszać - ciągnął - bo to już u pana, ale jak doszedłem do siebie, to sprawdziłem co to, zeby jakiegoś większego nieszczęścia nie było.
Zapewniłem go, że wszystko w porządku, ale nawet mnie nie słuchał.
- Agregat tam jakiś jest w tej piwnicy, chłodniczy chyba, ale pusty. To z niego te druty szły, więc go wyłączyliśmy, z kontaktu, bo bałem się więcej dotykać. Ale oprócz tego nic nie ruszaliśmy.
- Nic więcej ruszane nie było - powtórzył.
Przeprosiłem za kłopot, kolejny raz zapewniłem, że dobrze zrobił i o żadnej pretensji mowy być nie może.

Zobaczyłem jak na dole, przez trawę jadą samochody, chyba elektryków, ale może i nie, bo byli w złym miejscu i jechali bardzo szybko i pewnie. W jakiś sposób ten widok spowodował, że zacząłem się śpieszyć i bardzo chciałem już pójść na swoją stronę, zobaczyć co jest w tej piwnicy, ognisku zupełnie już zapomniałem. Psy się gdzieś zawieruszyły, zawołałem je, ale nie czekając ruszyłem w stronę narożnika płotu.

Piwnica w tym miejscu była wyższa i pokryta nie piaskiem i zielskiem jak zazwyczaj bywa, ale czerwoną stwardniałą gliną. Ściana była prawie pionowa, ale szorstka i pokryta wgłębieniami, jakby śladami po wspinaniu się, zostawionymi, kiedy glina była jeszcze mokra. Wyżej w ścianie były nawet otwory, ale nieco z boku od miejsca w którym się wspinałem, więc nie były pomocne. Niemniej zbadałem jeden z nich, macając od środka ścianę. Okazała się być niezbyt gruba, zrobiona z ubitego piasku, który osypywał się pod dotknięciem. Przestraszyło mnie to trochę, że cała konstrukcja jest krucha i pusta w środku. Bardzo mi zależało, żeby niczego nie zepsuć, więc dalej wspinałem się już ostrożniej, przywierając całym ciałem do ściany.

W końcu dostałem się na szczyt, był na wysokości pierwszego piętra, wąski i opadał łagodnie w kierunku przeciwnym do tego z którego przyszedłem. Ziemia, tam gdzie wyszedłem na górę, była, podobnie jak ściana, z czerwonej, wysuszonej na kamień gliny. Nagle zauważyłem, że stoję u stóp leżącej figury, podobnej do pokrywy sarkofagu. Była starannie wyrzeżbiona tej samej gliny, co wszystko tutaj. Opadlem na kolana, żeby ją dokładniej zbadać i zobaczyłem, że przedstawia kobietę, leżącą na plecach, ze złożonymi na piersiach rękoma, ciasno wpasowaną w skrzynię, trochę podobną do trumny, ale płytszą i lepiej dopasowaną do kształtu ciała, można by ją nazwać futerałem, jak na wiolonczelę. Kobieta była ubrana w długą suknię, o średniowiecznym lub ludowym rosyjskim kroju, oddane były wszystkie szczegóły: szwy, guziki, hafty. Ta staranność była nie na miejscu wśród ogolnego okolicznego zaniedbania.

Kolejnym zaskoczeniem była jej twarz - okrągła jak księżyc, jakby mongolska, ale o dużych, otwartych oczach i wydatnych ustach. Wyglądała bardzo egzotycznie, nie pięknie, ale było w niej coś sympatycznego. Bardzo mnie poruszyło to odkrycie, byłem przekonany, że nikt dotąd nie wiedział o tej rzeźbie, krzyknąlem coś do sąsiada, który został na dole. Odpowiedział mi niezrozumiale, może nie dosłyszał, krzyknąłem jeszcze raz, że ona nie jest nietutejsza, nie nasza.

W podnieceniu odkryciem nie odrywałem wzroku od twarzy rzeźby, zauważyłem teraz, że na ustach ma niewyraźny odcisk, coś jakby pieczęci, ale bez liter czy cyfr, tylko kilka płaskich, gometrycznych figur. Było to zupełnie niedopasowane do starannego wykonania całości, gdzie nawet faktura skóry była oddana, sprawiało wrażenie jakby urzędowego zarejestrowania czy zezwolenia.

Tymczasem reszta twarzy, poczynając od oczu, stała się jakby ekranem, lub półprzeźroczystą kulą, w której wyświetlała się wizja lub wspomnienie. Była to zawiła historia podróży, opowiadana krótkimi ujęciami, pełnymi szczegółów.
Natychmiast zatopiłem się w oglądaniu tej wizji, pełnej niezwykłego uroku, egzotyki, kwiatów, niezwykłych ludzi i zwierząt, zagadkowych barwnych obyczajów. Nie rozumiałem o co chodzi, wszystko działo się bardzo szybko, słonie ładowały skrzynie do żaglowców, patrzyli na to dżentelmeni w tropikalnych garniturach i damy z parasolkami, morze w porcie falowało, delfiny bawiły się wieńcami kwiatów na falach, obrazy zmieniały się coraz szybciej i były coraz wyraźniejsze, a ja tkwiłem oczarowany u boku posągu, klęcząc na twardej glinie.

Obudziłem się nagle, całkowicie świadomy, ale z poczuciem, że sen był równie realny, jak rzeczywistość. Długi czas jeszcze czułem tęsknotę za utraconą, a może nawet nigdy nieistniejącą egzotyką.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.