Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2013-07-01

Wojciech Jóźwiak

Festiwal Heard & Mind - Wilga 29-30 czerwca 2013 - trochę od zaplecza

Po dwóch intensywnych dniach szamańskiego festiwalu w Wildze obudziłem się z niedowierzaniem: to już „po”, już koniec? To było czy się śniło? Znów dzień zaczynam od włączenia komputera, a nie od ceremonii szałasu potu? Znów muszę przestawić się z poszerzonego na zwykły stan świadomości? No tak. Niezwykłe wydarzenia w końcu się kończą.

Co było i zrobiło na mnie wrażenie? Zacznę od szałasów potu, z których jeden prowadziłem, z moimi dzielnymi asystentami: Marią „Kojottą” i Darkiem. „Jeden” - bo szałasy, w sensie instalacji, stały trzy obok siebie, wokół centralnego ogniska, w którym ogniomistrze wygrzewali kamienie. To była wielka wygoda, że o kamienie nie musiałem się martwić. Wystarczyło wystawić głowę z szałasu i zaordynować: pięć kamieni proszę! Po czym kamienie, kierowane przez ogniomistrza, wjeżdżały do środka.

W sobotę szałas potu (w sensie ceremonii) odbył się w środku dnia, w niedzielę z samego rana. Dla mnie to było coś nowego, a raczej przypomnienie, że tak też można. Bo kiedyś, kiedy jeszcze brałem udział w ceremoniach szałasu u Davida Thomsona, szałasy bywały o różnych porach dnia i nocy. Później, odkąd już prowadziłem je sam, zwykłem robić je wieczorem, na początku nocy i przywiązałem się do tego, że jest to ceremonia nocna. A teraz na festiwalu zmiana, oto robimy szałasy w dzień, w pełnym świetle i raczej zaczynamy nimi dzień, a nie kończymy. Te dzienne szałasy bardzo mi się spodobały i chcę spróbować właśnie tak je prowadzić na warsztatach Twardej Ścieżki, które będą w to lato. Szałas potu, gdy umiejętnie poprowadzony, radykalnie podnosi energię, osadza w ciele – tzn. osadza w ciele inaczej niż zwykle; i lekko zmienia świadomość, a czasem bardzo. Znakomicie wprowadza w inne działania szamańskie. Przywraca poczucie bycia w tu-i-teraz. Odkryłem, że kiedy się robi szałasy potu wieczorem, to z wygenerowaną przez nie energią nie ma co robić... Bo co? Pogadać i spać?

Obserwowałem też moc szałasów, ich własną moc – czyli to, jak szałas potu w sensie pewnego wzoru dziania się, sam jako taki może działać jak mistrz-przewodnik. Coś jednak jest w tej hipotezie Sheldrake'a i w jego polach morficznych. Najwyraźniej istnieje i działa coś takiego, jak morficzne pole szałasu potu, które uformowuje zachowania ludzi (i ich myśli, ich świadomość), którzy do tego „ceremonialnego pola” dołączają. Bo obserwowałem, jak chaotyczny tłumek osób, których przed chwila jeszcze nic nie łączyło, prócz ekscytacji i rozwibrowania połączonych z obawami, z chwili na chwilę zmienia się w krąg – w porządek (czyli kosmos), który jest jakimś echem czegoś wyższego, wyższego porządku, który tu oto poprzez nas, nasze umysły i ciała, się jawi. Wtedy rola prowadzącego staje się mała i delikatna: nie przeszkadzać i tylko delikatnie ukierunkowywać to, co samo chce oto się wydarzyć. I się wydarza.

Nasz „tarakowo-twardościeżkowy” szałas potu postawiliśmy dopiero w sobotę, kiedy dwa szałasy „firmowe” już stały obok. Budowanie naszego szałasu było „warsztatem”, w którym wzięło kilkanaście osób i mam teraz dobrą okazję, aby im wszystkim (Wam Wszystkim) podziękować. Wydaje mi się też, że nie wszyscy budowniczowie potem weszli do środka na ceremonię...

Podziękowania chcę przekazać mnóstwu osób. Uczestnikom działań, które prowadziłem... Moim Asystentom... Giovanie, która przyjechała aż z Brazylii, żeby po praz pierwszy przeżyć szałas potu, i to po naszej stronie Atlantyku... Przede wszystkim zaś dziękuje Organizatorom i Przewodnikom tego wydarzenia: Manuelowi i Anecie Rufino, Marii „Poziomskiej”, Renacie, Arturowi, Radkowi, który był genialnym ogniomistrzem, Mateuszowi, który był (prawie) niewidocznym opiekuńczym duchem tego przedsięwzięcia. I wielu innym. Podziwiam pracę całego tego sztabu ludzi oddanych wspólnej szamańskiej sprawie.

Jako ostatni punkt, w niedziele po południu, prowadziłem marsz transowy. Wykładu słuchało ok. 40 osób, z których ok. 25 poszło ze mną na ścieżkę w lesie przećwiczyć transowe chodzenie w próbce. W próbce, bo przeszliśmy może pół kilometra, a te „prawdziwe” marsze robimy na drodze pięciu, dziesięciu lub więcej kilometrów. Ale i w tej małej próbce praktyka ta pokazała swoja przemieniającą moc. Wystarczy trochę inaczej niż zwykle iść, trochę inaczej oddychać, trochę inaczej słuchać i trochę inaczej patrzeć – a świat się zmienia i zaczyna przebijać czy wystawać z niego... baśń lub sen, na których jest przecież zbudowany.

W nocy w sobotę podziwiałem (wraz z setką lub więcej osób) Agnieszkę Sypek, która z niewiarygodną gracją, wiarą i bez cienia wątpliwości najpierw uruchomiła wielki ogień, a potem w dziwny sposób, przez bębny i taniec, przekonała ludzi, że ten ogień jest przyjazny i można w niego wejść. I wchodzili! Prawda, mnie też kiedyś zdarzało się chodzić po ogniu i prowadzić innych, ale Agnieszka robiła to wszystko inaczej – i było dla mnie dobrą lekcją, że tak inaczej też można i to jest dobre.

W niedzielę słuchałem koncertu Navigatorgong'u w składzie: Robert Usewicz (gongi, także flet: altowy? Basowy?), Joanna Jordan (wielki bęben), Mateusz Bazgier (didżeridu) i Krzysztof Lottig (hang czyli gong wielotonalny). „Słuchać koncertu” to stanowczo nie to, co tam się działo: przede wszystkim się leży, jak do medytacji w pozycji śawasana, a dźwięków się nie tyle słucha, co przepuszcza przez kanały ciała i umysłu, które muszą być na ten wysokoenergetyczny przepływ szeroko otwarte. Potężne wrażenie.

Ale jak to bywa z osobami „funkcyjnymi”, widziałem i brałem udział tylko w ułamku tego, co się działo na Festiwalu. Nie byłem tam obserwatorem, tylko działającym, a ci mają dużo mniej czasu... Więc i mój wgląd jest z konieczności bardzo ułamkowy.

Nie miałbym Księżyca w Pannie, gdybym nie wyłowił minusów. Minusem było to, że przestrzeń w Wildze (w tamtejszym ośrodku Bon) miała dwa centralne punkty (1. gompę i 2. plac z ogniem, szałasami potu i wejściem do stołówki), przez co naprawdę nie miała jednego swojego centralnego placu, na którym można by było ogłaszać, która z atrakcji wydarzy się za chwilę. No właśnie: brakowało centralnego placu spotkań i megafonu do ogłaszania.

I jeszcze coś. Zaskoczyło mnie, że jedna z „imprez”, zapowiadana jako „medytacja”, okazała się mszą z modlitwami do Chrystusa. Nie wiem, jak dla Niego, ale dla mnie to było mieszanie smaków. Nie wszystko ze wszystkim da się wymieszać. Ja widzę szamanizm jako coś, co uwalnia od religii, od wszelkiej religii, a nie wikła umysły w sieci kolejnej. Uwalnia od zaczarowania przez kapłanów i ich natrętne fantazje. Punkt ten uważam za ważny i myślę, że warto się nad nim zastanowić.

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 9

[foto]1. może prowadzący medytację-modlitwę... • autor: Ela Bazgier (2013-07-01 12:27:53)

może prowadzący medytację-modlitwę do Chrystusa był tajnym wysłannikiem z Kurii, koniem trojańskim na festiwalu szamańskim, przemycającym PRAWDĘ JEDYNĄ SŁUSZNĄ ?

[foto]2. może prowadzący medytację-modlitwę... • autor: Pani Bysia pensjonat dla psów (2013-07-01 12:27:53)

może prowadzący medytację-modlitwę do Chrystusa był tajnym wysłannikiem z Kurii, koniem trojańskim na festiwalu szamańskim, przemycającym PRAWDĘ JEDYNĄ SŁUSZNĄ ?

[foto]3. Hm...szałas w dzień...pewnie... • autor: Renata Dominiak (2013-07-01 16:28:49)

Hm...szałas w dzień...pewnie fajnie...tylko pod osłoną nocy jakoś łatwiej, wstydziochy będą miały pod górkę ;)

4. spocony • autor: (2013-07-01 16:45:46)

Ależ on nie mógł być nikim innym - właśnie ze względu na prawdę... ;)

Kiedy czytam o szałasach potu, polowych łaźniach, to zawsze wracam do opisu Taisena Deshimaru. Osobiście Go lubię, bo był samurajem, który lubił kobiety i wino... Oto Jego relacja;):

"(...) W Meksyku doświadczyłem indiańskiego oczyszczenia w namiocie zamienionym w saunę. Pewien Indianin powiedział do mnie:
- Jest pan wielkim duchownym, proszę więc spróbować praktyk religii indiańskiej.
- Jak długo to potrwa?
- Dwadzieścia do trzydziestu minut.
- Czy powinienem się rozebrać?
- Będzie panu wygodniej, ale może pan pozostać w majtkach.
W namiocie nie było kobiet, tylko czarni i czerwoni mężczyźni. Rozpalono wielkie ognisko w lesie i rozgrzewano na nim kamienie. Nagrzane wnoszono do namiotu, w którym siedzieliśmy nadzy.
Robiło to wielkie wrażenie. Nie wiedziałem, co się będzie dalej działo. Było coraz bardziej gorąco i byłem już na wpół przytomny. Wtedy wniesiono wiadra z wodą. Wszyscy zgromadzeni mężczyźni byli grubsi ode mnie. Ich przywódca zwrócił się do mnie: "Jeżeli nie będzie pan już mógł wytrzymać, proszę dać znak, uderzając w kolano."
Zrobiło się jeszcze bardziej gorąco. Myślałem, że karma powróciła do mnie, bo podczas zazen mówiłem: "Bądźcie cierpliwi, bądźcie cierpliwi". Zachciało mi się sikać, bo trwało to już godzinę. Ponieważ nikt na mnie nie patrzył, wyciągnąłem członka i oddałem mocz na gorące kamienie. Zrobiło to wielkie wrażenie. Indianie pomyśleli, że mam jakąś specjalną moc.
Indiańskie ceremonie są o wiele bardziej interesujące niż kongres w Japonii. Moje ciało i duch przeszły metamorfozę.
Od najdawniejszych czasów człowiek tworzy różne religie."

[foto]5. Taisen Deshimaru • autor: Wojciech Jóźwiak (2013-07-01 20:02:49)

Taisen Deshimaru - Czy jego książki były tłumaczone na polski?

[foto]6. Gratulacje, widzę że... • autor: Michał Mazur (2013-07-01 20:46:17)

Gratulacje, widzę że Festiwal wam się udał.

A wracając do Chrystusa - owszem, może to i jest jakieś pomieszanie porządków. Ale np. kazachski bakszy czy malang, wchodząc w trans mruczą pod nosem szachadę lub wersety Koranu (często niedokładnie). I działa? Ano podobo działa.
Natomiast co do Europy są źródła wskazujące na to, że praktyki tranowo-ekstatyczne wojowników działały i wtedy, gdy Chrystus zastąpił u Germanów Odyna (zaś u Słowian bliżej nieokreślonego boga, prawdopodobnie Swaroga).
Możliwe zatem, że wobec szamanizmu te wszystkie religie to drugo lub nawet trzeciorzędne rzeczy.

[foto]7. Wstydziochy będą miały pod górkę? • autor: Wojciech Jóźwiak (2013-07-01 21:29:21)

>>> wstydziochy będą miały pod górkę ;)

---- Oj, sorry, jakoś o tym nie pomyślałem.
Może dlatego, że (z różnych powodów) w festiwalowych szałasach rozbieranie się mogło się odbywać dopiero w środku, czyli po ciemku.

8. Deshimaru • autor: (2013-07-02 10:00:29)

Nic mi o tym nie wiadomo. Ten fragment pochodzi z książki jego ucznia.

[foto]9. A co z ubieraniem? • autor: Jan Szeliga (2013-07-11 17:21:51)

Piszesz Wojtku, że rozbieraliście się po ciemku w szałasie.
A co z ubieraniem? Czy też robiliście to po ciemku w szałasie?
A jak było z (dla mnie jest to ulubiona czynność po wyjściu z szałasu) leżeniem na trawie po wyjściu z szałasu?

[foto]10. Ubieranie • autor: Wojciech Jóźwiak (2013-07-11 18:07:18)

Okrywaliśmy się prześcieradłami lub czymś podobnym, co kto miał, i tak samo przykryci leżeliśmy na zewnątrz.