Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Fabryka i jej maszyna

Noc w B. bezpośrednio przed ustawieniami (wg Hellingera), w przegrzanym pokoju, mimo chmur bardzo jasna noc z Księżycem w pełni.

Byłem razem z kolegą w dużym, szarym, przemysłowym mieście. Kolega był architektem, konstruktorem czy innym inżynierem i pokazywał mi fabrykę, w budowie której brał udział. Z początku patrzyliśmy na cały gmach fabryki z perspektywy różnych ulic, które fabryka zamykała, tak jak Centrum Pompidou w Paryżu.

Zapamiętałem dwa widoki: pierwszy, w którym ponad budynkiem widać było ogromne koło zamachowe starego typu, takie z masywnymi lanymi z żeliwa szprychami, koło obracało się niby powoli ale przy swojej wielkości musiało mieć dużą prędkość na obwodzie. Z sąsiedniej ulicy, roztaczał się widok na inną część gmachu fabryki, za na wpół zamkniętymi żaluzjami widać było przesuwające się w górę i w dół ogromne ciemne kształty – jakby tłoki, ale każdy z nich był wielkości furgonetki. Było ich cztery i poruszały się bardzo regularnie. Ich ruch nie był płynny – podnosiły się do góry, zostawały tam chwilę jakby czekały aż sąsiedni je dogoni, ale rezygnowały przed czasem i spadały w dół. Niektóre ruchy były jakby niepełne, niby-tłoki wznosiły się wówczas do połowy maksymalnego zasięgu, to samo zresztą działo się przy ich opadaniu. A wszystkie te ruchy, zatrzymania, przerwy, było powtarzalne i rytmiczne, w trudnym do zapamiętanie, ale wyraźnym rytmie.

Patrzyłem na ten balet przez chwilę, zafascynowany, aż – nie wiedzieć jak znaleźliśmy się na wewnętrznym dziedzińcu fabryki. Stamtąd też było widać poruszające się niby-tłoki i inny fragment koła zamachowego, w perspektywie hali. Zresztą z tego miejsca fabryka straciła trochę na niezwykłości – kręcili się ludzie, były też inne hale, gdzie coś montowano, przewożono, na placu tu i tam piętrzyły się stosy skrzyń. Taniec ogromnych tłoków odbywał się na szczycie gmachu fabryki, w dobudówce na wierzchu, bezpośrednio pod nią ale też na wysokim piętrze była maszynownia jakoś połączona z nimi.

Wszedłem tam – już sam – po blaszanych schodkach i zobaczyłem, że w dużej dosyć pustej hali pracuje tylko jeden człowiek. W suficie hali były otwory z których wystawały lśniące od oleju prowadnice po których co chwila spadały i wznosiły się tłoki – z tej perspektywy wydawały się mniejsze, miały pewnie ze dwa-trzy metry średnicy. Zresztą nie było ich dobrze widać, prowadnice nie dochodziły do podłogi, przechodziły w skomplikowaną maszynerię, której najważniejszą częścią był czwororęki mechanizm połączony każdym z ramion z jedną z prowadnic. Były one rozmieszczone parami, tak, że mechanizm który je łączył wyglądał trochę jak bezgłowy człowiek, który rękoma i nogami przyczepiony jest do sufitu.

W całej tej hali panował ruch, metalowy stwór pod sufitem powtarzał swoimi ramionami rytm tłoków, ten sam rytm przenosił się też na inne zawory i suwaki wspomagające wszystkie te ruchy. Pod spodem całej maszynerii uwijał się wysoki mężczyzna w podkoszulce. Jego praca polegała na obracaniu pomalowanych na niebiesko, rurowych konstrukcji poniżej ramion metalowego stwora. Każde ich ustawienie odpowiadało jednej z faz ruchu, po ustawieniu rusztowania we właściwej pozycji mężczyzna przesuwał jakieś dźwignie, blokując jego ruch i jednocześnie uruchamiając jakiś proces w maszynerii powyżej powiązany z ruchami ramienia podwieszonego stwora.

Mężczyzna pracował w skupieniu, sam sobie radził z dwoma rusztowaniami, nadążał z ich przestawianiem, jednak po chwili, kiedy już całym sobą poczułem rytm mechanicznych ruchów, postanowiłem mu pomóc. Zacząłem obracać jedną z rurowych konstrukcji, jemu pozostawiając drugą. Nie byłem wprawiony i zajmowanie się jedną z tych konstrukcji zajmowało mnie całkowicie. Mężczyzna tymczasem, zdjął ze ściany jakieś urządzenie wielkości dużej wiertarki, z samoczynnie zwijanym kablem i w przerwach między przestawianiem i blokowaniem konstrukcji robił coś – nie widziałem dokładnie, bo byłem zajęty swoją pracą. Do tego okazało się, że niektóre ruchy maszyny wiążą się z wypuszczaniem z klatek dużych tygrysopodobnych zwierząt, one też brały udział w tej pracy. Były dobrze przyuczone, robiły co do nich należy i wracały na swoje miejsca. Były dwa takie zwierzęta, po jednym na każdą obracaną przez nas konstrukcję.

Przez jakiś czas szło mi dobrze, ale w końcu coś pomyliłem, albo coś się uszkodziło i konstrukcja po obróceniu nie dała się zablokować, rygle nie pasowały do aktualnej konfiguracji ramion metalowego stwora. Groziło to zakłóceniem rytmu całej pracy, mężczyzna po zakończeniu swojego ruchu podbiegł do mnie z wciąż włączonym elektrycznym urządzeniem w ręku. Był ze mnie niezadowolony i zły, próbował jedną ręką dopasować rygle, nie szło mu to. Tygrys wyszedł już, żeby wykonać swoją część, mężczyzna odłożył narzędzie, tak, że wyrwał z gniazdka przewód, który zaczął się zwijać. Tygrys momentalnie przeskoczył pół hali i schwytał wijący się przewód oddzierając kilkadziesiąt centymetrów izolacji. Poczułem ból, ale nie swój tylko należący jakby do całej maszyny i fabryki. Nie był dotkliwy, ale wyraźny. Zdarta izolacja zwisała z kabla jak skóra i mimo że moja niezręczność była przyczyną tego wszystkiego, nie czułem się winny, a tylko nieco zakłopotany.

Obudziłem się spragniony i zdezorientowany, w pokoju było jasno od Księżyca i okropnie gorąco.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.