Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2010-10-21

Wojciech Jóźwiak

O ewolucji

Kilkoro piszących do "Taraki" wypowiadało się ostatnio o ewolucji. Zaczęło się od tego, że zapytałem, pod artykułem Agnieszki Cupak "Miesiączka: przekleństwo czy siła", dlaczego tak jawnie niekorzystne zjawisko jakim jest miesiączka (osłabienie organizmu, konieczność zajmowanie się sobą i wycierania lub innego osłaniania czy chronienia pudendum, zakłócenie kontaktów miesiączkującej z resztą grupy, niemożność wykonywania wielu czynności, a wreszcie, najgorsze, przywabianie drapieżników zapachem i śladami krwi) nie zostało odsiane przez ewolucję, a przeciwnie, ewolucyjnie utrwaliło się i stało się jedną z charakterystycznych osobliwości naszego gatunku, odróżniających go od reszty Mammalia, Primates i Hominoidea, razem z dwunożnością, gołością skóry, przerostem mózgu i ukryciem fazy płodności u samic - patrz mój komentarz pt. Czerwony Kapturek i Wilk. Zadałem wręcz pytanie: To dlaczego nie zjadły nas wilki? Reakcja współpiszących Tarakistów mnie zaskoczyła: przeczytałem zaprzeczenia - że ewolucja nie ma tu nic do rzeczy, a jeśli kiedyś działała, to przypadkiem. Krzysztof Joczyn napisał, że miesiączka u ludzi upowszechniła się i utrwaliła być może dlatego, że nosiciele genów nie-miesiączkujących wymarli w jakiejś epidemii. Cóż takie rozumowanie każe w ewolucji widzieć wyłącznie przypadek czyli brak jakichkolwiek uwarunkowań. Ale jeśli tak zaczniemy rozumować, to niczego nie będziemy w stanie objaśnić. No bo można będzie powiedzieć, że ludzie chodzą na dwóch nogach, bo czworonożni wymarli przypadkiem w jakiejś epidemii, nie mają sierści bo sierściuchy wymarli w epidemii... Mówią inteligentnym językiem, bo ci co nie mieli zdolności językowych wymarli w jakiejś epidemii; słonie są takie wielkie, bo małe słonie wymarły w jakiejś epidemii... Itd. "Model epidemii" obraca całą koncepcję ewolucji w dowcip.

Nie dziwię się, że jakby w reakcji na to po paru dniach Eryk Swarożecki zaznaczył, także w tytule komentarza, że "Ewolucja nie jest tylko grą ślepych przypadków". Zgadzam się - takim właśnie ślepym przypadkiem byłaby ta epidemia, o której pisał Krzysztof. W teorii ewolucji zjawisko takie nazwano genetycznym dryfem. Termin ten oznacza, że w małych populacjach w toku ewolucji silniej niż zmiany przystosowawcze ujawniają się zmiany w puli genowej wywołane przypadkiem, czyli nieprzystosowawcze. Tu wyjaśnienie. Zmiana przystosowawcza byłaby np. w takie sytuacji: w puli genów w pewnej populacji, np. ptaków zimujących na śniegu, konkurują dwa geny (ściśle: dwa allele jednego genu), jeden "jasny", czyli dający jasne upierzenie, drugi "ciemny", dający pióra ciemniejsze. Ptaki nosiciele allelu "ciemnego" są częściej odławiane przez drapieżniki, więc pozostają w większej liczbie nosiciele genu "jasnego", co wyraża się tym, że ptaki tego gatunku średnio stają się z pokolenia na pokolenie jaśniejsze, dzięki czemu większa ich liczba może przeżyć trudny okres zimy.

Zmiana przypadkowa i nieprzystosowawcza czyli dryf genetyczny miałaby miejsce w sytuacji np. takiej, kiedy małe stadko tych ptaków, powiedzmy cztery sztuki, wszyscy przypadkiem nosiciele genu "jasnego", zostali rzuceni wiatrem na wyspę, gdzie jeszcze tego gatunku nie ma, ale i śnieg nie pada, wiec jasne upierzenie po nic. Mimo to z tej nielicznej założycielskiej gromady rozmnoży się populacja o jasnych piórach (zapewne do czasu, kiedy pojawią się wśród nich mutacje ciemne, które zdominują populację). Dryf genetyczny ściśle wiąże się z pojęciem ewolucyjnej (lub: genetycznej) szyjki od butelki lub wąskiego gardła, ang. bottleneck, czyli ze zjawiskiem, kiedy na skutek jakichś zewnętrznych okoliczności liczebność gatunku silnie się zmniejsza, więc do dalszej ewolucji startują tylko te geny, którym udało się przetrwać w przeżyłych osobnikach właśnie przypadkiem, a nie na skutek jakiegoś właściwego ewolucyjnego przystosowawczego procesu. (Chociaż chytrość ewolucji może włączyć powtarzające się bottlenecki w swój przystosowawczy proces - ich skutkiem może być przetrwanie osobników wyposażonych "uniwersalny surwiwalowy zestaw genów" - taka "żelazną porcję", która przydaje się w wielu różnych skrajnych warunkach. Być może na takiej drodze pojawiły się i wciąż pojawiają gatunki robiące wrażenie niewyspecjalizowanych, więc i wszechstronnych, np. szczury - zewnętrznie łudząco podobne do archaicznych ssaków mezozoicznych, a mimo to znakomicie radzące sobie w ekstremalnych i zabójczych dla większości ssaków warunkach cywilizacji wielkomiejskiej.)

Wśród modeli ewolucji dryf genetyczny (szyjka butelki) czyli nieprzystosowawczy przypadek to skrajność - bo chociaż niewątpliwie działa i jest ważnym czynnikiem, to jednak przy pomocy tego modelu nie można wytłumaczyć wszystkiego, a przede wszystkim nie można wytłumaczyć zmian ewolucyjnych ewidentnie przystosowawczych, z których jednak ewolucyjne historie gatunków składają się głownie. Inna rzecz, że często nie potrafimy tych przystosowawczości prawidłowo rozpoznać, co przeważnie wynika z tego, że teoria ewolucji znana jest po łebkach.

Eryk Swarożecki, w komentarzu Ewolucja nie jest tylko grą ślepych przypadków pisząc o tym jawnie, a w artykule Po tamtej stronie szaleństwa - aluzyjnie, sugeruje drugi skrajny model, przeciwny do tamtego. Mianowicie dostrzega w ewolucyjnej historii długotrwałe tendencje, działające w różnych i niespokrewnionych gałęziach dziedziczenia. Czyli sugeruje istnienie ewolucyjnych celowości. Taką celowość, czy "docelowość" dostrzega w ewolucji seksu. Zacytuję, pomijając Autorskie wykrzykniki i smajlingi:

Rozwój seksualizmu w historii życia na Ziemi ma swoją logikę i dialektykę. Najpierw był automatyczny podział komórek... Potem nastąpił podział płciowy i zapylanie przez wiatr... W następnej kolejności istoty żywe zaczęły znosić jajeczka zapładniane przez samca w ramach prymitywnych zachowań seksualnych, niemających wiele wspólnego ze stosunkiem płciowym: jajeczka były pozostawiane na łaskę losu. Kolejny etap ewolucyjny to kopulacja oraz u niektórych ryb, płazów i gadów opieka nad potomstwem. Ponieważ dla seksu była przewidziana bardzo ciekawa przyszłość, prawie wszystkie ptaki zaczęły się opiekować potomstwem. Gdy pojawiły się ssaki, nastąpił wielki skok: ciąża i karmienie potomstwa mlekiem matki. No i wreszcie pojawiła się ewidentna erotomania u Istot Inteligentnych. Aparat seksualny niektórych małp (na przykład szympansów bonobo) to prawdziwy majstersztyk: samice bonobo chyba jako jedyne pośród ssaków mają tak specyficznie zbudowane narządy intymne, że mogą uprawiać miłość lesbijską. U tegoż gatunku (chyba jedynego oprócz człowieka) występuje stosunek płciowy nie tylko "twarzą w twarz" - ale także w wielu innych pozycjach. Ale prawdziwy kunszt pojawił się u człowieka.

"Ponieważ dla seksu była przewidziana bardzo ciekawa przyszłość" - domyślam się, że to literacka figura stylistyczna, bo dosłownie tego rozumieć nie wolno. Ewolucja właśnie to ma do siebie, że jest nieprzewidywalna. Geny (w osobniku) i ich pule (w populacje lub w gatunku) nie mają zadanego żadnego kierunku zmian, nie mają żadnej "linii" której miałyby się trzymać - w tym sensie są właśnie doskonale ślepe. "Ślepy zegarmistrz", jak nazwał ewolucję Richard Dawkins. Jedyne co nimi "kieruje", to śmierć - geny z osobnika który umarł lub z populacji, która wymarła, "nie mają racji" - bo po prostu ich nie ma, za to te, których kopie dokonały przerzutów na nowourodzone istoty, są, istnieją i "mają rację". To wszystko. Inaczej mówiąc, ślepota genów polega na tym, że z zewnętrznego świata w którym żyją, nie dostają żadnego zwrotnego sygnału, żadnej informacji. Prócz tego "głównego" (analogia do "kary głównej", czyli skrócenia o głowę) - czyli częstszej śmierci dla jednych, częstszego przetrwania dla drugich. (Pewien rodzaj nie-ślepoty genów istnieje u baterii, mianowicie wymieniają się one genami "poziomo", ale to inna historia.)

Celowość czy ukierunkowanie owszem widać, ale dopiero po fakcie, kiedy się patrzy (będąc uzbrojonym w inteligencję!) wstecz historii. My ludzie mamy prawo uważać, że "kunszt erotyczny" i rozmaitość pozycji przy uprawianiu seksu jest tym, o co "biła się" cała ewolucja. Dąb (Quercus robur) ma równe prawo do słusznej dumy, że szczytem ewolucji seksu jest przenoszenie męskich gamet przez wiatr (jaka rozkosz tak sypnąć pyłkiem na wiosenny wietrzyk...), a potomstwa na miejsce docelowego zakorzenienia - przez sójki.


Pytanie, dlaczego nie zjadły nas wilki, hieny, lwy i rekiny mino naszej miesiączki, pozostaje - czekam na próby wyjaśnienia; sam jedną ad hoc wymyśliłem: Czerwony Kapturek i Wilk.

Czy dlatego, jak napisał Eryk Swarożecki, że "mężczyźni malowali sobie krwią menstruacyjną magiczne znaki na ciele"? Ale jak to mogło wpływać na przetrwanie i na liczebną przewagę kobiet z miesiączkującym genem? (Przy okazji: bardzo ładnie tłumaczy się ewolucyjne pedofilia. Kto zgaduje jak?)


O tummo i innych zdolnościach surwiwalowych, o których pisze Eryk w Po tamtej stronie szaleństwa. One nie są przejawami jakichś nowych cech genetycznych, które dopiero mają/mogą przydać się ludziom w przyszłości, tylko przejawami przystosowań dawnych, obecnie zbędnych i nie używanych, tzn. takich, których przy obecnym trybie życia nie mamy okazji wypróbować i wytrenować. Po prostu jesteśmy bardziej odporni na chłód niż nam się pospolicie wydaje i tylko wstyd, lenistwo i wdruki z wychowania nie pozwalają nam tarzać się w śniegu albo kąpać w przerębli. (Piszący te słowa rabiał jedno i drugie.) Co do totalnego niejedzenia, nie wiem, nie mam zdania, chociaż jest ono sprzeczne z zasadą zachowania energii, o ile nie istnieją jakieś zapasowe kanały zasilania w energię naszych ciał, które fizycy jakoś przeoczyli. Za to odporność na głód też z pewnością mamy większą niż okazję i wolę do sprawdzenia. Taka drobna rzecz: większość ludzi (w Polsce) nie sięga dłońmi do podłogi stojąc z nogami wyprostowanymi w kolanach. Nie geny im przeszkadzają, tylko nabyta niesprawność. Takich nabytych niesprawności mamy mnóstwo.

Genetycznie jesteśmy gatunkiem wyspecjalizowanym w długim, choć niezbyt szybkim bieganiu. Widać to jawnie: po co innego byłyby nam tak długie tylne kończyny? Do chodzenia jakie zwykle praktykujemy wystarczyłyby takie jak u bobra kiedy stanie na tylnych łapach. Jesteśmy wyspecjalizowani w sprawnym pozbywaniu się ciepła przez pocenie; dlatego utraciliśmy sierść, która by w tym przeszkadzała. Szybki zrzut ciepła był częścią przystosowania do polowań w dzień i w południe (kiedy konkurujące hieny, lwy, lamparty przeczekiwały upał) w skrajnym gorącu afrykańskiej sawanny, metodą na zagonienie zwierzęcia na śmierć. Dlatego też, inaczej niż nasi krewni szympansy, nie zjadamy zwierzyny żywcem, żeby nie ryzykować, że po szoku wstanie i ucieknie nam z zębów. Jesteśmy dobrze przystosowani do skrajnie wysokich temperatur, dzięki czemu jak u siebie, "jak w raju" czujemy się w saunie lub w szałasie potu, a niedorozwinięte, gorsze niż u większości ssaków, mamy przystosowanie do temperatur niskich. Ale też, podobnie jak niemożność biegania jest nabytą niesprawnością, tak i nabytą niesprawnością jest niemożność bycia nago na mrozie.

O Jaganach z Ziemi Ognistej, o których wspomniał Eryk, angielska Wikipedia pisze:

Jagani prawdopodobnie zostali zepchnięci na ten niegościnny obszar przez wrogów z północy, jednak słynęli z tego, jak z doskonałą obojętnością znosili dotkliwą pogodę w okolicach Przylądka Horn. Choć mieli ogień i małe szałasy w kształcie kopuły, to normalnie chodzili całkiem nago w lodowatym chłodzie i przenikliwym wietrze Ziemi Ognistej, i pływali (tylko kobiety) w morzu na 48 stopniu szerokości południowej. [W innym miejscu tej notki w Wikipedii: "Mężczyźni polowali na uchatki, podczas gdy kobiety nurkowały by zbierać małże."] Często spali pod otwartych niebem nie przykryci niczym, podczas gdy Europejczycy trzęśli się z zimna pod swoimi kocami.


Co napisałem, nie przeczy jednak tezie Eryka Swarożeckiego, że wśród zachowań ocenianych jako "szaleńcze", czyli mówiąc fachowo-sojologicznie "medykalizowanych" mogą zdarzać się przejawy jakichś nowych ewolucyjnie genów, ich mutacji czy kombinacji. Może też być tak, że obecny stan gatunku Homo sapiens  - jego niezwykłe rozmnożenie, sto tysięcy razy w porównaniu z populacją sprzed 50 tys. lat (genetycznie, cieleśnie i biologicznie z grubsza od tamtego czasu niezmienioną), oraz osłabienie selekcji, która wcześniej staranniej odsiewała osobniki i ich geny niedostatecznie doskonałe - sprzyja pojawianiu się i namnażaniu genetycznych innowacji. Ta okoliczność może okazać się szczęściem w nieszczęściu czy deską ("brzytwą") ratunku, kiedy większościową frakcja gatunku Homo sapiens, ci normalsi, padnie od jakiegoś wirusa czy czegoś innego. Wydaje się prawdopodobne, że monokultura (jak monokultury rzepaku lub kukurydzy) H. sapiens obejmująca ekosystem całej planety, nie będzie długo stabilna, a pierwsze posypie się najsłabsze ogniwo w tym systemie, czyli nasz genom a w nim zapewne aparat odpornościowy. Może też być tak, że czynnik niszczący (nas) zostanie uwolniony przy okazji prób naprawiania ludzkiego genomu. (Na razie zrobiliśmy dobry krok w tamtym kierunku, wyhodowując sobie bakterie odporne na wszystkie antybiotyki.) Kto dożyje, zobaczy.

Co do seksu, zwłaszcza w kontekście tym, że jest to archaizm, a po archaizmy sięgają neoszamańskie praktyki rozwoju duchowego, to jest to osobny wątek, o którym zapewne napiszę wkrótce osobno.

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 1

[foto]1. Ewoluujemy dalej. • autor: Krzysiek Joczyn (2010-10-21 22:31:09)

Wojtku. Naukowcy w przeciwieństwie do nas raczej rzadko oddają się czczym spekulacjom. Prowadzą badania, mają materiał badawczy - nie muszą zgadywać dlaczego człowiek chodzi na dwóch nogach a słoń nie jest wielkości mrówki. Jeżeli na jakiś temat nie mają wystarczającej wiedzy to się nie wypowiadają. Tak akurat jest w przypadku miesiączki - na ten temat po prostu za mało wiadomo i nie ma rozsądnych teorii. Jeżeli my z jakiegoś powodu koniecznie chcemy sobie zgadywać dlaczego ona się pojawiła to musimy wziąć pod uwagę każdą możliwą opcje. Wersja z czystym (niepraktycznym) przypadkiem jest całkiem prawdopodobna zwłaszcza, że (co było już tu parę razy podkreślane): (1) miesiączka nie jest zjawiskiem samym w sobie ale jest konsekwencją takiego a nie innego układu rozrodczego; (2) nie ma czegoś takiego jak gen od tylko i wyłącznie miesiączki bo każdy koduje znacznie więcej. Niepraktyczne cechy organizmu to nie jest rzadkość w przyrodzie. Sami mamy psu na budę potrzebną kość ogonową oraz wyrostek robaczkowy. Do tego jakaś niefortunna modyfikacja genu uwrażliwiła nas na destrukcyjne działanie wirusa HIV, na którego choćby nasi naczelni krewni są odporni.

Z innej beczki: nie bardzo wiem czemu ten temat jest drążony. Rozumiem, że Taraka zadaje pytania o naturę człowieka a siłą rzeczy nie można w dzisiejszych czasach całkowicie uciec z tym tematem od biologii. Wydaje mi się jednak że genetyka to dosyć twarda dyscyplina i amatorzy-ezoterycy nie wiele mogą w tej dziedzinie wnieść. Dość łatwo jednak, polegając np na pop-naukowych publikacjach z rodzaju Dawkinsa, narażą się na śmieszność osób, które bardziej są w tym oblatane. Pozdrawiam