Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2005-08-11

Wojciech Jóźwiak

Ekstatyczne pozycje i zwierciadlane wizje
Relacja z warsztatów szamańskich 1-10 sierpnia 2005 w Pniewie

W warsztatach wzięło udział 17 osób, w tym prowadzący; 8 kobiet, 9 mężczyzn; w większości "starzy bywalcy", czyli osoby, które już zaliczyły przynajmniej jedne poprzednie warsztaty - takich osób było 15. Podział na warsztaty inicjacyjne i eksperymentalne dla zaawansowanych zapewne utrzymam w następnych latach. Dwie osoby wyjechały wcześniej.

Co robiliśmy; w kolejności działań:

Szałas potu. Od sesji szałasu potu wieczorem pierwszego dnia zaczęliśmy warsztaty. Odbyliśmy cztery sesje; wszystkie wieczorami. Łaźnie miały przeważnie typowe cztery fazy, każda faza zaczynała się od dołożenia nowych rozgrzanych kamieni. Po pierwszym działaniu stwierdziłem, że szałas (który wznieśliśmy na starym zeszłorocznym szkielecie z gałęzi) jest za wysoki i przez to trudny do nagrzania. Zarządziłem przebudowanie go na niższy; robi się to łącząc przęsła z gałęzi co pięć dziur w ziemi, nie co siedem; zobacz na rysunku. Wszystkie sesje były bardzo udane.


Łączenie przęseł w szkielecie szałasu potu.
Po lewej: wychodzi szałas w kształcie wysokiej kopuły-półkuli.
Po prawej: wychodzi kształt rozpłaszczony.

Bębnowe podróże-medytacje. Wykonywaliśmy je kilkakrotnie, chociaż z powodu niesprzyjającej parokroć pogody i wielości innych zajęć nie udało się (jak oceniam) zachować ciągłości ćwiczeń bębnowych. W tej sytuacji podróże bębnowe służyły raczej jako relaks i sposób na osiągnięcie delikatnie (i pozytywnie!) zmienionego stanu świadomości, niż jako uzyskanie faktycznych silnych wizji. Podróże bębnowe były wykonywane (przeważnie) w trójkach: jedna osoba leży w relaksie i przeżywa, druga bębni, trzecia pomaga pierwszej utrzymać rytm oddechu przez dotykanie żeber.

Marsz transowy. Zrobiliśmy taką wycieczkę raz, wieczorem drugiego dnia; przez las; podobało się.

Zwierciadła i wizje zwierciadlane. Wzorowałem się tu na książce Raymonda Moody'ego "Odwiedziny z zaświatów" - tytuł oryginału: Reunions: Visionary Encounters with Departed Loved Ones, czyli dosłownie: "Bycie znów razem: wizyjne spotkania ze zmarłymi bliskimi osobami". Moody, słynny badacz psychologii umierania i stanów umysłu bliskich śmierci, przedstawia w tej książce wpatrywanie się w zwierciadło jako szybki, pewny i bezpieczny sposób na uzyskiwanie wizji, w tym, szczególnie, na kontaktowanie się w tych wizjach ze zmarłymi bliskimi, przy czym (jak pisze) ludziom eksperymentującym pod jego kierunkiem ich zmarli pojawiali się wcale nie jako jakieś zjawy ani halucynacje, tylko jako osoby mało różniące się od żywych i prawie tak realni jak żywi, "z krwi i kości". Projektując nasz eksperyment nie miałem zamiaru wywoływać zmarłych; raczej miałem intencję i nadzieję na osiągnięcie skromniejszych wyników (które także stwierdził w swej książce Moody), mianowicie wizji podobnych do jasnego snu lub wizji bębnowych. To co osiągnęliśmy podczas tych warsztatów rozczarowało mnie. Wyniki były niewielkie - uboższe w porównaniu np. z typowymi wizjami bębnowymi. Trzy osoby miały widzenia, którymi były poruszone; z nich jedna osoba oceniła, że były to "halucynacje". Wspólne było u nich, że mówili o swoich doświadczeniach z pewną trudnością, brakowało słów do nazwania tego, co się wydarzyło. Wspólne było zdziwione stwierdzenie: "Miałem wrażenie, że nic się nie dzieje, ale działo się tyle..." Było tak, jakby ta cześć "ja", która doświadczała zwierciadlanych wizji nie kontaktowała się z "ja" czuwającym, czyli pozostającym w normalnym stanie świadomości. Podobny efekt, jak przy budzeniu się z marzenia sennego. Treść doświadczonych halucynacji nie wydawała się jednak zbyt ważna ani ciekawa dla postronnych. Najsilniejsze wrażenia uczestnicy relacjonowali przy pierwszej próbie z lustrem, następne próby dawały słabsze wyniki. Ja sam nie miałem halucynacji. W podziemiu z lustrami spędziłem wpatrując się kilka godzin - w tym jednego dnia w jednej sesji 2 godziny. Wpatrywanie się ('scrying') w zwierciadło na pewno działa na umysł! Chociaż raczej nie jest to działanie wizyjne; w każdym razie ja takiego nie doświadczyłem. Lustro wycisza umysł; szybko i skutecznie przerywa dialog wewnętrzny; sprawia, że myśli są słyszane jako niby-zewnętrzne głosy; także prowadzące ze sobą dialogi. Niczego ważnego jednak nie usłyszałem! Stan po lustrze jest przyjemny; osiąga się miły relaks umysłu, poczucie "bycia u siebie". Skupienie w lustrze także pomaga w rekapitulacji: skutecznie pomaga przypominać sobie osoby i wydarzenia z przeszłości wraz z ich emocjonalna otoczką. Ale dlaczego klienci Moody'ego i on sam widzieli zmarłych lub mieli inne wizje, a my nie? Jeśli nie podejrzewać Moody'ego o (delikatnie mówiąc) koloryzowanie, to być może jest tak, że niektórzy ludzie mają zdolność produkowania wokół siebie zwierciadlanych wizji (podobnie jak to jest w przypadku produkowania innych zjawisk parapsychicznych, np. poltergeistów lub telepatii) a inni nie. Byłoby więc tak, że Raymond Moody taką zdolność ma, ja zaś nie mam, ani nie miał jej nikt z uczestników obecnych warsztatów. Niewykluczone też, że popełnialiśmy jakieś systematyczne błędy przy tym działaniu. Techniczne szczegóły: uczestnicy byli podzieleni na cztery "rodziny"; każda rodzina przygotowała swoje psychomanteum (termin Moody'ego - sala z lustrami do wizji). Dwie rodziny wykorzystały dwa szałasy potu, w których umieścili duże lustra. Jedna grupa wykopała rodzaj ziemianki: nakryty daszkiem dół w ziemi, z lustrem wewnątrz; czwarta rodzina wykorzystała do tego pustą, nieużywaną piwnicę. W metodzie Moody'ego wpatruje się w odbitą w lustrze jednolitą, ciemną, ledwie oświetloną powierzchnię, np. zasłonę z granatowej tkaniny.

Grób Sancheza - czyli spędzanie nocy w nakrytym darnią dole wykopanym w ziemi. Jak na innych tegorocznych warsztatach doły kopaliśmy owalne lub z zaokrąglonymi rogami, nie prostokątne, jak do tej pory i jak u Victora Sancheza, wynalazcy tej metody. Ja sam przyznaję, że z ćwiczeniem tym poczułem się oswojony; w takim "łożu" było mi dobrze, to zaś nie sprzyjało osiąganiu ekstremalnych stanów ducha. Po prostu dobrze spędzona, regenerująca noc... (Po nocy w grobach mieliśmy w planie odosobnienia, ale nad ranem zaczął padać uporczywy deszcz, co wymusiło zmianę planu.)

Pozycje ekstatyczne. Wzięliśmy je z książki Belindy Gore "Ecstatic Body Postures" (1995; zob. krótkie omówienie w Tarace: "Ekstatyczne pozycje ciała wg Goodman i Gore"). Kilka z tych pozycji w próbce ćwiczyłem wcześniej sam; teraz była okazja, aby wypraktykować ich więcej, przez większą liczbę osób i przez dłuższy czas. Wyniki były na ogół bardzo zachęcające! Przerobiliśmy 9 pozycji:

Ekstatyczne pozycje włączam do stałego zestawu działań na następne warsztaty.

Płukanie jelit. Nie miałem tego działania z początku w planie; zostałem namówiony do niego przez uczestników. Wzięły udział 4 kobiety i 5 mężczyzn; w dwóch grupach w dwa kolejne dni, bo jednocześnie dla wszystkich nie mieliśmy dość dużego kotła. Ja sporządzałem solankę do płukania i czuwałem nad uczestnikami, ale sam nie robiłem. Dla wielu osób, które to robiły, był to "gwóźdź programu" - najbardziej poruszające doświadczenie. Działanie to ma w sobie coś bohaterskiego, a uczestnicy na bieżąco komentowali je w terminach walki. Stopniowo doszliśmy do tego, że dobrym modelem tego działania jest pokonanie smoka przez smokobójcę w rodzaju Kraka lub Św. Jerzego. W ćwiczeniu tym ciało, a raczej jego dół - brzuch, jelita, układ wegetatywny, jest gwałcone, pokonywane przez górę, czyli umysł wraz z wolą. Dół ciała broni się - ale broni się głupim i prymitywnym uporem, stawiając bierny opór, idąc w zaparte. Zapewne w tutaj w brzuchu i jego oporze skupiają się także sprzeciwiające się wychowaniu nawyki i wdrukowane wspomnienia z dzieciństwa. Wszystko to razem złożyło nam się w obraz smoka, okupującego jelita. Dramatyzm tego procesu może ocenić tylko ktoś, kto sam go - jakże namacalnie - przeszedł. Zwycięstwo jest wtedy, kiedy rusza woda (z odbytu), podobnie jak w mitach ruszały wody - powodzią lub ulewą - po pokonaniu zatrzymującego je smoka.

Chodzenie po ogniu. Zostało wykonane perfekcyjnie, nikt ani się nie poparzył, ani nie poczuł bólu, nie słyszałem też, aby następnego dnia ktoś narzekał na pieczenie skóry na stopach. Niektórzy przeszli po 7 razy, choć ścieżka była długa i żar gorący.

Innych drobniejszych zabaw i zajęć nie będę wyliczał. W kręgu czytałem duże fragmenty książki Artura Kowalika "Kosmologia dawnych Słowian" - dobrze współgrające z tym, co robiliśmy praktycznie.

Wojciech Jóźwiak

11 sierpnia 2005




Zobacz też: Rodman: Warsztaty energetyczne - Pniewo -> na jego Stronach Strychowych ->

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.