Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2006-09-06

Tomasz Stawiszyński

Ekspiacja, podtrzymanie tez i cytaty
W odpowiedzi Mirosławowi Miniszewskiemu

Mirosław Miniszewski pisze, że w swoim tekście wchodzę z butami w jego życiorys, osądzam jego wybory światopoglądowe, a tym samym publicznie go obrażam. Absolutnie nie miałem takich zamiarów – nie sformułowałem żadnych moralnych sądów dotyczących tego, co Mirosław Miniszewski wybrał, a z czego zrezygnował. Nie miałem pojęcia dlaczego przestał zajmować się tarotem. W pewnym momencie wszystkie jego teksty zniknęły z archiwum, on zaś zmienił front. Czytam Tarakę od początku jej istnienia, pamiętam te teksty, nie wymażę ich niestety z pamięci. Miniszewski nie napisał też żadnego oświadczenia, w którym wyjaśniłby powody usunięcia swoich artykułów z Taraki, ani też nie zastrzegł, że nie życzy sobie, aby ktokolwiek do tamtej jego twórczości nawiązywał. Mam wielki szacunek dla doświadczeń Mirosława Miniszewskiego, mogę się tylko domyślać, jak wyglądały i w żadnym wypadku nie kwestionuję ich znaczenia. Myślę tylko, że może warto było w jakiś sposób zasygnalizować Czytelnikom swoją konwersję. Ostatecznie, publikując w ogólnodostępnym miejscu, siłą rzeczy tracimy jakąś część prywatności – tym bardziej, jeśli teksty ścisły z prywatnością mają związek. Gdybym wiedział, co za tymi doświadczeniami stało – nigdy bym się do nich w taki sposób nie odwoływał.

Bez wątpienia napisałem tekst złośliwy i zbyt napastliwy. Mirosław Miniszewski poczuł się tym wszystkim personalnie dotknięty – szczerze mi przykro i bardzo go przepraszam. Proszę też, aby wziął pod uwagę istnienie czegoś takiego, jak konwencja i retoryka używane w ramach ideowych bojów. Nie wszystko, co w takiej konwencji powiedziane jest autentycznym osobistym przytykiem. Skądinąd, w prasie zachodniej takie polemiki bywają znacznie bardziej „hardcore'owe“, co nie przeszkadza potem nawet najbardziej bezlitośnie naparzającym się autorom spotykać się przy wieczornym piwie. „Życie papierowe“ i „życie realne“ to dwa różne światy – jestem za tym, żeby je oddzielać. Ale z całą pewnością zdecydowanie przesadziłem – pisałem swój tekst „na gorąco“, byłem wkurzony i niewątpliwie poniosło mnie za daleko.

Nie wycofuję natomiast żadnego merytorycznego zarzutu. Bohaterem dwóch tekstów Miniszewskiego jest Jung, a raczej Jungowie, których nie było. Oprócz bowiem nieistniejącego Junga-pozytywisty/scjentysty, nie było również Junga zafascynowanego nazizmem (o fałszywości tej plotki pisze m.in. w niedawno wydanej książce „Śladami Junga“ Kazimierz Pajor) i nie było również Junga, który twierdził, że: „Oto nie ma już zła, jest tylko cień, i na dodatek mogę go zintegrować w tajemniczym procesie indywiduacji“. Powtarzam – to najzwyczajniej w świecie nie odpowiada faktom.

Prawdziwy Jung poświęcił sporą część życia na intensywną polemikę z katolicką (Augustyńską) koncepcją privatio boni. Podkreślał na każdym kroku realność zła – to, że nie sposób, przynajmniej na poziomie psychologicznym, uznać, że zło to tylko „brak dobra“, jakaś negatywność, proste zaprzeczenie bytu. Jung jest ostatnią osobą, której można zarzucić rozmywanie kategorii moralnych. Proszę sięgnąć do „Odpowiedzi Hiobowi“, albo do korespondencji z o.Victorem Whitem (w Polsce obszerne fragmenty tej korespondencji ukazały się w książce „O istocie psychiczności“), albo do dowolnej innej książki CGJ. Zacytuję z brzegu:

„Dopóki zło jest me on, dopóty nikt nie będzie poważnie traktował cienia. Nadal będzie się twierdzić, że Hitler i Stalin to tylko przykłady ‘przypadkowego braku doskonałości’. Przyszłość ludzkości będzie jednak w znacznym stopniu zależeć od poznania cienia. Zło – mówiąc psychologicznie – jest strasznie realne. Pomniejszanie jego mocy i realności to fatalny błąd – nawet jeśli czyni się to w sensie metafizycznym. Przykro mi, ale ta kwestia sięga samych korzeni chrześcijaństwa. Zło doprawdy nie zmaleje, jeśli się je zatuszuje traktując jako nierealne czy jako zwykłe przewinienie ze strony człowieka. Zło istniało przed człowiekiem, było już wtedy, gdy jeszcze nie mógł dorzucić on swych trzech groszy do gry. Bóg jest tajemnicą tajemnic, prawdziwym tremendum. Dobro i zło to zmienne psychologiczne, jako takie są one w pełni realne, a jednak nie wiemy, czym są. Z tego też powodu nie mogą być projektowane na istotę transcendentalną [powinno być „transcendentną“ – TS] – tylko w ten sposób można uniknąć manichejskiego petitio principii i innych wybiegów“. (O istocie psychiczności, s. 145).

I jeszcze: „Z praktycznego punktu widzenia teoria privatio boni jest moralnie niebezpieczna, ponieważ bagatelizuje i odrealnia zło (...) (ibidem., s.174)

Poniższy ustęp rzuca dodatkowe światło na sprawy, poruszane przez Miniszewskiego: „Jeśli dzisiaj jakiś pacjent powraca do przytomności, natychmiast jest on konfrontowany ze swym cieniem i musi się opowiedzieć po stronie dobra, w przeciwnym bowiem razie będzie zgubiony. (...) Dokonanie zróżnicowania pomiędzy sobą a cieniem jest pierwszym krokiem na drodze do indywiduacji (...) Następny etap to problem cienia: podczas konfrontacji z ciemnością trzeba się ułapić dobra, inaczej człowiek zostanie połknięty przez Diabła. W obliczu zła, i właśnie wtedy, każdy potrzebuje być choć trochę dobrym. (...) Tak naprawdę nasze społeczeństwo nawet nie zaczęło spoglądać oko w oko Diabłu czy rozwijać tych cnót chrześcijańskich, które byłyby tak potrzebne w obliczu mocy ciemności“. (ibidem, s.186)

Mógłbym takich cytatów z Junga przytoczyć setki. Problem cienia to problem moralny pierwszej wagi – trzeba bowiem spojrzeć w oczy złu, które tkwi w nas samych. Złu, którego nie da się „wyrzucić“ na zewnątrz, „zbanalizować“, unieważnić przy pomocy sofistycznych wybiegów. Przypisywanie takich intencji Jungowi to nieporozumienie. „Fascynacja tym, co archaiczne“ w wypadku prekursorów nazizmu i w wypadku Junga, to dwie różne fascynacje (jeśli w wypadku Junga można w ogóle użyć takiego określenia). Różnica jest dokładnie taka sama jak ta pomiędzy kryminalistą i kryminologiem. Miniszewski zdaje się kompletnie tej różnicy nie honorować – i to jest właśnie podstawowy problem.

Liczę jednak na podjęcie merytorycznej dyskusji. Za nadmiar polemicznego ferworu jeszcze raz przepraszam. Niewątpliwie odezwał się mój własny cień.

Tomasz Stawiszyński
tomstawi@wp.pl



Tomasz Stawiszyński

Komentarzy nie ma.