Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2013-07-31

Rutilius Martinus Vagner

O egregorach lekcja ósma - polemiczna


Zawędrowałem niedawno na strony Centrum Terapii Uzależnień Duchowych Jana Suligi, a w jego ramach na „kurs wiedzy o egregorach” w lekcjach siedmiu. Termin „egregor” pojawia się czasem w dyskursach okołopogańskich, gdyż odwołuje się do pewnej teorii teologicznej dotyczącej natury bogów. Teoria ta jest wyjątkowo kompetentnie i dość spójnie wyjaśniona w ramach owych siedmiu lekcji. Mówiąc w skrócie, egregor to istota, a w zasadzie konglomerat istot (stąd autor mówi tu o „osobowości mnogiej”), która „przejawia się” w pewnej postaci, posiada pewne cechy charakteru, ale w gruncie rzeczy pragnie tylko jednego: ludzkiej energii. Jest to więc pewien rodzaj niematerialnego wampira. Energii pragnie ona, aby zaistnieć w świecie realnym, pochodzi bowiem z „królestwa niebytu” i stąd ludzie zamieszkujący „królestwo bytu” stanowią dla niej łakome kąski (owce do strzyżenia, krowy dojne, a ostatecznie i rzeźne). Egregory swą kontrolę najłatwiej zdobywają nad osobami uwrażliwionymi duchowo, „wyczulonymi na astral”, skłonnymi do mistycyzmu. Potrafią jednak manifestować się całkiem „fizycznie”, można powiedzieć quasi-materialnie, np. w postaci stygmatów (nie tylko świętych katolickich, ale i hinduistycznych) czy objawień maryjnych, także grupowych, jak w przypadku Lourdes, Fatimy, lub indywidualnych, jak Faustyny Kowalskiej, ale też i opętań demonicznych . Choć egregory szczególnie chętnie przybierają maskę zjawisk nadprzyrodzonych nie wszystkie takie zjawiska są domeną egregorów. Autor nie twierdzi również, że wszelkie zaangażowanie duchowe prowadzi do uzależnienia od tych istot. Jeśli o jakiejś ścieżce duchowej wyraża się pozytywnie, to w zasadzie wyłącznie o koncentracji na jedynym, prawdziwym Bogu. Aby była jasność, również Bóg hebrajski może stać się „ubraniem” dla egregorów, a Jezus staje się nim dosyć często, a w zasadzie jest nim z istoty. Zdaniem Suligi bowiem ziemski Jezus z Nazaretu po prostu dał się opętać duchowi pradawnego egregora, wschodniego bóstwa wegetacyjnego. Prawdziwy Bóg tymczasem, według Suligi, jest absolutnie pozbawiony jakiegokolwiek kształtu, również pojęciowego, jedyna droga do niego to praktyka apofatyczna i teologia negatywna. Gdy zapominamy o drugim przykazaniu, rozciągniętym również na warstwę pojęciową, grozi nam właśnie zniewolenie przez egregora.

Jak wspomniałem teorię tę Suliga przedstawia przekonująco. Nie pisałbym o tym, gdybym nie dostrzegał w jego wywodach elementów słusznych, i to na podstawie własnych doświadczeń zdobytych na dość powikłanej, przyznaję, drodze moich duchowych poszukiwań. W przeciwieństwie do większości politeistów, którzy do pogaństwa przeszli bezpośrednio z ateizmu, nie odrzucam a priori zjawisk nadprzyrodzonych, nawet, jeśli nie zawsze przyznawałbym im realność zewnętrzną, inną niż psychiczna. W każdym razie wiele z tego, co opisuje Suliga nie budzi we mnie zdziwienia i frontalnego odrzucenia. Sądzę, że opisuje on pewne realne zjawiska, które nie tak rzadko przydarzają się ludziom zaangażowanym w praktyki duchowe, a szczególnie w praktyki okultne, newageowe i mistycyzm. Ta konstrukcja pojęciowa dość dobrze przystaje do rzeczywistości. Ale „dość” to czasem za mało.

Nie muszę chyba podkreślać, jak dalece teoria ta, w swych założeniach, wroga jest politeizmowi. Nie wiem, czy jakiegoś poganina jest w stanie na tyle przerazić, by porzucił swą wiarę, ale osoby wahające się, „z pogranicza”, mogą być nią poruszone. O ile na chrześcijańskie złorzeczenia, zasadzające się na utożsamienie bogów z demonami są oni uodpornieni, to opinia znanego ezoteryka o bogatej biografii poszukiwań duchowych może wywrzeć wrażenie, zwłaszcza, że momentami mocno uderza w chrześcijaństwo (w zasadzie wszystkim religiom dostaje się tu niemal po równo).

Jako człowiekowi trenowanemu w myśleniu krytycznym, przez całą lekturę towarzyszyło mi jedno zasadnicze pytanie: a skąd pan, panie Suliga, to wszystko wie? Na przykład o budowie wewnętrznej egregorów, różnych tam subtelnych warstwach świetlistych energii etc. Narracja utrzymana jest bowiem w tonie prezentacji wiedzy, po prostu wiedzy. Sam zresztą autor przyznaje się do belferskiego zacięcia. W rezultacie można odnieść wrażenie, że autor spogląda na wszystkie tradycje z góry, osiągnął taki poziom duchowego wglądu, że jawią mu się one jako matrixy więżące biednych naiwniaków. Tym ważniejsze jest dostrzeżenie, w ramach jakiego matrixa funkcjonuje pan Suliga. Jedyne odwołania do źródeł zewnętrznych pojawiają się na początku, acz dotyczą tylko samego terminu egregor – wskazują one na Stary Testament i angielskiego okultystę Johna Dee. I już jesteśmy prawie „w domu”. Od okultyzmu do ST prowadzi bowiem droga krótsza, niż to sobie uświadamia większość katolików. Ta droga to kabała, żydowska doktryna mistyczno-magiczna będąca jednym z najważniejszych źródeł zachodniego okultyzmu. Faktycznie, okazuje się, że pan Suliga jest ekspertem kabały. Uświadomienie sobie tego, pozwala wyjaśnić pewne wątpliwości (a raczej wskazać ich źródła), które pojawiają się w trakcie lektury. Na przykład w jakim sensie można mówić o egregorach jako mieszkańcach królestwa „niebytu”, w istocie nieistniejących? Jak zatem można omawiać istotę istot, które nie istnieją, jako np. „osobowość mnogą” łaknąca energii? Wszak byt jest, a niebytu po prostu nie ma. Ale to twierdził Parmenides. Sam Suliga, zagadnięty w komentarzu, nie potrafił tego wyjaśnić. Nic dziwnego. Stary Testament nie był ograniczony rygorami greckiej czy zdroworozsądkowej logiki i potrafił z jednej strony twierdzić, że „bogowie pogan są nicością” (Ps 96:5), a z drugiej strony przed nimi ostrzegać i pod groźbą śmierci zakazywać z nimi wszelkich kontaktów.

Cała koncepcja egregorów przepojona jest judaistyczną doktryną, opiera się na jej teorii bóstwa i w gruncie rzeczy stanowi rozbudowane uzasadnienie zasadności pierwszych trzech przykazań dekalogu. W lekcji piątej Suliga wskazuje więc, jako na właściwości tych istot, właśnie te cechy, które odróżniają bogów politeizmu od monoteistycznego: posiadanie postaci, charakteru. Posiadają one jeszcze jedną właściwość – ducha, a jest to duch Asura (czyli najbardziej niszczycielskiego demona).

W teorii tej mamy połączone trzy elementy: opis właściwości charakterystycznych (postać i charakter), opis fukcjonowania (wampiryzm) i teoria wiążąca jedno z drugim (łaknienie energii spowodowane własną „nicością”). Wszystko pięknie, tylko jeśli odrzucimy monoteistyczne okulary, poszczególne elementy nie muszą się ze sobą wiązać w sposób jednoznaczny. Twierdzę, że posiadanie postaci i charakteru nie jest wyłącznym znamieniem egregorów (pierwszym wyjątkiem są choćby i sami ludzie), że nie trzeba mieć postaci, by posiadać właściwości wampiryczne (co zresztą Suliga na marginesie przyznaje, zaliczając do egregorów buddyjskie pojęcie pustki, którą również można być opętanym).

Zgadzam się, że istnieją wampiryczne istoty bogopodobne. Najbardziej oczywistym kandydatem jest tu Jahwe. Odkąd Żydzi zawiązali z nim przymierze, po ich plecach przechodziły kolejne armie, królestwo się rozpadało, a oni sami co rusz brani byli w niewolę czy szli na wygnanie, o holokauście nie wspominając. Prorocy żydowscy odpowiedzieliby, że to dlatego, że Żydzi oddalili się od „czystego” pojęcia Jahwe, że popadli w „bałwochwalstwo”. Proponuję zatem eksperyment myślowy: a gdyby tak Żydzi jako naród stali się/pozostali narodem faktycznie pogańskim? Gdyby ich Jahwe był tylko jednym z wielu bóstw? Sądzę, że po pierwsze ich ekspansja w Kannanie musiałaby mieć zupełnie inny przebieg. Biblia, fałszywie z punktu widzenia historii, przedstawia ten proces jako tryumfalny militarny podbój z wyżynaniem całych miast, podczas gdy w istocie było to raczej stopniowe zasiedlanie, a może nawet przymusowa konwersja na jahwizm narzucona przez jedno z lokalnych stronnictw. Niezależnie od tego jak to przebiegało, jeśli jahwizm byłby religią politeistyczną rezultatem jego ekspansji byłaby znacznie bardziej zróżnicowana kultura, twór polityczny zawierający w sobie większy pluralizm, a stąd napięcia, a stąd dynamizm. Monoteizm tymczasem nie tylko izolował Żydów kulturowo (usiłował izolować), ale też politycznie pozbawiał szans na rozwój, który polega wszak nie tyle na tym, by innych wyrżnąć albo nawrócić, ale by się z innymi (zwykle drogą podboju lub bycia podbitym) zintegrować. O tym, że egregorem jest Chrystus pisze sam Suliga, i pod tym, na podstawie własnych doświadczeń, w pełni się podpisuję. Dodać można szereg świadectw świętych i nawiedzonych, jak Faustyny, Teresy z Kalkuty i różnych innych pomniejszych Józef Menendez.

Jak to się ma jednak do pogaństwa, politeizmu greckiego, który interesuje mnie przede wszystkim? Otóż nijak (z drobnymi wyjątkami, o których potem). Przede wszystkim, ujmując egregory od strony skutków ich działalności, to jest to zawsze prowadzenie człowieka do zniewolenia, do śmierci, aż do śmierci samobójczej czy męczeńskiej włącznie. Jest to niszczenie ludzkiej duszy, jej wrodzonych właściwości, po to, by ich miejsce zajęły właściwości egregora. Jeśli chodzi o metodę, to wedle nauk pana Suligi, egregory przede wszystkim odrywają ludzi od tego świata, od realności, oferując „inne” (iluzyjne) światy, życie pośmiertne, w kolejne wcielenia, nieziemskie moce itp.

Tymczasem Jaśniejący działają dokładnie odwrotnie! Ich sposobem i miejscem działania są własne moce ludzkiej natury, to dzięki odwadze wojownika, bogowie mogą użyczać mu swojej mocy i niejako, w tych torach, działać poprzez niego. Bogowie są bogami tego świata, jego naszymi współmieszkańcami. Są wyrazem boskości tego świata, dlatego żywa religia helleńska nie potrzebuje, jak wskazał Walter F. Otto żadnego mistycyzmu. [Zob. wybór jego tekstów pt. "Teofania. Duch religii starogreckiej" w gnosis.art.pl.] Bogowie Homera nie obiecywali lepszego życia, ale konkretnych skutków w tym życiu, a po śmierci sławy wśród potomnych (a zresztą, czy w ogóle coś obiecywali? Po prostu, robili swoje, co czasem i ludziom wychodziło na dobre). Droga hellenisty to droga stawania się tym, kim się jest, we współpracy z bogami, rozwijania własnych, unikalnych zdolności i w tym zakresie stawania się miejscem, gdzie poszczególni bogowie mogą się wyrazić. W przeciwieństwie do egregorów bogowie nie są zazdrośni o wyznawców, bo w istocie niczego od nich nie potrzebują. Bogowie są, i będą trwali nawet, gdy przeminą ludzie. Widać to doskonale w naszej europejskiej historii: mimo wieków formalnego wygnania i prześladowań, bogowie co rusz wypływali, nawet pod pędzlem katolickich malarzy czy piórem pobożnych poetów. Co też istotne, choć Grecja miała Eleusis, misterium, które Suliga z pewnością zaliczyłby do typowych manifestacji egregora, to trudno dostrzec, w tym wypadku typowe negatywne skutki właściwe „zasysaniu energii”. Grek doświadczał misterium, zyskiwał absolutną pewność życia pośmiertnego i wracał do swoich zajęć.

Tak przynajmniej, moim zdaniem powinno to wyglądać. W pewnym momencie jednak, jak wiemy, politeizm grecko-rzymski owładnięty został tendencjami sprzecznymi z tą postawą. Pojawiło się skupienie na indywidualnym, pośmiertnym zbawieniu, praktyki ascetyczne, aż do samookaleczenia. Poszukiwanie doznań mistycznych. Wszystko to zaczęło napływać ze wschodu, czy to jako kulty nowych bóstw, a zwłaszcza bogiń, ale też jako prąd intelektualny orficko-pitagorejsko-platoński. Główny nurt religijny, zarówno w Grecji jak i Rzymie stawiał mu zbyt słaby opór. Odpowiedź na pytanie o przyczyny, jest zbyt ważna, by ją tutaj wciskać, w ramy niewielkiego tekstu.


Niewątpliwie najgorszym postchrześcijańskim skażeniem, jakie może dotknąć hellenizm jest przekonanie, że bogowie egzystują „gdzieś tam”, w jakimś „czystym, wspaniałym świecie”, który unosi się nad „tym, zepsutym”. Nie, moi drodzy: bogowie są tu i teraz, przejawiają się w Tobie i we mnie, w komputerze, muszę na ekranie monitora i kwiecie w doniczce. Nie jest to jakieś ekstatyczne „pozaczasowe” teraz i nieumiejscowione „tutaj”, ale w każdej konkretnej chwili i w każdym konkretnym miejscu. Nie potrzeba wglądów mistycznych, by to dojrzeć.


Rutilius Martinus Vagner



Oryginalnie opublikowane w blogu Autora, pod tym samym tytułem; w Tarace za zgodą.

Rutilius Martinus Vagner

Komentarze: 4

[foto]1. Gdyby Żydzi... • autor: Wojciech Jóźwiak (2013-07-31 23:05:13)

>>> gdyby tak Żydzi jako naród stali się/pozostali narodem faktycznie pogańskim? Gdyby ich Jahwe był tylko jednym z wielu bóstw?

--- Ależ NIE BYŁOBY ich! Rozpuściliby się, zintegrowali z lewantyńskimi sąsiadami, z Fenicjanami, Syryjczykami,  w końcu stopiliby się z Grekami w jakimś jednym koine, a Jahwe stałby się jednym z "awatarów" Zeusa. Przetrwali jako osobny byt tylko dlatego, że poszli w monoteizm czyli w przeciw-naturalność i przeciw-światowość. Zapłacili za to diasporą czyli WYGNANIEM ze swojej przestrzeni, i CZEKANIEM czyli byciem zawsze w nie-swoim czasie. (Dziwnym trafem polskie słowo Żyd brzmi podobnie jak staropolski czasownik żydać - oczekiwać; od tego żydacz - 'ten kto czeka'.) Stali się więc także w sensie "fizycznym" OBCY ŚWIATU. Ale właśnie dzięki temu przetrwali te tysiąclecia.

2. Gdyby Żydzi... • autor: (2013-08-01 11:07:49)

Może. Zapewne nie przetrwaliby tak długo, ale sądzę, że gdyby choć część swej niezwykłej energii, którą przeznaczali na przetrwanie, skierowali na inne tory, mogliby zapisać jakąś wyjątkową kartę w historii. Większość największych Żydów, którzy wpłynęli na cywilizację (na dobre, jak Einstein czy na złe, jak Marks) to jednak Żydzi częściowo lub zupełnie zasymilowani.
Zresztą to, czy by się tak łatwo rozpuścili, to nie jest moim zdaniem tak oczywiste, gdyż (do czasu) posiadali własne państwo. Gdyby nie byli tak "obcy światu" i "czasowi", mieli żywe relacje z otoczeniem, mogłoby to być państwo silniejsze (dzięki handlowi, imigracji, wzajemnemu inspirowaniu etc.) i łatwiej dobierające sojuszników. Ale to wszystko gdybologia niestosowana ;) 
Niewątpliwie samo przetrwanie, to  - "z homeryckiego punktu widzenia" - wyjątkowo kiepskie wynagrodzenie za przymierze (w etymologicznym sensie słowa kiepskie).

3. Pan Suliga • autor: (2013-09-05 12:37:41)

Pan Suliga jest dla mnie mówiąc delikatnie średnio wiarygodny odkąd przeczytałem jakoby Szri Kriszna był demonem a przecież Mahatma Gandhi nazywał Bhagavad  Gitę  swoją 
Matką nie sądzę aby ten święty człowiek miał konszachty z demonami. Chrzescijanie mają ten nieprzyjemny zwyczaj iż w każdej innej religii upatrują działania sił demonicznych.
Mam wielki szacunek do Bhagavad Gity.

4. @yogin • autor: (2017-07-21 06:56:10)

A ja mam wielki szacunek do wszystkich wielkich religii "z tradycjami". Bhagavad Gita to  część eposu i przykład tego, jak epos rycerski może wyewoluować w duchu mistycznym.
(Zresztą Odyseusz też wędruje po świecie raczej niematerialnym, błąka się po krainach istot demonicznych, zanim wreszcie trafi do domu... ale to inny temat)

Dziękuję autorowi tekstu za naprowadzenie mnie na chrześcijański taoizm, czyli teologię apofatyczna :-)