Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Żeglowanie po mieście

Próbowaliśmy, razem z A., pływać łódkami po jeziorze. Próbowaliśmy - bo przyczepił się młody chłopak, któremu bardzo zależało na tym, żebyśmy mieli kapoki, koła ratunkowe, bosaki i nie wiadomo co jeszcze. Kiedy okazało się, że nie mamy tego, zawrócił nas do portu, gdzie mieliśmy wziąć inną łódkę. Chłopak był irytujący i zrobiliśmy tak, że został on na łódce z całym sprzętem ratunkowym, my zaś zaczęliśmy odpływać na dziwnej konstukcji, która przypominała szkielet tratwy, z masztem ale bez żagla i bez pokładu. Ja siedziałem na maszcie i naciskając go łydkami kierowałem tratwą jak koniem, A. płynęła w wodzie trzymając się jednej z belek.

Namolny chłopak chciał nas gonić, nie miał wioseł, próbował więc wiosłować rękoma, ale to nie pomagało wiele. Ale nawet taki nieporadny blokował wyjście na jezioro, zatem skierowałem się w przeciwnym kierunku, kanałem w stronę miasta. Ruch na kanale był gęsty, oprócz kajaków i innych łodzi był tam też tramwaj, szyny miał ułożone wprost na wodzie. Ludzie pływali tuż pod wodą z łatwością delfinów, grupa kilku kobiet kierowała się wprost na nas ślizgając się po powierzchni, tuż przed zderzeniem zanurkowały i przemknęły pod naszymi belkami. Większość ruchu odbywała się w kierunku portu.

Na powierzchni kanału pojawiało się coraz więcej samochodów i rowerów, a także ludzi chodzących na piechotę. Powierzchnia kanału stawała sie normalną ulicą, ale jednocześnie nie przestawała być wodą i mogliśmy po niej płynąć dalej. Dotarliśmy do większej kilkupasmowej ulicy, wzdłuż której stały niskie kamiennice, skierowałem się w prawo. Tutaj była to już jedyna "łódź", poza tym tylko samochody i piesi. Zresztą asfalt zrobił się nieprzejrzysty i nie było wiadomo kto pływa pod nami, widziałem tylko A., która zresztą po chwili wyszła na powierzchnię, sprawdziła butem, że da się po niej chodzić i pobiegła przede mną, po jezdni.

Skierowałem tratwę za nią i po chwili zobaczyliśmy, że ulica biegnie w dół do kolejnego skrzyżowania. Przechodnie machali do mnie i zatrzymywali mnie, mówiąc, że nie można płynąć z tej góry, że muszę dalej iść na piechotę. Posłuchałem ich, zszedłem z masztu na asfalt, tratwa zatonęła bez plusku, poczułem się bardzo słaby i przy pomocy A. przeszedłem na chodnik. Usiedliśmy tam pod ścianą, odpoczywałem oparty o nią a wtedy zaczął padać śnieg. Zatrzymywał się między źdźbłami traw i wiedziałem, że już nigdzie nie pójdę.

Obudziłem się smutny.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.