Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-05-29

Paweł Droździak

Echnaton przegrywa mimo sondaży

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/f/fd/EMS-92205-Rosicrucian-Egyptian-Akhenaten.JPG/383px-EMS-92205-Rosicrucian-Egyptian-Akhenaten.JPG

Wybory strona postępowa przegrała sromotnie, a jesienią będzie znacznie gorzej. Co do tego wszyscy zdają się już zgodni, uderza jednak brak trafności w komentarzach, w których próbuje się uchwycić powód klęski. Błąd komentatorów na tym polega, że w szukaniu przyczyn nie sięgają zbyt głęboko, co nieuchronnie skazuje ich na to, że przy kolejnym jakimś epizodzie, aferze, kolejnym skandalu, albo wpadce rządzących znów zaczynają liczyć, że może jednak tym razem odwróci się karta. Tak się rzecz jasna nie stanie i każde kolejne rozczarowanie wprowadza miłych ludzi pełnych dobrych chęci w stan coraz większej dezorientacji i irytacji z niej wynikającej. Wydaje się, że stało się już wszystko, co mogłoby stać się, by najlepszy rząd pogrążyć, jednak niezatapialność rządu obecnego nic sobie z tego nie robi. I sytuacja ta ma miejsce nie tylko w Polsce. To światowy proces. Choćby ci, których niesie teraz fala zwycięstwa mówili i robili rzeczy najoczywiściej okropne, wcale im to nie szkodzi. I nie rozumieją ci dobrzy i mili jak to się dzieje. Nie rozumieją, bo popełniają błąd w pierwszym założeniu, a ponieważ właśnie to pierwsze założenie funduje samo ich istnienie jako politycznej siły, są na nie ślepi, podobnie jak słynna żaba Kermit ślepa jest na fakt, że jest pacynką.

Jakież to fałszywe założenie stoi u podstaw wszelkich interpretacyjnych błędów? To mianowicie, że w polityce możliwe jest realizowanie wartości i że można ludzką hierarchię wartości za pomocą polityki zmieniać. Inaczej mówiąc – że polityka może tworzyć lepszy świat i temu służyć i że można politycznie przekształcać nawet to, co najbardziej intymne. Że może stać się polityka instrumentem tworzenia „królestwa bożego na Ziemi”, o ile ktoś się nie boi używać tak górnolotnego języka. Instrumentem jakiejś mentalnej przemiany samych fundamentów człowieka. Przemiany, dodajmy, świadomej, celowej, planowej i kontrolowanej, a nie przemiany przypadkowej, wywołanej przez jakieś społeczne zmiany których nikt nie przewidział. Czyli, że może się stać polityka narzędziem jakiejś społecznej inżynierii dobra. Że to jest w ogóle jakoś zasadniczo możliwe – oto to podstawowe, błędne założenie.

Przez całą historię ludzkości polityka służyła czemuś całkiem innemu i czym innym była. Owszem, władcy działali czasami dla dobra swoich poddanych i próbowali rozsądnie jakoś życie im organizować, dzięki czemu niektórzy z nich byli lubiani, a nawet uwielbiani. W wielu ich działaniach znać prawdziwą troskę. Pięknym przykładem są tu dokumenty, w których władcy ustanawiają miasta ku pożytkowi poddanych, tworzą porty, lub określają granice wolności drapieżnego rynku, czyniąc cechy strażnikami takich ograniczeń. Gdy czyta się niektóre z tych dokumentów, gdzie król z naprawdę dobrym rozumieniem istoty problemu pochyla się nad tym, by sprzedawano za godziwy zysk, ale i cenę godziwą w stosunku do pracy, by byle kto rynku nie rozbijał napływem taniej chały skądeś z końca świata, by członkowie cechów nie przekraczali granic branży, by nikt nie psuł rynku pracą byle jaką, byle jak wykwalifikowaną, ale tanią, uderza piękno tych listów sprzed wieków. Wyraźnie królowie chcieli czasem zrobić coś dobrego. Wiemy jednak, że prócz tego toczyli krwawe wojny, dopuszczali się skrytobójstwa, intrygi, zdrady i podstępu, więzili i katowali politycznych wrogów, usuwali konkurentów do tronu i przede wszystkim nigdy nie oddawali władzy. Uprawiali zdroworozsądkową ekonomię w miarę własnej wiedzy i swego rozumu, ale tam gdzie prowadzili politykę, tam wartością było tylko jedno. Pozostać na tronie i mieć czym rządzić. Ponadto, i to chyba jest najważniejsze, ich reformy nie były zmienianiem samych logicznych podstaw, na których opiera się świat, ale urządzaniem świata w tych logicznych ramach.

Warto to dobrze rozróżnić, bo to rozróżnienie jest naprawdę kluczowe. Owszem, osiedlał na przykład król jakąś etniczną mniejszość na swoim terenie i dawał jej częściowo jakieś odrębne prawa, ale nie kwestionował nigdy ten król tego, że istnieje coś takiego jak mniejszość etniczna i nie podważał odmienności ludzi jako takiej. Nie działał z punktu widzenia jakichś nowych wartości, tylko działał czysto pragmatycznie w obrębie wartości uznawanych ogólnie, a gdy te wartości przekraczał, na przykład racząc konkurenta do tronu trucizną, po prostu nie afiszował się z tym, ale też nie czynił sobie z tego zbyt wielkich wyrzutów. Taka po prostu jest polityka. To twarda gra. Owszem, starał się czasem król unikać wojny, ale nigdy nie kwestionował zasadniczego sensu istnienia armii. Owszem, mógł nadawać większe prawa kobietom, ale nigdy nie kwestionował samej definicji tego, czym jest płeć, ani nie kwestionował całkiem jej istnienia. Faktycznie, mógł ustalać miejsce wspólnot religijnych w ramach państwa zakreślając granice ich wpływów, ale nie kwestionował samego faktu, że religia jest dla ludzi istotna i że między religiami istnieją różnice. Mówiąc najprościej – król czasem próbował jakoś urządzić człowiekowi otoczenie, ale nigdy nie próbował zmieniać samego człowieka. Powoływał się czasem na wartości, ale nigdy nie próbował sam wartości zmieniać, czy między nimi naruszać proporcji.

Dawniejsza polityka była więc po prostu pragmatyczną grą interesów, albo niezbyt pragmatyczną grą ambicji, a stawką często było w niej życie. I było to jasne dla wszystkich. Z tego powodu nie wszyscy polityką się chcieli zajmować. Wielu ludzi polityki nie akceptowało wcale, właśnie dlatego, że skupiała się w niej jak w soczewce cała brutalność  i bezwzględność świata. Jasne było, że nie można polityki prowadzić, jeśli się nie akceptuje samego istnienia wojen i konieczności ich prowadzenia, a zatem także zadawania śmierci wrogom i śmiertelnych ofiar po swej własnej stronie. Jasne też było, że nie da się polityką zająć, jeśli się nie akceptuje tego, że jedni ludzie są bogatsi a inni biedniejsi, jeśli się nie akceptuje tego, że ludzie posiadają ambicje, jeśli nie jest się pogodzonym z faktem, że plemiona wolą swoich od obcych i dążą do tego, by różnice między sobą i własną odrębność zachować, że światy mężczyzn i kobiet różnią się, jeśli nie akceptuje się tego, że ludzie preferują dzieci własne nad cudze, czyli po prostu jeśli nie akceptuje się tego, że świat jest taki, jak widać.

Jeśli ktoś nie chciał się z tym wszystkim pogodzić, albo pogodził się z tym z wielkim smutkiem, ale sam nie chciał się w czymś takim nurzać, to polityki nie uprawiał wcale i od tematów politycznych stronił. Królestwo jego nie było z tego świata, jak to doskonale ujął klasyk kiedyś. Czym zatem zajmował się ktoś taki, o ile miał potencjał w rozumie i wybór? A to proste. Szedł do klasztoru na przykład. Albo zostawał pustelnikiem, jak Yoda. Świętym wędrownym dziadem, prorokiem i uzdrowicielem. Albo na uniwersytecie znajdował zajęcie, gdzie oddawał się entomologiom. Mógł też zostać artystą, zajmować się sztuką, co często mogło się wiązać z dodatkowym profitem w postaci bycia członkiem artystycznej jakiejś przemiłej bohemy. W czasach późniejszych akcenty przesunęły się zresztą na tyle życzliwie, że w bohemie można było być łatwiej, a bycie przy tym artystą było mniej konieczne. Już nawet jedna „książka w trakcie” której nikt nie widział na oczy do bycia artystą uprawniała wystarczająco, by pić absynt z miłymi ludźmi, wygłaszać natchnione mowy i mieć wielu kochanków płci dowolnej, lecz zawsze wielkiej erudycji. Wielu poszło tą drogą i bardzo to sobie chwalili. Można też było podróżnikiem zostać i odkrywcą. Awanturnikiem, żeglarzem, dla którego granic między krajami nie było, ale który wiedział, że tylko on sam je przekracza. Mógł wreszcie, choć ta droga miała najmniej zalet, zostać filozofem. Albo, czego bym już naprawdę wcale nie polecał – psychoanalitykiem, już w czasach najnowszych. Jakie były zalety takich życiowych wyborów? Ano nie uczestniczyło się wówczas w te całej światowej nawalance, napędzanej ambicjami, agresją, stadnym instynktem, stadnym egoizmem, łapczywością i okrucieństwem. Czyli nie uczestniczyło się w polityce. Człowiek się wznosił do raju, który sobie wyobrażał po śmierci, albo chwytał jego przedsmak w nabożnych medytacjach, podziwianiu światełek z witraża na podłodze kaplicy, słuchaniu ptaszków, albo się pogrążał w dekadencji i zaprzeczeniu sensu, tworząc sztukę która programowo nic nie przedstawia, dający tym wyraz buntu przeciw temu, że życie jest jakie jest. Albo żył we własnym świecie licząc odnóża pcheł, albo tory komet. Wszystko to oznaczało, że zostawiało się świat polityki – wojny, spory dynastyczne, kłótnie na sejmikach – swemu biegowi. Jako niegodny porządnego człowieka po prostu.

Stało się jednak coś niezwykłego. Bo oto, w miarę postępów wiedzy przyrodniczej, ludzie przestali poważnie traktować abrahamiczną obietnicę raju po śmierci, albo dharmiczną obietnicę wiecznego odradzania się (która jest istotą opowieści o oświeceniu, jako wyzwoleniu z tegoż koła odrodzeń). Życie bohemy także stało się trudniejsze, bo wszystkie europejskie stolice z Paryżem na czele z elitarnych miejsc spotkań swobodnie kopulujących narkomanów przekształcały się w mekki turystów, poszukujących przedstawicieli tej pierwszej grupy by wziąć autograf, lub mieć z nimi zdjęcie. To by było jeszcze do zniesienia, ale gdy zaczęli pytać o pamiątki, a koledzy wokół wzięli się za ich intratną sprzedaż, jasne się stało, że zarówno droga klasztoru, jak absyntu jest już zamknięta. To już przestało mieć sens. Ale coś robić trzeba. I tak właśnie upowszechniło się marzenie, pobożne życzenie, lub może właśnie owo pierwsze założenie, o którym na początku piszę w tekście.

Oto ono: można być bohemą, przejąć władzę i dzierżąc władzę jednocześnie bohemą pozostać. Można być eremitą który nie chce niczego, pozbawionym wszelkiej agresji i ambicji pacyfistą i jednocześnie ministrem sił zbrojnych. Można stworzyć ekonomię, w której nie chodzi o to, by jak najmniejszym kosztem jak najwięcej mieć. Można stworzyć taki kraj, do którego będą wszyscy należeć. Kraj bez granic, tak żeby podróżować za granicę nie musieć przekraczać granicy, bo jej nie będzie. Szczególnie to ostatnie życzenie ilustruje dobrze pierwsze założenie, o którym mówimy. Można podróżować swobodnie za granicę i cieszyć się zagranicznością, bo nie będzie granic. Zagranica będzie do podróżowania, ale nie będzie granicy oddzielającej teren własny od zagranicznego. Dawniej czegoś takiego doświadczali żeglarze, obieżyświaty, co najmowali się po świecie do każdego możliwego statku i pływali wszędzie, porozumiewając się w narzeczu zlepionym z wszelkich możliwych języków krajów z dostępem do morza. Teraz to dla każdego. Można wreszcie stworzyć taki świat, w którym swoboda seksualna bohemy będzie dostępna każdemu niczym płatne studia i każdy będzie czuł się zarazem normalny i wyjątkowy. Czyli można wejść w politykę i przekształcić ją w to, co zawsze było tylko dla nielicznych. A za pomocą tej polityki cały świat tak przekształcić, by stał się czymś jak skrzyżowanie klasztoru i Montmartre z jego lat najlepszych. I więcej nawet – można to miejsce, miks klasztoru ahinsy i Montmartre na całą Ziemię rozszerzyć, a jednocześnie czyniąc to wciąż być kimś niezwykłym. Mieć ciastko i zjeść ciastko. Nie rezygnować z niczego, jak dawni inteligentni wrażliwcy rezygnowali, by się zająć własnym światem dla siebie znośnym. Dziś nie. Z niczego nie musisz rezygnować. Możesz nie akceptować przemocy i nie stosować jej, a wciąż mieć wpływ.

To oczywiście zupełnie niemożliwe i z tego właśnie powodu projekt ten nie wychodzi. Nie wychodzi, bo nie może. Aby to unaocznić, przypomnijmy jeden z ponurych mitów współczesnej Polski, jakim jest smoleńska kraksa samolotu. Gdzie przebiega tu linia podziału? Pozornie przebiega ona w miejscu wiary. Wypadek, czy zamach? Ale to tylko pozór i właśnie dlatego, że to pozór, na żadną ze stron sporu nie działają dowody przeciwne. Bo nie o to tu chodzi naprawdę. W rzeczywistości podział wyznacza odmienność strategii zarządzania własnymi emocjami.

Tłumaczę. Powiedzmy, że jest ktoś, kogo nie lubisz i masz do niego wiele żalu, oraz podejrzewasz go o różne złe rzeczy. I masz domek na działce, wielce dla ciebie cenny. I którejś nocy ten domek się spalił. I tego człowieka niedaleko widziano. Co zrobi większość ludzi? Natychmiast rzuci oskarżenie na tego wroga i będzie chcieć zemsty. Nie z powodu przetworzenia informacji, tylko dlatego, że odczuwa boleśnie stratę domku i chce ją jak najszybciej przerobić na furię i zemstę, która nada zdarzeniu pozytywny sens. Pozytywny, bo z historii o bezsensownej utracie domku stanie się to historia o zbrodni i karze. Czyli z dołującej (bezsilność wobec wypadków losowych) stanie się budująca (prawo i sprawiedliwość). Tak będzie chciała zrobić większość ludzi, a w czasach przedpolicyjnych – zrobi. Prócz ludzi o wysokich duchowych aspiracjach, ci bowiem będą chcieli zrobić dokładnie przeciwnie. Oni właśnie zrobią wszystko, by nie pójść za pierwszym odruchem i nie pomyśleć, że to ten człowiek. I aby właśnie  n i e  wyładować się na wrogu. Dlaczego? Z dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że zaobserwowali, jak bardzo destrukcyjna jest ta instynktowna ludzka tendencja, po drugie zaś dlatego, że w ogóle nie chcą być tacy, jak większość ludzi, gdyż razi to ich zmysł estetyczny. Są bowiem elitą. I tak samo jak odruchowo ci pierwsi powiedzą „to na pewno on”, tak samo odruchowo ci drudzy powiedzą „to na pewno nie on”. Ci pierwsi, bo chcą wyładować agresję, a ci drudzy dlatego, że wyładowywania agresji w sobie samych i w innych też nie akceptują. Ludzka grupa ma zwykle tyle rozumu, ile najgłupszy z jej członków, podzielone przez grupy liczebność, dlatego grupa niemal zawsze będzie mówić „to on”. Co się zatem stanie, jeśli takiej grupie będzie przewodził człowiek z grupy drugiej, czyli nie „ten co ciągle mówi tak” ale ten co „ciągle przeczy”? Jeśli oni będą krzyczeć „to on” a on im natychmiast powie „jesteście durnie”? To oczywiste. Powiedzą, że ten przywódca jest z tamtym sprawcą w zmowie. Musi tak być. Absolutnie nie ma tu żadnej innej psychologicznej drogi.  Co zatem powinien zrobić ten przywódca, wywodzący się z elity i widzący to szaleństwo, jeśli chce władzę zachować? To straszne, co on musi zrobić. Musi znaleźć kogokolwiek winnego i go ukarać. Musi polecieć jakaś głowa. Jakakolwiek. Dobrze to widać na przykładzie zamachu z WTC, choć tu akurat wiadomo na pewno, że to zamach, ale podstawowe zasady pozostają te same. Coś się zdarzyło, więc trzeba wysłać armię do Iraku i rozwalić Irak. Albo upadnie rząd. Czemu? Bo ludzie nie zniosą poczucia bezradności. Osoby o wysokich duchowych aspiracjach właśnie tego by chciały – nic nie zrobić i kontemplować to, jak emocje rozżalenia i furii przepływają przez nich, by zniknąć. Albo by je tłumiły i im zaprzeczały. Ale większość nie ma takich aspiracji i po prostu emocje rozładowuje. Coś się stało, to trzeba kogoś ukarać. Dlatego natychmiast w Iraku „znaleziono” broń chemiczną i wysłano armię. I Irak musiał zostać pokonany. Każdym kosztem.

I teraz pytanie. Czy to oznacza, że ten, kto by tak uczynił będąc przywódcą, zrobi dobrze? Nie. Zrobi źle. Ale polityka jest często właśnie tym. Robieniem źle. Bo świat nie jest bajką. I właśnie dlatego w dawniejszych czasach inteligentni wrażliwcy nie szli do polityki, bo to rozumieli. Nie chcieli podejmować takich decyzji. Nie chcieli zarządzać emocjami motłochu, bo ich przerażały te emocje i wszystko co się wiąże z nimi. A współcześni inteligentni nadwrażliwcy nie mają już gdzie się ukryć, w klasztorach wiadomo jak jest, w Paryżu turyści, idą więc do polityki i usiłują przekształcić politykę i świat na własną modłę, po czym zderzeni z taką sytuacją jak smoleńska kraksa próbują po prostu być sobą. Z efektem, jaki wszyscy widzimy.

Na zdjęciu widzimy faraona Echnatona, zdaje się najdawniejszego protoplastę wszystkich idealistów, próbujących dokonać niemożliwego. Faraon ten mocno był wydłużony, najpewniej chory na jakąś chorobę i może też androgyniczny. Przedstawiał się na rysunkach wspólnie z rodziną, co było demokratycznym gestem dawniej niebywałym, próbował ograniczać biznes religijny i miał wiele przedziwnych pomysłów jak na jego czasy. Prawdopodobnie był też projektantem fundamentów abrahamizmu. Pod koniec życia przez wszystkich już znienawidzony, po śmierci wymazywany skąd się dało. Tragiczne losy jego postępowych reform opisał doskonale Mika Waltari w książce Egipcjanin Sinuhe, którą serdecznie polecam wszystkim komentatorom politycznej sceny.

Paweł Droździak

Komentarze: 8

[foto]1. Król Maciuś Pierwszy • autor: Wojciech Jóźwiak (2019-05-29 12:24:49)

..też przegrał pomimo sondaży.

2. po co oni to robią? • autor: Jerzy Pomianowski (2019-05-29 18:20:10)

Brakuje w tekście domysłów - w jakim celu politycy w sojuszu z bankami uparcie chcą stworzyć tego Nowego Człowieka. Wolnego od rodziny, tradycji, religii. Czującego się nikim, kimś poniżej fauny, bo zwierzęta są pożyteczne i czasem mają miłe w dotyku futerka, zaś człowiek jest pasożytem. Sądzę, że ten Nowy Człowiek ma po prostu zapieprzać w fabryce 12h na dobę, i sypiać na materacu pod maszyną. W krajach bogatszych dostanie kawalerkę 20 m kwadrat i rower, w najbogatszych - gwarantowany dochód.

[foto]3. @Jerzy Pomianowski • autor: Wojciech Jóźwiak (2019-05-29 21:52:38)

Autor nigdzie nie pisał o Stwarzaniu Nowego Czlowieka itd. Pisał o czymś innym. Radzę przeczytać jeszcze raz. Albo po raz pierwszy.

[foto]4. Polecam w osobnym tekście • autor: Wojciech Jóźwiak (2019-05-30 09:50:45)

Czytanie.... Pawła Droździaka. Polityka jako pedagogia


(Chciałem tu dopisać uwagi, ale było ich za wiele, więc musiałem osobno.)

[foto]5. Tu jest to credo... • autor: Roman Kam (2019-05-30 12:11:23)

... o którym pisze Autor i o którym wspomina P. Jerzy:  "...w polityce możliwe jest realizowanie wartości i (...) można ludzką hierarchię wartości za pomocą polityki zmieniać. Inaczej mówiąc – (...) polityka może tworzyć lepszy świat i temu służyć i (...) można politycznie przekształcać nawet to, co najbardziej intymne. (...) może stać się polityka instrumentem tworzenia „królestwa bożego na Ziemi” (...) Instrumentem jakiejś mentalnej przemiany samych fundamentów człowieka. Przemiany (...) świadomej, celowej, planowej i kontrolowanej, a nie przemiany przypadkowej, wywołanej przez jakieś społeczne zmiany których nikt nie przewidział. Czyli, że może się stać polityka narzędziem jakiejś społecznej inżynierii dobra. Że to jest w ogóle jakoś zasadniczo możliwe – oto to podstawowe, błędne założenie".
A wtrącając zdanie własne - błąd podstawowy tkwi raczej w tym, że "inżynierowie" wierzą usilnie, iż działają dla dobra człowieka: rasy, narodu, klanu, korporacji itp.

[foto]6. Co to jest sondaż • autor: Edward Kirejczyk (2019-05-30 13:20:36)

W dyskusji pojawia się słowo sondaż, rozumiane jako narzędzie badania opinii publicznej. Mało kto wie, czym jest sondaż w Polsce. Generalnie są dwa sposoby wyboru próbki badawczej, czyli doboru osób ankietowanych: celowy i losowy. Pierwszy wymyślił, a co najmniej zastosował jako pierwszy G. Gallup w latach 30. XX w. Ustalał próbkę badawczą kierując się własnym widzi mi się. To była bardzo ciężka praca. Wybrać czarną gospodynię domową z Detroit czy z Chicago. Wybrać plantatora pomarańczy z Florydy czy kukurydzy z Illinois? Nic dziwnego, że w czasie któryś kolejnych wyborów prezydenckich G. Gallup zapracował się na śmierć. Później wymyślono narzędzia statystyczne do wyboru, ale Gallup nigdy się ich nie nauczył i dalej kierował się intuicją. Nie wiadomo po co miałby się ich uczyć, bo jego prognozy i tak były najlepsze. Dziś o ile mi wiadomo, nikt nie stosuje metod doboru celowego, do badania opinii publicznej. Próbki losowe ustalane są na podstawie narzędzi statystycznych. Są takie wzory, które pozwalają orzekać o opinii publicznej w Polsce (Chinach, Indii) na podstawie przebadania niewiele ponad 1000 respondentów. Nie dziwota, że organizacje badające opinię publiczną stosują je, jako najtańsze. Matematycznie nie można nic im zarzucić (nie dyskutujcie na ten temat z profesorem statystyki na egzaminie!), ale zaskakująco często dają błędne rezultaty. To nic osobistego, to tylko biznes! Nie dajmy się zwariować i czytanie sondaży zaczynajmy od końca, czyli liczby przebadanych Polaków. A jeśli będzie ona niższa od 1200, nie przywiązujmy się specjalnie do wyników.

[foto]7. Sondaży c. d. • autor: Edward Kirejczyk (2019-05-30 13:51:48)

Drugim problemem sondaży jest prawdomówność respondentów, nie tylko w Polsce, ale w całym pasie państw przyjętych do UE od roku 2004. W Polsce np. od zawsze nie wszyscy wyborcy przyznają się do głosowania na PiS. Po co się chwalić, że 880 zł robi nam różnicę? Statystyka potrafi rozwiązywać takie problemy. Nie pytamy kobiet czy kiedykolwiek dokonały aborcji, lecz piszemy:"Jeśli kiedykolwiek dokonała Pani aborcji lub Pani babcia była blondynką proszę postawić krzyżyk w pierwszej kratce. Jeśli nie miło miejsca żadne z tych zdarzeń, proszę postawić w drugiej". Te krzyżyki nie mówią nic o konkretnej respondentce, ale znając udział blondynek w populacji, można wnioskować o częstości aborcji. Innym sposobem jest zadawanie pytań zastępczych. Pamiętam swoje pierwsze badanie w roku 1973 czy 1974 na studenckim obozie naukowym w Białowieży. Badanie trzeba było przeprowadzić z powodów księgowych, a nie walki o punkty z listy filadelfijskiej. Zwiad badawczy wykazał, że miejscowi Polacy czują się dyskryminowani przez Białorusinów i nagle zrobiło się interesująco. Tylko jak to ująć w ankiecie? Nie można nikogo pytać czy jest prześladowany, bo odpowiedź może być zniekształcona wieloma czynnikami (Jesteśmy w obozie koncentracyjnym. Jest nam tu dobrze. Nie musicie niczego przysyłać!). Po kilku dniach ciężkiego główkowania wymyśliliśmy wreszcie pytania. Czy respondenci wiedzą kto jest naczelnikiem gminy, sekretarzem PZPR i czy wiedzą jakiej są narodowości? Rzeczywiście ludzie deklarujący się jako Polacy (czy też katolicy - nie pamiętam, tam były to zbiory w zasadzie tożsame) mieli lepsze rozeznanie. Widać ta wiedza była im do czegoś potrzebna. Nic nie wskazuje na to, żeby polscy badacze opinii publicznej pracowali tak rzetelnie, jak studenci (bez kadry naukowej) w głębokim PRL-u.

8. Do RomanaTrochę mylisz,... • autor: Mruk (2019-05-30 23:17:50)

Do RomanaTrochę mylisz, chodzi o to że "świadoma, celowa, planowana i kontrolowana przemiana" była by całkiem dobra i pożądana ale jest niestety niemożliwa.
"Inżynierowie" w tym wypadku często naprawdę próbują działać dla dobra człowieka i pewnie w wierzą w to co robią, tyle że to nie zostanie przyjęte przez "lud"
Chodzi np. o ekologów, zwolenników równości itp. postępowców.
Sposobem na skuteczność w polityce jest albo myślenie i wyczuwanie potrzeb w sposób ludowy - czyli prostacki, szczere bądź udawane (PIS bardzo dobrze rozpoznaje te potrzeby i pod rozgrywa) albo świadoma gra - chyba bardzo trudna. "Postępowych" idei lud tak po prostu nie kupi.