Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2010-12-17

Łukasz Łuczaj

W dziką stronę
Fragmenty książki pod tym samym tytułem. Wydała Krośnieńska Oficyna Wydawnicza, Krosno 2010, 187 stron

Fragmenty książki pt. "W dziką stronę". Wydała Krośnieńska Oficyna Wydawnicza, Krosno 2010, 187 stron. Kupisz na stronie Autora »   Lubisz to?


Co to znaczy naturalny?

Przymiotnik naturalny ściśle wiąże się z przymiotnikiem pierwotny. Naturalny to zgodny z naturą, pierwotny, taki jaki był pierwotnie, na początku. Jeśli zakładamy, że człowiek jest coraz mniej "naturalny", to wzorca człowieka naturalnego powinniśmy szukać w człowieku "pierwotnym".

I tu przypomina mi się pewne naukowe seminarium (37 Seminarium Geobotaniczne), które odbyło się w roku 1992 w Warszawie, w ramach zebrania Sekcji Geobotanicznej Polskiego Towarzystwa Botanicznego zatytułowane "Pierwotność przyrody polskiej". Jego organizator, profesor Janusz Faliński był uznał je za na tyle doniosłe, że jego zapis magnetofonowy opublikowano w piśmie "Phytocoenosis". Dyskutanci - ekolodzy roślin i archeolodzy - dyskutowali o tym od kiedy przyroda Polski przestała być pierwotna. Czy dwanaście tysięcy lat temu, kiedy ostatnie zlodowacenie zaczęło ustępować i wzrastać zaczęło zaludnienie? Tylko wtedy jeszcze była tundra... Czy lasy, które ukształtowały się potem, wpierw typu tajgi brzozowo-sosnowej, a potem dopiero z udziałem innych gatunków: dębu, lipy czy wiązu, były jeszcze naturalne? A może oddziaływanie człowieka było u nas jeszcze 2-3 tys. lat temu na tyle małe, że las wtedy, przynajmniej w części kraju, można by uznać za pierwotny? Czy naturalny jest Białowieski Park Narodowy, ostatni prawie nietknięty ręką człowieka obszar lasu na Niżu Europy?

Pamiętam jak zastanawiałem się, gdzie robić moją pracę magisterską. Profesor Andrzej Batko poradził mi, abym robił ją w właśnie w Puszczy Białowieskiej, u profesora Falińskiego, bo pomijając niesamowitą postać tego drugiego, "będę miał przez całe życie punkt odniesienia", "będę wiedział, co to znaczy naturalny las", "nikt mi nie wmówi, że byle lasek jest naturalny" - mówił Batko. I posłuchałem go.

I pojechałem do Puszczy. Miałem dziewiętnaście lat. Wcześniej łaziłem trochę po Karpatach i po lasach Mazowsza, widziałem wiele pięknych fragmentów lasu. A Puszcza zaskoczyła mnie. Po pierwsze martwym drewnem - wszędzie wpół zgnite pnie. Na nich paprocie, mchy, grzyby, nawet młode drzewka. W miejscach po przewróconych świerkach wielkie doły z wodą. Las gospodarczy żyje eutanazją: wszystkie drzewa umierają tak samo - pod piłami, kiedy przychodzi ich czas. Tutaj drzewa umierały różnie. Jedne gatunki, jak sosny, zasychały i stały jeszcze latami jak duchy. Inne, jak lipy i osiki, łamały się. Wreszcie świerka wiatr wyrywał z korzeniami. W tym lesie mniej było wertykalności, drzewa nie wyglądały jak wojsko stojące na baczność na placu defilad. To było pole bitwy, a może pijany taniec w jakimś prymitywnym obrzędzie. Drzewa pionowe, drzewo martwe poziome. Drzewa prawie poziome, z których odrastały pionowe nowe pnie. Drzewa pod skosem. Drzewa wyrastające na drzewach. Choinki na zgniłych pniach wysokości jednego metra. Dziury po wykrotach, w których można się utopić. Martwe lipy, puste w środku, w których można spędzić noc.

Jakby policzyć rośliny rosnące w tym lesie, ich gatunki, okazałoby się, że jest ich podobna ilość jak w lesie "prawie naturalnym", jakimś byle rezerwacie czy dobrze utrzymanym drzewostanie gospodarczym. Ale ten las ma inną geometrię... No i więcej saprofitycznych grzybów na martwym drewnie, więcej pędraków i innych larw toczących pnie. Tych aspektów naturalnego lasu jest więcej. Zwierzęta. W tej Puszczy żyją żubry i dziki, i jelenie, wilki, lisy i rysie. Ale nie ma niedźwiedzi. Wyginęły wiele lat temu. Czy dziki las, nietknięty siekierą, z wilkiem i żubrem, ale bez niedźwiedzi, jest naturalny? Podobno kiedyś mogły też tu żyć rosomaki, dziś ograniczone do dalekiej północy. Może dopiero Puszcza Białowieska z rosomakami jest kompletna, naturalna? Zwierzęta potrafią też odcisnąć bardzo silne piętno na roślinności. Dziki buchtują co roku znaczny procent Puszczy, miejscami wygląda ona jak pole orne z pojedynczymi drzewami. Na swoich ryjach przenoszą kłącza leśnych kwiatów. Z żubrzych placków kiełkują nasiona niektórych roślin. Bobry wycinają w pień całe nadrzeczne drzewostany.


Aché

Kochamy ruch, w jednym miejscu śpimy tylko raz, ale gdy pada możemy spać tam kilka razy zanim wyruszymy dalej. Kiedy przestaje padać, naszymi nienapiętymi łukami uderzamy w gąszcz, aby strząsnąć krople deszczu i przestraszyć jaguary. I znów jesteśmy na szlaku.

Bepurangi, Indianin Aché, 1978

Indianie Aché, zwani też Guayaki, to jedni z ostatnich zbieraczy-łowców Ameryki Południowej. Zamieszkują lasy wschodniego Paragwaju. Ci skryci, leśni ludzie mieli dawniej opinię kanibali. O plemieniu tym mówiło się mało aż do połowy XX wieku, kiedy stali się jednym z czołowym obiektów dokładnych badań antropologicznych nad zbieraczami-łowcami.

Większość terytorium, na którym żyją, to subtropikalny las z temperaturami w lecie około 35º C, a w najzimniejszym miesiącu około 10º C. Kilka razy w roku notuje się nawet mrozy.

Guayakowie żyją w małych grupach, w jednej jest zwykle 7-9 mężczyzn. Żywili się do niedawna głównie mięsem ssaków. Mięso stanowi u nich 78% energii w diecie, głównie jest to mięso pancerników, małp kapucynek, pekari, paca, coati i jeleni. Następnym produktem jest miód - 8%. Te dwa pokarmy zdobywane są wyłącznie przez mężczyzn, natomiast głównie kobiety zajmują się pozyskiwaniem takich produktów, jak rdzeń palm, skrobia palmowa, larwy chrząszczy z rdzeni palm i owoce. To zadziwiające, jak mało w diecie tych ludzi stanowią owoce, tym bardziej, że lasy te obfitują w nie, powszechnie rosną tam nawet zdziczałe pomarańcze!

Jako że tak świetnie skwantyfikowano ten lud, podam jeszcze więcej liczb z ich życia. Mężczyźni spędzają na pracy (głównie polowaniu) około siedem godzin dziennie. Kobiety zbierają pożywienie jedynie przez około dwie godziny dziennie, ale poświęcają jeszcze dwie godziny na przeniesienie obozu, a resztę czasu na opiekę nad dziećmi. Aché przenoszą obóz każdego dnia, chyba że bardzo pada. Według opowieści starszych dawniej częściej pozostawali na kilka dni w tym samym miejscu.

Ta wędrowność i ciągła zmiana przenoszą się też na... życie osobiste. Małżeństwa są niezbyt trwałe. Jeszcze do niedawna przeciętna kobieta miała dwunastu mężów w swoim życiu! Według antropologów, którzy badali to plemię, prawie żadne małżeństwo nie trwało całego życia małżonków, a przeciętna kobieta rodzi dzieci dla dwóch do pięciu mężów.

W ostatnich latach życie Aché ulega silnym przemianom: ich język zanika na korzyść Guarani, powszechnego w użyciu języka Paragwaju. Jak podają Hill i Hurtado, starsi plemienni zdecydowali zachować jedynie część rytuałów: jak rodzaj ojca chrzestnego, dominacja mięsa i miodu w odżywianiu, silna identyfikacja ze spożywaniem larw owadów (dla odróżnienia od "bardziej cywilizowanych" szczepów) i wysokie kulturowe znaczenie dzielenia się pożywieniem. W rezerwatach Aché działają też misjonarze katoliccy i protestanccy, co oczywiście jeszcze bardziej przyspieszy zagładę ich kultury.


Grzybiarze

W Polsce ostatnią i najsilniejszą ostoją pierwotnego zbieracko-łowieckiego trybu życia jest zbieranie grzybów. Zioła lecznicze zbierają jedynie nieliczni, zbieranie owoców na konfitury i soki, po okresie dwudziestowiecznej fascynacji, uległo zmniejszeniu z powodu wzrostu stopy życiowej społeczeństwa, które w zapracowaniu woli kupować tanie dżemy i soki w supermarketach. Dzikie owoce zbierają i to rzadko dzieci, jedząc je na surowo, albo nieliczni entuzjaści. Ale z grzybami jest inaczej. Oczywiście nie zbierają ich wszyscy. Ale znaczny procent polskiego społeczeństwa, nie wiem, może jedna czwarta, z lubością oddaje się temu zajęciu. I przynajmniej raz w roku wybiera się na grzybobranie.

Grzybobranie to nie zbieranie owoców. Chyba każdy, kto ma do wyboru grzybobranie i owocobranie, wybiera to pierwsze. Zbieranie owoców jest odtwórcze. Każda poziomka, każda borówka jest prawie taka sama. Zbieranie owoców jest jak mantra, jeśli jest ich pod dostatkiem. Zbieranie grzybów jest jak podchody, poszukiwanie skarbu, polowanie. Nie dość, że grzyby pojawiają się okresowo, to pojawiają się miejscami, trzeba ich szukać. Mówi się, że ludzi najbardziej lubią grać w gry, w których losowość równoważy się z umiejętnością, logiką. Tak jest z grzybami. Wiedza o tym, gdzie lubią rosnąć kozaki (że pod brzozami i osikami w trawie), prawdziwki (w starych drzewostanach, często na słonecznych górkach), maślaki (w młodnikach sosnowych i modrzewiowych), rydze (w jodłowych, sosnowych i świerkowych młakach), jest dokładnie tyle samo warta, co szczęście i... wytrwałość. Oraz pewien szósty grzybowy zmysł. Żeby być dobrym grzybiarzem, trzeba być dobrym obserwatorem, piechurem i wróżem.

Ludzi zachwyca chyba też bogactwo form grzybów. Nie dość, że poszczególne gatunki tak różnią się od siebie, to w obrębie tego samego gatunku owocniki są często tak różne: smukłe i pękate, proste i krzywe, małe i duże.

Narody różnią się postawą wobec grzybów. Antropolog Gordon Wasson wprowadził klasyczny już podział na narody mykofilne i mykofobowe. Mykofile lubią grzyby, zbierają je lub hodują, nie boją się ich, cenią je. Grzyby są ważnym elementem w kulturze takich krajów jak Polska, Rosja, Chiny, Meksyk czy Włochy. Grzybów z reguły mało używają Germanie. Szczególnie unikali ich Anglicy, którzy kojarzą je raczej z czymś trującym, demonicznym i niebezpiecznym. W języku angielskim panuje wielkie ubóstwo ludowych nazw grzybów i niska znajomość gatunków. Tymczasem przeciętny wiejski dziesięciolatek w Polsce czy w Rosji rozróżnia kilka lub kilkanaście gatunków jadalnych. W ilustrowanych bajkach angielskich pojawiają się zwykle grzyby niejadalne: muchomory, jakieś zasłonaki, w polskich - muchomorowi zwykle towarzyszy prawdziwek i inne grzyby jadalne, na przykład koźlarze czy kurki.

Grzyby nie mają bardzo wielu składników odżywczych. Składają się głównie z wody. Jak w "Akademii Pana Kleksa": czarodziejsko nadmuchane potrawy, które nie napełniały brzucha. Mogłyby być świetnym przykładem indyjskiej Mai, ułudy. Mają dużo chityny, której podobnie jak błonnika nie trawimy. Jedne, jak kurki, nie dają nam żadnej energii, inne jak rodzina prawdziwków, szczególnie borowik szlachetny, zawierają pewne ilości białka i tłuszczu, które miały znaczenie w pokarmie niedożywionych chłopów. Grzyby to kopalnia mikroelementów. Chińczycy wierzą powszechnie, że regularne jedzenie niewielkich ilości grzybów sprzyja zdrowiu. Także nasz jasnowidz, Ojciec Klimuszko, twierdził, że grzyby działają korzystnie na układ nerwowy. Ostatnio mamy co raz więcej dowodów na to, że jedzenie grzybów może stymulować nasz układ odpornościowy. Z drugiej strony grzyby są bardziej zdradliwe niż rośliny. Częściej wśród nich trafiają się grzyby trujące, które nie są gorzkie (na przykład muchomor sromotnikowy Amanita phalloides czy surowy podgrzybek szlachetny Xerocomus badius). Grzyby pojawiają się nagle w lesie, znikąd, spod ziemi. Stąd częste skojarzenia z diabłem, z nieczystymi siłami. Wyrastają w nocy, są oślizgłe, szczególnie często owocniki pojawiają się w pełnię księżyca, kojarzoną z czarami.

Z dostępnej mi literatury wynika, że ludy pierwotne też były podzielone i miały różnorodny stosunek do grzybów jadalnych. W Ameryce Północnej stopień, w którym Indianie wykorzystywali grzyby w potrawach był zróżnicowany, ale ogólnie nie stanowiły one ważnego składnika kuchni. W Ameryce Północnej w bardzo niewielkim stopniu korzystano też z halucynogennych, "magicznych mocy" muchomora czerwonego Amanita muscaria, w przeciwieństwie do Syberii, gdzie miał wielkie, kulturotwórcze znaczenie.

Grzyby nie są więc stałym elementem diety, lecz pewnego rodzaju wyborem, opcją. Opcją obecną jednak w kulturach zamieszkujących tereny leśne już od prehistorii.

Technologia zbioru grzybów na grzybobraniu w XXI wieku niczym nie różni się od technologii zbieracza-łowcy. Czyste zbieractwo wielu gatunków naraz. Cała radość niespodzianki, tajemnicy, mini-polowanie. Miliony Polaków każdej jesieni do lasu pcha atawistyczna siła, instynkt zbieracki. Nie z głodu, zwykle nie dla zysku, czasem nawet przez osoby, które grzybów nie jedzą. Grzybobranie to wielka gra przygodowa.

W pozbawionym zbyt wielu uciech Rzepniku, małej karpackiej wiosce, w której mieszkam, wetkniętej pomiędzy kilka wzgórz, grzyby są oprócz alkoholu oraz okazjonalnego seksu z sąsiadami albo polowania, jedyną i główną rozrywką. Każdy chwali się swoją zdobyczą. Niesie dumnie kosz lub reklamówkę ulicą. Wylicza wpierw ile prowdziwków znalazł, potem ile rydzów, liszówek (kurek), puodgrzybków, kozoków i maślaków. Czasem trafi się i kania. Aż prosi się ustalić punktację. Kiedyś na moich warsztatach w taką grę nawet zagraliśmy. Za prawdziwka i kanię było pięć punktów, za rydza i podgrzybka trzy punkty, za kozaka dwa, za maślaka i pomniejsze (na przykład lakówkę ametystową Laccaria amethystina) lub mniej cenione grzyby (na przykład muchomor czerwieniejący Amanita rubescens) po jednym. Zabawa była przednia, a moja kilkuletnia córka Nasim wypisywała wtedy ręcznie robione dyplomiki. Czasem zdarzały się tylko kłótnie, czy można liczyć lekko robaczywe grzyby, bo całkiem robaczywe były dyskwalifikowane. Szkoda tylko, że szalę zwycięstwa przeważa zwykle przypadkowe znalezisko setki jakichś ledwo jadalnych bedłek. Może trzeba udoskonalić punktację?

Przedmiotem gry mogą być i inne organizmy żywe. Kiedy byłem studentem biologii, na zaliczenie praktyk wakacyjnych z bezkręgowców wodnych na Mazurach musieliśmy zebrać komplet około trzydziestu taksonów różnych zwierząt wodnych. Specyfikacja była dość dokładna, na przykład trzy gatunki pijawek, cztery gatunki ślimaków, jeden gatunek gąbek itd itd. Gdy inni studenci babrali się po pas w jeziornym szlamie, ja zebrałem tylko jeden gatunek, pijawkę końską, trafiłem akurat na sześć osobników, które powoli udało mi się z zyskiem przehandlować na 30 innych taksonów. Zbierałem odpady zebrane przez innych, na zasadzie, ja ci dam pijawkę, której nie masz, a ty mi dasz dwie widelnice. Taki prymitywny biznesik.

W Rzepniku grzyby mają jeszcze jedno znaczenie. Wyparły zwrot "dzień dobry". Zresztą może nigdy go tu nie było. Naród rzepnicki, a szczególnie ci, co pochodzą z okolicznych polskich wiosek jak Łęki czy Wysoka, nie pukają do drzwi, nie dzwonią, nie mówią "dzień dobry" ani "do widzenia". Po prostu pchają się w drzwi, z całą siłą, nawet jeśli zamknięte, mają nadzieję, że pod naporem ciała zamek czy zasuwka ustąpi, szarpią za klamki, a jak wychodzą, to wstają i idą. Bez słowa. Wyjątkiem są tu dawni przesiedleńcy zza Buga o bardziej "pańskich" manierach. Nie dajmy się jednak zwieźć. Funkcję słowa "dzień dobry", a właściwie też i "jak tam?" na okres lata i jesieni, przejęło pytanie: "Som grzyby?" i odpowiedź, zależnie od stanu lasu: "som" albo "nima", albo też "som, ino wszystkie robaczywe". Zawsze też jest nadzieja na grzyby, bo jest albo przed pełnią, albo po pełni, przed nowiem, albo po nowiu. Najgorsze te robaki.


Nienawidzę tego kraju

Kiedy wracam z zakupów w pobliskim Krośnie, szczególnie w szary zimowy dzień, zwykle myślę: "Nienawidzę tego kraju, nienawidzę tych ludzi". Ileż to razy rozmawialiśmy z Sarah o przeniesieniu się do innego państwa. Nasze palce wodzą po mapie świata. Anglia? Maroko? Tajlandia? Indie? Ameryka? Oboje nienawidzimy głupawych gęb sprzedawczyń w krośnieńskich sklepach, ich skwaszenia, strachu przez rozmową, niechęci do interakcji.

Pomimo że większość zbieraczy-łowców było nomadami, nie wędrowali zwykle byle gdzie - krążyli zwykle po swoim terytorium, odwiedzając zależnie od pory roku miejsca odpowiednie do polowania i zbierania roślin. Australijscy Aborygeni uważali, że oni nie posiadają ziemi, ale ziemia posiada ich. Nie było więc mowy o pozostawieniu ziemi, gdzie leżą prochy ich przodków, gdzie strzegą ich duchy.

Tymczasem bardzo wielu współczesnych poszukiwaczy neo-dzikości ucieka od miejsc skąd pochodzą. Młodzi, kochający naturę ludzie zmykają ze smaganych zimnym wiatrem krajów północy: Holandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Przenoszą się nad Morze Śródziemne, albo dalej, gdzieś w tropiki. Inni wolą właśnie północ, gdzie pomimo trudnych warunków, są miejsca o pustej dzikiej przyrodzie, jak Alaska, która pociągała bohatera "Into the Wild".

Ja wybrałem opcję pozostania na swoim miejscu. Po kilku latach życia w Warszawie powróciłem w rodzinne Karpaty. Od miejsca, gdzie spędziłem dzieciństwo odszedłem dwanaście kilometrów. Można ten odcinek przejść w dwie godziny... Zamieszkałem we wzgórzach, które były dla mnie, dziecka, mitem. Porośnięte lasem pagórki na horyzoncie wydawały się nieosiągalne. Można więc powiedzieć, że niedaleko w życiu zaszedłem.

Ale wciąż waham się. Nienawidzę zimy, nie powiem, że kocham upały, ale każda temperatura poniżej dziesięciu stopni wydaje mi się nieludzka. Uciekłbym gdzieś chętnie w jakieś subtropikalne góry o rześkim, ale ciepłym klimacie. Robiłem sobie kiedyś test na facebooku pt. "Jakiej narodowości jesteś?" Wyszło mi że Berberem.

Ale powstrzymują mnie duchy. Tkwię powiązany odwieczną pępowiną narodzin, uwikłany w sieć istnień, które żyły niedaleko miejsca, gdzie teraz mieszkam. To naturalna konserwatywność.

Kiedy miałem dwadzieścia trzy lata byłem bliski rozpoczęcia studiów doktoranckich w Oklahomie. I pewnego dnia miałem sen. Był marzec. Wypalone trawy, wspinam się za wzgórze pod Krosnem, kopię dół na szczycie. A w nim świeci złoty kielich. Na pół metra wysoki. Kiedy zbudziłem się rano, odwołałem swoje plany wyjazdu, a po południu dostałem list, że przyznano mi stypendium Fundacji Nauki Polskiej. Dziesięć tysięcy złotych, co pokryło prawie połowę ceny ziemi, na której teraz mieszkam.

Ale wciąż czekam na moment, kiedy duchy przodków powiedzą mi: "Możesz iść". Wygrzebię wtedy z cmentarza w Krośnie kości moich dziadków, wypoleruję je, zawinę w lniany worek po praprababce i pójdę przed siebie w góry Atlas. Msha Allah.


Dzika kobieta

Pisałem już o dzikich kobietach budujących swoje wigwamy, o dzikich kobietach nie bojących się nagości, o dzikich kobietach Agta, które polują na dzikie świnie, o dzikich kobietach Aché, które zmieniają mężów kilkanaście razy, ale jest jeszcze jedna kategoria: dzika kobieta z koniem. Poznałem ich w życiu kilka. Rzeczywiście, znaczny odsetek kobiet, które mają w sobie pierwotną moc, siłę, odwagę, miłość do natury, to fascynatki jazdy konnej. Czy konie to symbol dzikości? Nie dla mnie. Pierwotni zbieracze-łowcy ich nie mieli. Przeskok na konia dał jednak pierwszym jeźdźcom wielką przewagę nad piechurami - szybkość przemieszczania i możliwość transportu towarów. Dlatego Indianie Prerii tak szybko przejęli konie od białych. Mogli wtedy skolonizować puste i niegościnne obszary prerii. Wcześniej egzystowali na jej obrzeżach, przy rzekach, na skrajach lasów.

No, ale koń w porównaniu do samochodu i roweru jest dziki.

Może fascynacja koniem u nastoletnich dziewcząt to element budzącej się seksualności? Jedna z dzikich kobiet z koniem opowiadała mi, że przeżyła swój pierwszy orgazm galopując na swoim zwierzęciu. Koń dla kobiety to poszukiwanie siły, mocy, może chęć dorównywania mężczyznom. No i zapach konia, podobno je podnieca.

Chciałem kiedyś w Anglii nawet kupić taką perfumę.

- Czy macie jakąś perfumę o zapachu ogiera?

- Niestety, bardzo nam przykro, sir, nie mamy - pani zrobiła minę, która była połączeniem zdziwienia, odrazy, próby ukrycia ataku śmiechu i seksualnego zainteresowania.

Koń to też ważny element snów. W wielu sennikach to symbol śmierci, tajemnicy, przemiany. O dziwo pojawia się też w moich snach - snach człowieka, którego drażnią konie, koty i psy. Opowiem o jednym z nich.

W śnie tym pojawiło się jedno z moich ukochanych miejsc, biała kapliczka na szczycie Wólki Bratkowskiej na Pogórzu Dynowskim. Miejsce, które mijam zawsze jadąc z domu do Krosna. Zresztą przyciąga i innych. Moja młodsza córka, już gdy miała trzy lata, krzyczała, kiedy wspinaliśmy się na to wzgórze: "To moja ulubiona górka!". Rzeczywiście miejsce to szczególne. W bardzo pogodny dzień widać na nim (podobnie jak na kilku sąsiednich górkach w Rzepniku, Bratkówce, Odrzykoniu, Korczynie i Komborni) panoramę Karpat, od bieszczadzkich połonin, przez Beskid Niski, majestatyczne słowackie Tatry, aż po skrawki Beskidów Zachodnich.

No więc kapliczka jest biała, przy niej brzoza i lipa, góra jest niezadrzewiona z piękną panoramą. We śnie jednak pół góry, aż do szczytu, porastał stary bukowy las. Do kapliczki przywiązanych było grubymi sznurami pięć wychudzonych białych rumaków i pięć spasionych gigantycznych szczurów. Odciąłem je. Zwierzęta uśmiechnęły się do mnie i z wolna czmychnęły do lasu. Na skraju lasu witał je gigantyczny odyniec. A ja teraz zawsze, jak siadam pod tą kapliczką, myślę o tym śnie. I nazywam moje Pogórze Dynowskie Górami Dzika.

Jakie ohydne, "nienaturalne" nazwy: Pogórze Dynowskie, Pogórze Strzyżowsko-Dynowskie albo Czarnorzecko-Strzyżowski Park Krajobrazowy. Chcę, żeby na mapy były tam Góry Dzika. Tajemniczy splątany łańcuch wzgórz i dolin, od Komborni po Górę Chełm, jak śpiący smok górujący nad Krosnem, z jednym okiem - Zamkiem Kamieniec, i drugim - Prządkami.


Łukasz Łuczaj

Fragmenty książki pt. "W dziką stronę". Wydała Krośnieńska Oficyna Wydawnicza, Krosno 2010, 187 stron. Kupisz na stronie Autora »


Łukasz Łuczaj

Komentarzy nie ma.