Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-12-24

Katarzyna Urbanowicz

Dwa sny w wigilię Wigilii

Sen o chlebie

Może pod wpływem programów telewizyjnych i artykułów w gazetach związanych z rocznicą stanu wojennego śni mi się, że idę z mężem do jakiegoś sklepu na zakupy przedświąteczne. Tłum jest siermiężny, szary, wszyscy pchają się do jakiegoś stoiska, gdzie ustawia się też mój mąż idący przodem. Okazuje się, że chce kupić chleb. Stoimy jakiś czas, kolejka jest długa, w międzyczasie mąż mój ulatnia się gdzieś i już więcej nie udaje mi się go spotkać. Kiedy wreszcie dochodzę do lady widzę na ziemi stertę chleba, wokół której uwija się sprzedawca niefrasobliwie przesuwając nogą albo kopiąc te chleby. Proszę o bochenek i dostaję coś w rodzaju chleba wielozbożowego tzw. „z formy” czyli prostokątnego, nadziewanego jakimiś bakaliami. Żeby pokazać mi ten chleb w środku, sprzedawca przekrawa go wielkim nożem i przekrojony popycha w moim kierunku. Ja się upieram, że chcę zwykły chleb, okrągły bochenek, który widziałam gdzieś na wierzchu sterty. Czuję intensywny zapach tego chleba i nie ustępuje mu. On przerzuca wszystkie te chleby leżące na ziemi, niektóre bochenki odkopuje na bok, ale nadal nie może odnaleźć zwykłego okrągłego bochenka. Budzę się.

Sen o wyjściu z pracy

Widzę, że większość koleżanek z pracy wyszła wcześniej szykować Wigilię i ja też postanawiam tak zrobić. Idę na najwyższe piętro budynku żeby zwolnić się u szefa i uświadamiam sobie, że ja nie mam szefa, tylko tak przychodzę do pracy nie wiadomo po co, a więc w każdej chwili mogę wyjść nie opowiadając się nikomu (w realu jestem emerytką).
Wychodzę więc z budynku i uświadamiam sobie, że znajduję się nie na ulicach Warszawy, ale nieznanego mi w ogóle miasta. Postanawiam wiec wejść do pierwszego napotkanego sklepu i spytać jak nazywa się miasto, w którym jestem i jak stamtąd dojechać do Warszawy: pociągiem, autobusem czy jak? Wchodzę do sklepu, który jest pomalowany na różowo (może to jakiś salon odnowy biologicznej czy kosmetyczny) i ma na całej swojej szerokości panoramiczne okno, ale dość niskie i niezbyt szerokie. Podchodzi do mnie właścicielka, a ja pytam ją jak nazywa się miasto, w którym teraz jestem. Ona nie odpowiadając prowadzi mnie do owego okna. W jego połowie znajduje się sięgający prawie na całą wysokość okna i przylegający do niego wzgórek z brązowej ziemi okraszony zieloną „czapą” z trawy. Kobieta wskazuje mi szczyt tego wzgórka i mówi, żebym patrzyła na kiełkujące — jak je nazwała „liliowce”. Rzeczywiście na szczycie pagórka widać kilka grubych, mięsistych kiełków, podobnych nieco do wschodzących krokusów, tyle że liliowych. Mówi mi też, że od strony morza wieją silne wiatry (istotnie widzę w oddali linię morza) i że wiatry te powodują samoistne wysiewanie się liliowców w budynku, gdzie napotykają na dobre warunki. Każe mi się odwrócić i widzę zwyczajny kominek z cegieł, a obok niego wysoki, mocno fioletowy krzak z owłosionymi liśćmi i fioletowo-różowymi kwiatami. Jest piękny i mocny, wyrasta wysoko, a sufit ginie gdzieś w górze — mieszkanie przechodzi w plener osłonięty skałami.
Ja zadaję jej pytanie jak nazywa się miasto, gdzie jestem, a ona odpowiada mi, że tego nie wie i wcale nie chce wiedzieć. Ale oświadcza, że mi pomoże, chociaż powinna żywić do mnie urazę bowiem ma jeszcze na rękach ślady kajdan, które jej kiedyś rzekomo założyłam. Ja nie chcę się z nią sprzeczać wiec tylko kręcę głową i wykonuję gesty w rodzaju „to nie moja wina”. Kobieta wręcza mi 46 lub 49 złotych (nie zapamiętałam dokładnie) i mówi, żebym wzięła za te pieniądze taksówkę i pojechała do śródmieścia, a tam znajdę jakieś połączenie do Warszawy. Wychodzę ze sklepu (czy salonu) i widzę przystanek tramwajowy i czekających na nim ludzi. Ale to dziwny przystanek: są na nim szare bezlistne drzewa i stoliki jak w restauracji czy kawiarni „pod chmurką”. Pytam rozmaite osoby jak nazywa się miasto, gdzie jestem, ale odnoszę wrażenie, że ukrywają tę nazwę. Albo udają, że nie słyszą i odchodzą, albo mamroczą nazwę tak, że nie mogę nic zrozumieć, wreszcie niektórzy obwiniają mnie o bezczelność polegającą na namolnym dopytywaniu się. Z tych rozmów udaje mi się zorientować, że tramwaj jedzie w kierunku dworca kolejowego, więc mam nadzieję, że tam znajdę rozkład jazdy i wszystkiego się dowiem. Niestety, orientuję się, że w międzyczasie ktoś ukradł mi torebkę i nie mam już pieniędzy, które dała mi tamta kobieta, nie będę wiec mogła kupić biletu kolejowego. Robię raban szukając złodzieja, ale osoby siedzące ze mną przy jednym stoliku pocieszają mnie, że mam przecież tyle toreb, więc nie mam powodu, żebym żałowała tej jednej utraconej, o wiele mniejszej. Faktycznie, pod stolikiem stoi szereg toreb w rodzaju tych, w których wręcza się prezenty, ale mnie na nich zupełnie nie zależy. Budzę się w poczuciu kompletnej niemocy porozumienia się z tymi ludźmi i w ogóle mocno zdołowana.

Katarzyna Urbanowicz

Komentarzy nie ma.