Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Dręczenie

Duużo jedzenia po pierwszym dniu Świąt, sporo wina wieczorem

Szedłem przez wąski korytarz z surowego betonu gdzieniegdzie niedbale pomalowanego białą farbą. Na dnie leżały śmiecie, ale nie biurowe, tylko stara słoma, igliwie, jakieś szmaty, jak w starej drewutni. Było ich mnóstwo, tworzyły zbitą masę czasem sięgającą do poziomu klamek drzwi. Korytarz zakręcał często, pod dziwnymi, rozwartymi kątami, wiedziałem też, że był skrótem w pomieszczeniach biurowych wielkiej firmy.

Szło mi się niewygodnie, bo było nierówno, śmiecie były jednak ubite i nie było to bardzo uciążliwe. W końcu pozim śmieci opadł, korytarz skończył się na tyłach dużej recepcji z marmurowym blatem i licznymi monitorami, faksami i podobnymi urządzeniami. Pracowało tam kilka osób, w jasnych koszulach, raczej młodych. Z miejsca w którym stałem mogłem wskoczyć do recepcji przez niewysoki murek, albo obejść recepcję i stanąć po stronie dla klientów.

Wybrałem to drugie i zobaczyłem, że recepcja znajduje się w rogu ogromnej hali, pełnej biurek i ludzi pracujących przy nich. Nie było tam żadnych przepierzeń ani boksów, wszystkie biurka stały w nierównych szeragach i grupach jak w auli uniwersytetu w czasie egzaminów wstępnych. Biurek było mnóstwo, pewnie ponad sto a przy każdym z nich ktoś coś robił, niektórzy przechodzili z miejsca na miejsce - trudno było się zorientować w charakterze ich pracy, nie pamiętam żadnych komputerów, telefonów ani innych urządzeń, nawet papierów mieli niewiele.

Wszyscy byli podobnie ubrani, w jasne koszule w pastelowych kolorach, jakieś luźne szarawe spodnie, zarówno mężczyźni jak kobiety, różnica między płciami była ledwo widoczna. Niezwykłe było to, że każdy z pracowników tego biura na rękach i nogach kajdany. Nie były to jakieś brutalne niewolnicze żelaza, tylko starannie wykonane, masywne przyrządy, o niklowanych ryglach i korpusach lakierowanych na czarno.

Stałem przy ladzie recepcji i starałem się czegoś dowiedzieć od pracujących tam ludzi, ale na moje usiłowania zareagował jeden z przechodzących. Chwilę rozmawialiśmy ale jakoś bez zrozumienia - pracownik nie słuchał mnie uważnie, ja też nie bardzo wiedziałem, czego chcę się dowiedzieć. Inni przechodzący też zwracali uwagę na naszą rozmowę, ale bez większego zainteresowania. Zorientowałem się, że jestem ubrany podobnie jak oni, w prawie białą koszulę i szare flanelowe spodnie, nie miałem tylko kajdan.

Zdążyłem pomyśleć, że to może dlatego nie możemy się dogadać, bo nie wiedzą, że jestem tu nowy, kiedy przez całą sale przeleciał szmer i wszyscy stali się nagle bardzo napięci. Wszyscy patrzyli w stronę szerokiego, mrocznego, prostego korytarza, którego wylot był w pobliżu recepcji. Moi rozmówcy zawołali tylko: "idą! teraz się dowiesz" i odeszli szybko do swoich biurek.

Stałem zaciekawiony, kiedy z głębi korytarza zaczęła wyłaniać się dziwna grupa kilku istot. Były wyraźnie wyższe i smuklejsze od ludzi, miały szkieletowate skrzydła lub rogi na głowach - trudno było się zorientować, bo ich całe postacie były owinięte czymś w rodzaju płaszcza z kapturem, pozwalał tylko domyślać się ich kształtów. Dwie lub trzy istoty szły przodem, kilka innych za nimi popychało dziwne urządzenie, wyglądające jak korpus ogromnej maszyny do pisania z zamontowanym dużym ekranem. Urządzenie było wielkości szafy, pokryte szarozielonym, młotkowanym lakierem. Przed ekranem była też archaiczna klawiatura z okrągłymi klawiszami, jak w starych mechanicznych maszynach do pisania, tylko dużo większymi.

Cała procesja skierowała się w moją stronę. Nie czułem lęku, kiedy założyli mi na ręce i nogi takie same kajdany, jakie mieli tu wszyscy i w jakiś sposób połączyli je z tym urządzeniem. Przejąłem się dopiero, kiedy zrozumiałem, co mam robić - nikt mi tego nie powiedział, jakoś tak stało się jasne samo z siebie. Moim zadaniem było opisywanie tego, co zobaczę na ekranie, błędne, nietrafne opisy miały być karane przez uderzenia prądem. Nie było jasne, co oznacza trafność opisów, ale nie martwiłem się tym, wierzyłem w swoje możliwości.

Znalazłem sobie jakoś miejsce na maszynie, istoty przesunęły ją do rogu hali i większość z nich odeszła. Ekran zajaśniał, a następnie tak jakby otworzył się do środka pokazując lśniącą pustą biel. Nie było tam nic oprócz białości. Kiedy wpatrywałem się, wyglądało jakby był to tunel w bieli prowadzący w nieskończoność, ale to też mogło być złudzenie, bo wszstyko świeciło tym samym zimnym, idealnie białym światłem.

Nie miałem pojęcia co napisać, nie wiedziałem co zobaczyłem, dopiero teraz poczułem, że zostałem złapany w pułapkę. Nie przeraziło mnie to jednak, tylko jakoś zakłopotało, zirytyowało. Zaczałem coś mówić z pretensją do stojących za moimi plecami istot, ale nie reagowały, wyczuwałem tylko ich rozbawienie i lekceważenie.

Obudziłem się powoli, jakbym wynurzał się z lepkiego płynu, jak oliwa, albo miód, bez niepokoju - on nadszedł później.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.