Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2009-02-23

Wojciech Jóźwiak

Do boju, dziewice czekają! Czyli literackie przedłużenia genów

Najbardziej znanym genetycznym przypadkiem zła (zła z punktu widzenia naszej ludzkiej etyki) jest zabijanie lwich szczeniąt przez lwy samce po tym, jak przejmują harem samic. Mechanizm genetyczny tego procederu jest jasno widoczny: gen skłaniający samce do zabijania nieswoich dzieci, miał wielkie szanse wygrać ze swoimi allelami, które takiego zachowania nie wytwarzały – bo nosiciele genów nie-zabójczych zostali wybici przez ojczymów, lecz sami swoich (noszących zabójczy gen) pasierbów nie zabijali.

Psychologia ewolucyjna (czytam właśnie książkę pod tym tytułem Davida M. Bussa) objaśnia podobne przypadki zła (dobra też) u ludzi. My wprawdzie dzieci naszych kobiet z ich poprzednich związków nie zabijamy (a nawet bywa, że kochamy je jak własne), ale prowadzimy wojny. Wojna ma logiczne ewolucyjne wytłumaczenie, przez mechanizm propagowania się genów. Co było wabikiem, „marchewką”, skłaniająca mężczyzn do wojny? Powiększenie zasobów dostępnych dla tych, którzy przeżyli i wygrali. Ale rabowanie żywności lub wypieranie konkurentów z zasobnych łowisk, to był dla genów słaby czynnik propagujący. Drugi czynnik był znacznie potężniejszy: oto ci, którzy wygrali wojnę, zyskiwali dostęp do mnóstwa kobiet, odebranych pokonanym, które zapładniali i w ten sposób propagowali swoje – agresywne – geny. Nosiciele genów pokojowych, czyli pra-mężczyźni łagodni, ustępliwi, tolerujący obcych, nieskłonni do zemsty i nie mający zmysłu wojennej solidarności „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, ani skłonności do poświęceń – byli przez tysiąclecia regularnie wybijani przez nosicieli genów wojennych, a ich kobiety były przez agresorów zapładniane i wychowywały nowe pokolenia nosicieli wojennych genów.

Zaistniało też literackie odbicie opisanego mechanizmu. Czym muzułmanie budzą wojenny zapał u swoich rekrutów? Wizją dziewic czekających w raju na poległych bohaterów. Więc młodych kobiet w wieku seksualno-reprodukcyjnych, przy czym podkreśla się ich dziewictwo, czyli pewność, że zapłodnione przez ciebie, ze 100% pewnością wypropagują geny twoje, a nie poprzedniego kochanka. Wprawdzie w raju raczej geny nie działają, ale umysłami jeszcze żywych – sterują, właśnie przez takie swoje literackie przedłużenia.

W balladzie „Trzech budrysów” młody Adam Mickiewicz puścił zaś w ruch własny mit założycielski połączonego narodu Polski i Litwy. Oto poemat baja, że Litwini w kolejnych pokoleniach porywali polskie dziewczęta („oto kubeł w tym kuble… nie mój ojcze, to Laszka synowa”) i z nich się rodzili. W „Panu Wołodyjowskim” Sienkiewicz bardziej realistycznie opisuje gehennę Zosi Boskiej zapłodnionej przez Azję Tuhajbejowicza. Pamietamy też, że wielki naród Rzymu zaczął się od tego, że Romulus z kompanami uprowadzili kobiety sasiadom Sabinom.

Podobny do „trójbudrysowego” i sabińskiego narodowy mit założycielski, i to chyba serio, przyjęli Rumuni chcąc iście w duchu Levi-Straussa przy pomocy mitu rozwiązać swoją dotkliwą sprzeczność: że jednocześnie są po pierwsze „stąd”, tubylcami ze swojej ziemi wokół Karpat, lecz po drugie, zarazem „stamtąd” – z dalekiego Rzymu, o czym niedwuznacznie świadczy ich język, przedmiot dumy i wyższości. (…Nad Azjatami Madziarami choćby.) Rozwiązali tę sprzeczność mitem, jakoby poszli od żołnierzy Trajana i zapłodnionych przez nich tubylczych dackich kobiet.

Powyższe spostrzeżenia ktoś bieglejszy mógłby rozwinąć w MITOLOGIĘ EWOLUCYJNĄ (i literaturoznawstwo ewolucyjne), pokazując systematycznie, jak nasze mitologie i literatury są ekspresją genów, którym służymy za wehikuły.


Książka wspomniana: David M. Boss, Psychologia ewolucyjna, Gdańsk 2001.

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.