Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-10-03

Przemysław Kapałka

Diagnozowanie

Zainspirowany ostatnim wpisem Wojtka o czuciu całego siebie, napiszę o czymś podobnym, co ja robię. Nie jest to praktyka codzienna, trudno też nazwać to praktyką duchową, ale jest to coś bardzo praktycznego i też związanego z odczuwaniem siebie. Ja to nazywam diagnozowaniem. Polega to mniej więcej na tym, że siadam w spokojnym miejscu, koncentruję się na swoim ciele albo jakimś jego elemencie, czasami na swojej psychice, i staram się wyczuć, co mi jest – czy wszystko w porządku i co jest nie w porządku. Zazwyczaj robię to wtedy, kiedy coś jest nie w porządku – na przykład źle się czuję albo coś wyskoczy mi na ciele - i chcę sprawdzić, o co chodzi. Jeśli mnie na przykład boli głowa, staram się wyczuć, co jest przyczyną tego bólu i co mam robić. Jeśli jestem nienormalnie zdenerwowany, staram się wyczuć, czym to jest spowodowane. A czasami chcę wyczuć, w jakiej ogólnie jestem formie, czy mogę działać intensywnie, czy muszę sobie trochę odpuścić, bo nie dam rady wszystkiemu, co chcę. Ostatnio na przykład kiedy wracałem z pracy, poczułem się słabo, więc po przyjściu do domu usiadłem żeby wyczuć, czym to jest spowodowane. Okazało się, że to choroba mojego kolegi obudziła we mnie wspomnienia związane z podobną chorobą u mnie, a są to wspomnienia wybitnie traumatyczne i mogły wywołać takie objawy. Miałem od razu sygnał, co przepracowywać.

Jak się okazuje, to działa bardzo dobrze i wcale nie jest trudne. W wielu przypadkach mogę bardzo dobrze wyczuć, co mi dolega (albo że nic mi nie dolega), a już prawie zawsze wyczuwam, czy problem jest duży, czy mały, czy dłuższy czy chwilowy, czy trzeba podjąć działania radykalne, czy nieduże, czy przejdzie samo. Robię to od dwudziestu kilku lat. Zasada jest taka, że nie zawsze potrafię trafnie postawić diagnozę, ale jeśli już ją stawiam i stawiam z uczuciem pewności, to pomyłki nie zdarzają mi się prawie wcale, z jednym zastrzeżeniem, o którym za chwilę. Oczywiście nie od razu potrafiłem dobrze wyczuwać siebie, ale nauka tego nie zajęła mi dużo czasu. Na początku takie diagnozowanie się było całym rytuałem, dziś czasami wystarcza mi chwila.

Metoda ta ma jednak kilka dużych ograniczeń. Przede wszystkim diagnozę mogę sobie postawić tylko w takim zakresie, jaki ogarnia moja świadomość. I, jak zwykle, mogę się zablokować na pewne diagnozy – najzwyczajniej nie dopuszczać do siebie pewnych myśli - i to się zdarza. Nie rozpoznam u siebie dokładnie choroby tak, jak robią to lekarze, bo do tego musiałbym mieć wiedzę taką, jak lekarze. Ale rozpoznam, czy problem dotyczy tego miejsca, w którym czuję ból (bo na przykład przyczyny bólu głowy mogą leżeć zupełnie poza głową), i na ile problem jest duży. Kiedyś nie rozpoznałem u siebie rwy kulszowej, a było to wtedy, kiedy zupełnie nie wiedziałem, czym jest rwa kulszowa, a z podobnymi przypadkami w ogóle nie miałem do czynienia. Później jednak prawidłowo rozpoznałem, że jest to tylko część problemu i problem jest bardzo poważny. W większości przypadków rozpoznanie okazuje się prawidłowe. Bodajże najdziwniejsza diagnoza, jaką sobie postawiłem, była taka, że przyczyną mojej choroby jest to, że ktoś na mnie rzucił urok, a dokładnie, że złapałem czyjeś złe intencje wobec siebie. I też okazało się to prawdą.

Drugie ograniczenie tej diagnozy jest takie, że w tym celu muszę się wyciszyć i skoncentrować, a jeśli na przykład ból rozsadza mi głowę, siedzieć ledwo daję radę, to warunek ten może się okazać niemożliwy do spełnienia. Ale to zdarza się stosunkowo rzadko.

Myślę, że metoda ta nie wymaga żadnych specjalnych umiejętności i nie tylko jest dostępna dla każdego, ale każdy powinien to umieć przynajmniej w podstawowym zakresie.

Od jakiegoś czasu próbuję diagnozować innych. Robię to tak, że kładę na nich ręce, zwykle na głowie i na miejscu, które chcę zdiagnozować, i też staram się wyczuć, na czym polega problem. Wcale nie muszę w tym celu odczuwać na przykład bólu tej osoby, wystarczy, że wyczuję, że ten ból jest. I też przeważnie takie diagnozy innych mi się udają przynajmniej w podstawowym zakresie. Tu już nie jestem pewien, czy każdy może to robić, może mieć coś do rzeczy to, że jestem po inicjacji do reiki.

Aż się prosi, żeby każdy dzień zaczynać od diagnozy, na ile jestem dziś dysponowany, czy jestem w dobrej formie, czy w złej, czy dzisiejszy dzień może być udany, czy mam go spisać na straty. Niestety, z rana te diagnozy mi nie wychodzą. Po obudzeniu potrzebuję około dwóch godzin, żeby móc się dobrze i wiarygodnie wyczuć. A tak długo czekać nie mogę. I to mogę uznać za największe ograniczenie tej metody w moim przypadku.



Przemysław Kapałka

Komentarzy nie ma.