Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-07-24

Wojciech Jóźwiak

Czytanie Mirosława Czylka „Astrologia w obliczu kryzysu”

Artykuł Mirosława Czylka przeczytać warto – jest na witrynie Autora: „Astrologia w obliczu kryzysu” – i należy to zrobić przed czytaniem mojego niniejszego komentarza.

Czy astrologia faktycznie jest w kryzysie, tzn. w jakimś osłabieniu jej koniunktury i życiowej linii? Pewnie tak: Mirosław jest dobrym obserwatorem, przytoczone fakty przemawiają za tym, że tak, kryzys mamy. Ja sam nie tej sprawy nie znam równie dobrze, ponieważ (przyznaję!) mniej interesuję się ogólnym stanem astrologii – w Polsce i gdzie indziej – więcej zaś moją bliższą ciału koszulą, czyli Akademią Astrologii. Zapewne tak jest, jak pisze Mirosław, także w próbce AstroAkademii. Kiedy zaczynałem prowadzić tę internetową szkołę astrologii w 2004 roku, na zapowiedziany pierwszy roczny kurs, prowadzony najprostszą techniką czyli przez listę emailową, zgłosiło się około 90 (tak!) chętnych. Wprawdzie sporo szybko wykruszyło się, ale frekwencja 50 osób na kursie nie była dziwna. A potem były lata, kiedy AstroAkademia stawała w miejscu właśnie z braku chętnych. W ostatnich latach to się poprawiło i na grupy po ok. 20 osób mogę liczyć.

Przez moje kursy przez te 15 lat przeszło kilkaset osób. Ilu wytrwało w zainteresowaniach astrologią tak, iż dzisiaj mogę ich nazwać astrologami lub miłośnikami astrologii? Prawdopodobnie około 30 osób. Co powoduje tak wielki odsiew? Według mnie przede wszystkim początkowe złudzenie, że astrologia jest czymś łatwym. A także jest czymś, czego można się nauczyć krok po kroku, jak wiersza na pamięć. Tymczasem astrologia jest zapętlona, wielopoziomowa, jest jakakolwiek, ale nie prosta! Prócz tego, i tu jest drugi powód licznego rezygnowania z niej, jest to, że wymaga nieustannej praktyki i przerobienia wielkiego materiału faktów i zjawisk, które trzeba astrologicznie zreinterpretować. Przede wszystkim trzeba na nowo zinterpretować własny życiorys, a więc przypomnieć sobie swoje życie i przejrzeć je przez filtr-pryzmat układów planet. Kto tego nie zrobi, może powtarzać formuły jak pewien kolorowy ptak, ale astrologiem nie będzie. Z tego powodu astrologia jest – i to jakby ze swojej natury – skazana na mniejszość, na „mniejszościowość”. Więc to, że ubywa tłumów na wykładach i konferencjach, to jeszcze nie takie duże zmartwienie.

Pod wieloma względami obecny czas i warunki są wybitnie sprzyjające dla studiowania astrologii. Horoskopy rysują się komputerowo online, są programy, są ogólnie dostępne katalogi danych urodzeniowych znanych osób i wydarzeń – no, dziurawe, bo np. Beaty Szydło ani Jana Szyszki godzin urodzenia nie znamy. (Ale Leonarda da Vinci znamy.) Podręczniki i bieżące teksty są pod ręką w internecie. Są kursy, są szkoły, są fachowe stowarzyszenia. W Polsce, tu. Prócz tego wszyscy teraz znają angielski więc mają dostęp do wielkich zasobów w tamtym światowym języku i do kontaktów z całym światem. „Za moich czasów” tego wszystkiego nie było. Pytanie, dlaczego z tych możliwości tak niewiele osób korzysta, i w tak małym zakresie.

Odpowiedź też jest w tekście Mirosława Czylka. Bo astrologia pozostaje hobby. Pozostaje zajęciem marginesowym. Nie wchodzi do mainstreamu, czyli ani do nauki (nie ma uniwersyteckiego uznania), ani do biznesu (możliwości robienia na niej pieniędzy są ograniczone i nie dla wielu), ani do „duszami władania” czyli ideologii, inaczej niż kościół, co także Czylek w swoim tekście wypunktowuje. Marginesowość astrologii przejawia się przez to, że astrolog nie może liczyć na to, że mu „ktoś da pieniądze na badania”. Przeciwnie, wszystkie wydatki musi pokrywać sam. Pieniądze to jedna z twarzy energii, więc naprawdę chodzi o to, że astrologia permanentnie jedzie na energetycznym głodzie. Czy teraz, w latach dwutysięcznych-nastych, bardziej niż w poprzednich dekadach, nie wiem. Wydaje mi się, że nie. Tzn. że to „energetyczne niedożywienie” jest constans.

To by znaczyło, że kryzys leży głębiej i jest bardziej długotrwały, niż tylko lata 2000-naste. To, że z obecnej perspektywy wydaje się (słusznie), że mamy za sobą pokoleniową epokę „dużych astrologów”, wynikło stąd, że (1) około roku 1980 astrologia w Polsce zaczynała budzić się z kilkudziesięcioletniego uśpienia; (2) w świecie wtedy szedł w rozmach ruch New Age, dający astrologii nowy szwung, (3) faktycznie, zbiegło się wtedy kilku twardzieli, którzy pomimo niesprzyjających pionierskich warunków potrafili astrologię „ruszyć od zera” – właśnie wymienieni przez Autora: niedawno zmarły Leon Zawadzki, Leszek Weres (z Rafałem Prinkem), niedawno też zmarły Włodzimierz Zylbertal, Światosław Nowicki, i tu także moja skromna osoba. Ze starszych Jan Sar Skąpski, z młodszych Piotr Piotrowski, Iza Podlaska-Konkel wraz z Miłosławą Krogulską, Jarosław Gronert czy autor oryginalnego astro-programu Bohdan Krusiński. Jeśli szerzej otworzyć okno na przedmiot, to koniecznie trzeba dołączyć Jana Witolda Suligę, chociaż on tarocista i mag. Ciekawe, że „my”, tzn. ci „starzy”, barwnie przez Mirosława uhonorowani tytułem „dinozaurów”, nie tworzyliśmy jednej społeczności. Indywidualności były zbyt silne, żeby je zebrać w jednym klubie. Różnice były nierzadko podstawowe. To raczej jest tak, że teraz widać jakąś „polską szkołę astrologii lat 1990-tych” czy jak to nazwać, a może jeszcze łatwiej będzie ją sobie wyobrazić kronikarzowi z kolejnego następnego pokolenia. Ale tej szkoły naprawdę nie było, a niezgody pomiędzy „nami-dinozaurami” nie wynikały z naszych charakterów, tylko głębiej: z różnych paradygmatów.

I myślę, że korzenie kryzysu astrologii są właśnie w tym: w tym, że w astrologii nie ma sytuacji ustalenia paradygmatu. Jest tak, że różne „szkoły” wyciągają wnioski, interpretują horoskopy i stawiają prognozy – czyli myślą – według różnych zestawów reguł. A także łatwo ześlizgują się z jednego paradygmatu na inny. Przeważnie nieświadomie. Na pocieszenie powiem, że coś podobnego od stu lat istnieje w najszacowniejszej z nauk: w fizyce, gdzie paradygmat Einsteina (czyli teoria względności) nie zgadza się z paradygmatem, tak go umownie przypiszmy, Bohra (czyli z teorią kwantów). Tyle, że astrologowie mają zdecydowanie niższą od fizyków świadomość reguł, którymi myślą.

Do przykrości meczących astrologię w Polsce, wyliczonych przez Mirosława, dodam jeszcze jedną, którą obserwuję i która mi osobiście bardzo nadojada: brak łączności z innymi krajami, a raczej innymi „gniazdami językowymi”. O ile my, Polacy, coś zewnętrznego innojęzycznego czytamy – w końcu wydano po polsku Frawleya, Arroyo, von Pronaya (te przykłady za Czylkiem), a pewnie też coś podczytujemy bez tłumaczenia, jak ja podczytuję „Cosmos and Psyche” Richarda Tarnasa (to moja największa astro-inspiracja w ostatnich paru latach) – to naszych książek i internetów poza nami Polakami nie czyta (chyba) dokładnie nikt. W każdym razie ja nie zauważyłem. Więc o ile istnieje u nas import idei, to nie ma eksportu. Prócz podwójnej energetycznej biedy – tej astrologicznej i tej polskiej – muszą tu działać jeszcze inne czynniki. Gdy i jeśli je znajdę, to napiszę.

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 6

1. Tak myślę... • autor: Piotr Iwiński (2019-07-24 10:12:59)

że obaj Panowie macie rację. Astrologię niszczy prasa kolorowa i drukowane w niej głupkowate horoskopy. Już w latach 80 ubiegłego wieku Leszek Weres mówił, że nic dobrego z tego nie wyniknie, bo te horoskopy wypaczają sens astrologii i są pożywką dla jej przeciwników, zwłaszcza ludzi związanych z kościołem katolickim (celowo użyłem małych liter).
Obydwa artykuły - ten Mirosława Czylka i powyższy przeczytałem z zainteresowaniem i - niestety - całkowicie się z nimi zgadzam.
Do grona wymienionych a artykułach astrologów dopisałbym panią dr Krystynę Konaszewską-Rymarkiewicz, autorkę wielotomowej Astrologii.

[foto]2. Aż tak bardzo nie niszczą (o Descoli też) • autor: Wojciech Jóźwiak (2019-07-24 11:33:34)

Gazetowe horoskopy aż tak bardzo astrologii nie niszczą. Raczej bym na nie patrzył jak na pewien rodzaj popularnej literatury, która ma swoje konwencje. Coś jak memy z kotami na FB. Ludzie myślący nie zatrzymują na nich swojej uwagi -- ani na jednym ani na drugim.
Słabości astrologii leżą głębiej i o jednej z nich napisałem w tym (powyższym) tekście. Rozmaitość i pomieszanie paradygmatów czyli zasad myślenia-wnioskowania prowadzi do następnej słabości astrologii: że astrologowie z różnych "plemion paradygmatycznych" nie mogą sensownie dyskutować ze sobą, przez co nie istnieje i jest właściwie niemożliwa w astrologii wewnętrzna krytyka -- która jest filarem i ostoją nauki, tej w sensie science.
A głębiej leży jeszcze inna warstwa słabości astrologii: to, że posługuje się ona inną ontologią niż science. W myśl systematyki Descoli ontologia astrologii jest analogistyczna -- podczas gdy ontologia nauki-science jest naturalistyczna. (Co nie znaczy, że jest Jedynie Słuszna.) Przedstawiciel jednej ontologii zazwyczaj przedstawiciela innej ontologii uważa za głupiego, bo inaczej nie może.
Muszę, widzę, napisać o tym więcej.

[foto]3. Bardzo dobre jest... • autor: Mirosław Czylek (2019-07-24 14:38:02)

Bardzo dobre jest to rozwinięcie o "odsiewie". To jest jednocześnie zanikanie starej tradycji, w której było parę naczyń połączonych: 

Mistrz (tak go nazwijmy) <-> integracja <-> tradycja <-> większe zaangażowanie. Oczywiście miało to swoje ciemniejsze strony, gdyż co bardziej emocjonalnie nakręceni prozelici nie mogli pojąć, jak uczniowie z innej "duchowej drużyny" przyjmują pewne paradygmaty i nie za bardzo chce im się rozmawiać. Ale jednak, gdy okazało się, że tych Mistrzów zaczyna brakować, to wcale nie spowodowało to jakiegoś nowego otwarcia czy debat astrologicznych. Może to i dlatego, że era pasjonatów trochę nam tu umiera, lub schnie.

Pisząc ten tekst nie zdawałem sobie sprawy z tego, że czas nieprawdopodobnie nas goni: https://www.press.pl/tresc/57989,nie-zyje-marek-rymuszko_-zalozyciel-i-szef-redakcji----nowego-Swiata---

[foto]4. Po prostu głupiejemy ;-) • autor: Arkadiusz (2019-07-24 19:48:04)

Wiedza nie jest trendy. Współczesne autorytety mas społecznych nie zajmują się nauką i gimnastyką umysłu. Treści w gazetach czy w telewizji równają w dół. Nie ma już Kabaretu Starszych Panów czy choćby kabaretu Olgi Lipińskiej, za to są noce kabaretowe i gale disco-polo i boksu zawodowego lub MMA. Nadużywanie smartfonów i komputerów, nadmiar oferty różnych netfliksów, kablówek z kanałami filmowymi czy sportowymi, jutuby, fejsbuki i tłitery - to wszystko powoduje, że mamy coraz większą trudność z utrzymaniem koncentracji przez dłuższy czas, czytamy nagłówki, ewentualnie kilka pierwszych zdań (streszczenie całego artykułu ;-)), brakuje czasu na poważne studia nad jedną dziedziną, szkoda porzucić tę całą ofertę dla jednej rzeczy, co chwilę coś odwraca naszą uwagę, robiąc klika rzeczy na raz w efekcie żadnej nie robimy dobrze, z należytym szacunkiem. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach prawdziwsze byłoby stwierdzenie, ze od nadmiaru boli głowa.

[foto]5. Masy ach te masy • autor: Wojciech Jóźwiak (2019-07-24 20:45:29)

Arkadiuszu, masy zawsze były jakie były, czyli masowe. A niech sobie te masy takie będą! Pozwólmy im na to. Cieszmy się, że czytają przynajmniej nagłówki. Astrologia nie była nigdy i nie będzie masowa. Mechanika kwantowa też masowa nie będzie. Zamiast martwić się masami, róbmy to, co NAS interesuje.

6. Ciekawa kwestia czy głupiejemy • autor: Weider (2019-07-25 18:59:54)

Ale tego nie da się obiektywnie określić. Problemem astrologii jest niemożność zejścia do konkretu gdy chodzi o przewidywanie przyszłych wydarzeń. Bo portrety urodzeniowe wychodzą dobrze. Astrologia nie spełnia swojej naczelnej funkcji, tzn. tej z którą jest utożsamiana więc mody na astrologię być nie może. A i zapał gaśnie.