Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2020-07-17

Jacek Dobrowolski

Czysty spontan na Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie

Czysty spontan na Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie, czyli happeningowy mariaż awangardy artystycznej i hipisowskiej od końca lat 60. do 1990 roku – wspomnienia weterana (w monografii „Dziekanka artystyczna“, wyd. ASP, Warszawa, 2017)

W Tarace za uprzejmą zgodą pierwszego wydawcy.

W połowie lat 60. ubiegłego wieku moją ambicją jako licealisty, entuzjasty jazzu i rocka, członka Klubu Rolling Stonesów w Liceum Reytana było dostać się do jednego z warszawskich klubów studenckich – Dziekanki, Hybryd czy Medyka – by tam tańczyć rocka z niedostępnymi w inny sposób studentkami. Szczytem marzeń było wejście do Piwnicy Artystycznej Wandy Warskiej na Rynku Starego Miasta. Pamiętam koncerty jazzowe w klubie Dziekanka – mieszczącym się przy akademiku dla studenterii uczelni artystycznych – w którym grali nasi bogowie: Zbigniew Namysłowski, Andrzej Trzaskowski, Janusz Muniak i kontrabasista Jacek Ostaszewski. Jacka pierwszy raz usłyszałem w Piwnicy Wandy Warskiej, gdzie roztaczał mistyczną aurę. Jego uduchowiona twarz, broda i włosy do ramion robiły wrażenie. Jazzmani ostro pili i w Dziekance panowała atmosfera alkoholowej balangi, ale rewolucja hipisowska i marihuana już wisiały w powietrzu. Jazz i rock torowały drogę ku wolności.


Autor w r. 1972 - fragment zdjęcia, które całe na końcu.

Na artystowsko-hipisowską atmosferę Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu (oczywiście z przyległościami) na przełomie lat 60. i 70. galwanizujący wpływ miały niekomercyjne galerie: Foksal, Współczesna Boguckich na tyłach Teatru Wielkiego, Brama (później Repassage Cieślarów) wraz z piwnicą Sigma tuż przy bramie Uniwersytetu Warszawskiego (obie prowadzone przez trickstera konceptualistę Pawła Freislera nazywającego swoje działania „sztuką intrygi“), a także klub Dziekanka i Jajo Pełne Muzyki w Staromiejskim Domu Kultury, czyli Largactilu, na Rynku Starego Miasta. Dziekanka miała przerwę w działalności, bowiem zamknięto ją po Marcu '68, a jako miejsce działań artystycznych wskrzesił ją Zygmunt Piotrowski w 1972 roku, zaś „zgniłe Jajo“ przeobrażono w Jazz Klub Rynek w 1967.

Wspomniane galerie i kluby działały w kontekście historycznego Traktu Królewskiego w stolicy kraju, którym rządzili komunistyczni uzurpatorzy. Krakowskie Przedmieście było od zawsze sceną władzy, prawowitej czy uzurpatorskiej. Królowie Polski przejeżdżali tędy na Zamek przez drewniane bramy triumfalne, podobnie car Aleksander I, a car Mikołaj II kroczył z dworem do koronacji. Krakowskie było też miejscem słynnych skandali. Książę Józef Poniatowski założył się, że przejedzie Krakowskim i Nowym Światem, powożąc kariolką na stojąco w stroju adamowym i zrobił to, wystawiając się na setki par oczu swoich wielbicielek, co przydało mu glorii, zanim się okrył sławą wojenną. Przed wojną na Zamku rezydował Prezydent Rzeczypospolitej i urządzał tam bale noworoczne. Politycy za PRL-u na Królewskim Trakcie pojawiali się głównie w swoich pałacach władzy: Belwederze i Ambasadzie ZSSR, budynku URM-u w Alejach Ujazdowskich (dawniej główny gmach koszar carskich kadetów), Sejmie, Białym Domu, czyli budynku KC PZPR, Pałacu Namiestnikowskim, Ministerstwie Kultury i Sztuki oraz Teatrze Wielkim. W rezydencjach królewskich w Wilanowie i Łazienkach, owszem, bywali, gdy w nich gościli polityków z Zachodu, którzy wówczas, o paradoksie!, przejeżdżali triumfalnie Alejami Ujazdowskimi. Generał de Gaulle przemierzył cały Trakt z Wilanowa na Rynek Starego Miasta w 1967 roku. Oklaskiwaliśmy jego wyrazisty profil w kepi, stał w faetonie jak cezar w rydwanie. Od czasu prezydenta Bieruta, uczestniczącego w procesjach w latach 40., nasi władcy nie paradowali po Krakowskim Przedmieściu, nawet kiedy składali wieńce przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Nie czuli się pewnie na tej historycznej scenie pełnej kościołów. Ociągali się z odbudową Zamku Królewskiego, który otwarto dopiero w 1984 roku, a dyktator Jaruzelski pojawił się tam tylko raz, z okazji pielgrzymki Jana Pawła II w 1987.

Do kawiarni i knajp, bastionów opozycji, władcy PRL-u nie zaglądali, poza nielicznymi działaczami kultury bratającymi się z artystami w SPATiF-ie. I tak wiedzieli, co w trawie piszczy, bo w kawiarniach rozmowy podsłuchiwali szatniarze-wywiadowcy, a w kościołach antypaństwowe kazania agenci SB, a z kolei ich i księży obserwowały słynne „ośmiornice“, zorganizowane w ósemki zakonnice w cywilu, tak zwane skrytki – wierne informatorki prymasa Wyszyńskiego. Krakowskie było miejscem wzmożonej obserwacji, tu każdy gest miał znaczenie dla wtajemniczonych. Nie przeciągały nim pochody 1-majowe, zresztą Nowy Świat był na to za wąski. 1-majowy triumf socjalizmu władza witała rytualnie z trybuny na placu Defilad, zostawiając Krakowskie Przedmieście procesji podczas Bożego Ciała i Drodze Krzyżowej z okazji Wielkanocy. Prymas Wyszyński, rezydujący w Pałacu Arcybiskupim na Miodowej, regularnie wygłaszał kazania w akademickim kościele św. Anny na Krakowskim Przedmieściu i to tam, przed św. Anną, papież Jan Paweł II spotkał się ze studentami podczas pierwszej pielgrzymki w 1979 roku.

Głównymi aktorami na scenie Krakowskiego Przedmieścia, oprócz przedstawicieli Kościoła, byli intelektualiści i artyści, w tym działacze opozycji, którzy po rozwiązaniu w 1962 roku Klubu Krzywego Koła, który miał siedzibę na Starówce, publicznie spotykali się tylko w kawiarniach i knajpach. Demonstracji na Krakowskim nie było przed protestem w sprawie zdjęcia Dziadów w styczniu 1968.

Towarzysko-spiskowa rola kawiarni i knajp była taka jak za zaborów. Spotykano się twarzą w twarz w oparach kawy, herbaty, wódki i papierosowego dymu. Nigdy nie było wiadomo, czy ktoś nie podsłuchuje albo, co gorsza, czy twój rozmówca nie jest tajnym informatorem. Pito na umór, bo wódka znieczulała. Szlak alkoholowego wyzwolenia wiódł od kawiarni Czytelnik na Wiejskiej i SPATiF-u w Alejach Ujazdowskich przez bar Piotruś na Nowym Świecie i legendarną Kameralną oraz Klub SARP-u na Foksal, a dalej – okupowane przez studentów kawiarnie Nowy Świat i Harenda, restaurację Staropolską, łaźnię Pod Messalką, Bristol, barek w Europejskim i Kamieniołomy, klub filmowców Ściek, kawiarnię Telimena, nieistniejący już bar Pod Kominkiem i winiarnię U Hopfera obok Dziekanki, po Poziomkę na rogu Miodowej, gdzie w połowie lat 70. ubiegłego wieku zaczęli pojawiać się dilerzy i narkomani. Najwytrwalsi zanurzali się w Starówkę, zaliczając albo ubecką knajpkę Pod Gołębiami, albo Krokodyla czy Bazyliszka, by skończyć w Samsonie na Freta. Ludzie pióra leczyli kaca w stołówce Związku Literatów i kawiarni Literackiej. Na Krakowskim do literatów i dziennikarzy dołączała studenteria z ASP, która zaczynała dzień pod wodzą prof. Aleksandra Kobzdeja od toastu piwem w łaźni Pod Messalką: „Piwo z rana jak śmietana“ lub pod przewodnictwem prof. Tadeusza Dominika w barku Hotelu Europejskiego, gdzie podawano tak zwany kandelabr – butelkę wódki otoczoną kręgiem kieliszków. Możliwy był też kurs w przeciwnym kierunku, po którym rycerze kieliszka wracali spod SPATiF-u o świcie na polewaczkach MPO.

Wódka umożliwiała inteligentom w PRL-u odgrywanie po pijaku ról bohatersko-rycerskich, do których przygotowywała ich polska tradycja niepodległościowa i które stały się niemożliwe po zniszczeniu podziemia antykomunistycznego na przełomie lat 40. i 50. Archetypalnym wzorem dla tych młodzieńców byli powstańcy warszawscy z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim na czele, dalej Marek Hłasko i Zbigniew Cybulski, czyli młodzi gniewni straceńcy, a także Leopold Tyrmand jako herold jazzu i wolności w amerykańskim stylu. Przedstawiciele bohemy artystowsko-literackiej krążyli przetartym przez nich szlakiem. Jedynym niepijącym poetą był wybitny surrealista Jarek Markiewicz.

Raz w zadymionej sali Bristolu, z pianistą przy fortepianie, wstawiony Zbigniew Herbert zatańczył tango z zalanym Ireneuszem Iredyńskim. Przerażony maître d'hôtel podszedł do Herberta i wyjęczał: „Panowie, błagam, przestańcie“. A na to poeta, nie przerywając tańca, odwrócił ku niemu głowę i wycedził: „A na Zachodzie Pan bywał?“.

Rywalizacja stolików kawiarnianych w SPATiF-ie, w kawiarence PIW-u na Foksal, w Czytelniku na Wiejskiej czy w Literackiej na Krakowskim o pozycję towarzyską i godność bohatera Polaków, czy sumienia narodu, mnie nie interesowała. Ceniłem, oczywiście, zarówno Antoniego Słonimskiego – papieża opozycji rezydującego w kawiarni Ujazdowskiej, jak również rezydentów pierwszego stolika w Czytelniku: Konwickiego, Holoubka, Szymańską i Zientarową, ale nie pasowałem do ich dworów, ponieważ były przeżarte polityką,a ja miałem do niej awersję. Z tego też powodu nie przystąpiłem do formującej się opozycji komandosów. Zresztą u Adama Michnika w mieszkaniu burza politycznych mózgów odbywała się w takich kłębach papierosowego dymu, że tylko najodporniejsi wytrzymywali.

Marzec '68 przeżyłem bardzo boleśnie, byłem w samym centrum wydarzeń od zebrania w auli Auditorium Maximum UW, przez wiec na dziedzińcu i zgłosiłem się na ochotnika do Komitetu Strajkowego jako drugi reprezentant anglistyki. Komitet przestał istnieć po aresztowaniu wszystkich jego członków pochodzenia żydowskiego. Wielu moich bliskich przyjaciół wyjechało z Polski. Pozostało poczucie ogromnej straty.

Hipisi, którzy od czasu do czasu pojawiali się od roku 1966, po Marcu '68 stali się pierwszym szerokim ruchem kontestacji reżimu i drobnomieszczańskiej mentalności znacznej części społeczeństwa. Jeden z pierwszych hipisów Marek Garztecki, zwany Turkiem z racji noszonego fezu, robił fantastyczną robotę, prowadząc od zimy 1966 roku klub Jajo Pełne Muzyki w Staromiejskim Domu Kultury. Była to wtedy mekka hipisów, jedyne publiczne miejsce w Warszawie, w którym można było słuchać płyt z psychodeliczną muzyką i o niej dyskutować. Wpływ ruchu hipisowskiego na moje pokolenie był ogromny. Zapomina się jednak o jego wpływie na twórczość Tadeusza Kantora, Jerzego Grotowskiego, Jerzego Beresia, na teatr studencki i wielu zbuntowanych artystów w Polsce. Była to przecież rewolucja obyczajowa w niemal totalitarnym szarym społeczeństwie podporządkowanym Czerwonym i Czarnym.

Hipisi zmienili charakter Krakowskiego i Nowego Światu, bo obok studenterii, zwykłych przechodniów, księży i milicjantów, PRL-owskiej bohemy wędrującej wódopojowym szlakiem oraz opozycji okupującej swe kawiarnie pojawiali się na nim luzacy, odmieńcy, biali cyganie, święci błaźni. Happening był najbliższy hipisom ze wszystkich form uprawiania sztuki poza swobodnym muzykowaniem i tańcem. Istotą życia hipisowskiego był tak zwany czysty spontan, czyli życie białych cyganów na absolutnym luzie i kontestowanie stereotypowych ról społecznych.

Pamiętam niebywały tłok na happeningu Tadeusza Kantora Lekcja anatomii wedle Rembrandta w Galerii Foksal w styczniu 1969 roku, zaledwie dziewięć miesięcy po Marcu '68. Podczas happeningu Kantor odprawił rytuał obnażania leżącego na desce kudłatego hipisa z Krakowa, poety Jacka Gulli (mieszkającego obecnie w USA), i przyszpilania jego ubrania do owej deski oraz opróżniania jego kieszeni i dokumentowania znalezisk. Sytuacja była iście gombrowiczowska: stary mag rozbierał udającego trupa młodego kudłacza, jakby składając młodość w ofierze sztuce, celebrując i głośno komentując każdy swój gest.

Otaczała go doborowa gwardia hipisów z Krakowa, Łodzi, Wrocławia i Warszawy. Stali za nim w atencji sam Prorok i jego asystenci Baluba, Dziki, Pies i Antek Nowacki. A na wprost nich siedział w fotelu w pierwszym rzędzie, jako milczący mędrzec, sędziwy Henryk Stażewski, trzymając w ręku reprodukcję obrazu Rembrandta. Jego skupienie, nobliwa powierzchowność starszego, eleganckiego, łysego dżentelmena i dobroduszna powaga rysująca się na twarzy stanowiły przeciwwagę dla eksplozyjnego, władczego sztukmistrza Kantora i jego bogato owłosionego hipisowskiego dworu. Był to skryty pojedynek dwóch wielkich magów.

Kantor po zdjęciu i przyszpileniu całego ubrania, poza slipami (nie ośmielił się zadrzeć z purytańską komunistyczną cenzurą), czyli po zdjęciu warstw kultury z natury, podziękował kudłaczowi Gulli, który zniknął w tłumie i pokazał nam deskę z rezultatem wiwisekcji – przyszpilonym ubraniem i zawartością kieszeni – jako obraz pełen śladów obecności zbuntowanego ducha młodości. Było to zdumiewające i dające do myślenia. Czy chodziło o ukazanie daremności przyszpilania ducha młodości? Czy również o niemożność uchwycenia życia samego, które umysł chce uwiecznić przez portretowanie, dokumentowanie i archiwizowanie? Galeria Foksal była rewolucyjną szpicą polskiej awangardy artystycznej oraz kontrkultury, a jej mariaż z jeszcze bardziej rewolucyjnymi hipisami był bardzo na czasie. Foksalowcy czuli ducha czasu, a on wyrażał się właśnie w happeningu. Przed kantorowską Lekcją anatomii odbywały się w Galerii Foksal pomniejsze happeningi. Kantor w surrealistycznym geście wysłał z Krakowa w 1967 roku gigantyczny list, dopiero zapowiadający jego przyjście. List ten został na Foksal rytualnie rozerwany na strzępy. Kantor i Jerzy Bereś utrzymywali stały kontakt z krakowskimi hipisami, którzy bywali w artystycznej kawiarni Krzysztofory, natomiast artyści Galerii Foksal, ze Stażewskim i Mariuszem Tchorkiem na czele, odwiedzili pierwszą dużą komunę hipisów w Ożarowie, gdzie powstał hipisowski zespół awangardowej muzyki intuicyjnej Grupa w Składzie: Istotą życia hipisowskiego była spontaniczność i to było też bliskie artystycznej awangardzie zafascynowanej happeningiem.

W kwietniu 1970 roku w Galerii Boguckich miała wernisaż legendarna grupa artystyczna z Katowic, która później przybrała nazwę Oneiron, z Andrzejem Urbanowiczem i Henrykiem Wańkiem na czele. Pokazali oni swoje fascynujące, pełne ezoterycznych symboli, kolektywnie stworzone Czarne Karty jako Nowe bezpretensjonalne pismo obrazkowe i Obrazy świętego Chaosu. Ściany galerii pokryli też napisami: Satori! Zen! Budda! Mandala! Byłem zachwycony, nie przypuszczałem, że ktokolwiek poza mną czyta teksty zen.

W Brama i Sigmie nastąpiło drugie spotkanie hipisów z awangardą artystyczną Warszawy, głównie po warszawskiej ASP, a więc z Pawłem Freislerem, Zosią Kulik, Przemkiem Kwiekiem, Janem Stanisławem Wojciechowskim, Krzysztofem Zarębskim, Wiktorem Guttem, Pawłem Kwiekiem i wieloma innymi. Paweł Freisler uprawiający „sztukę intrygi“, prowadził Bramę wraz z piwnicą Sigma i udostępnił je hipisowskiej Grupie w Składzie:, grającej muzykę czysto intuicyjną bez żadnych granic stylowych czy performerskich. Wspólnych akcji było bardzo dużo, czasem w przestrzeni publicznej, jak na przykład Czyszczenie sztuki na Małym Dziedzińcu UW i na Krakowskim przed Galerią Brama. Było to wyzwalanie terytorium od PRL-u i konformizmu. Pokusiłbym się na twierdzenie, że to dzięki hipisowskim inspiracjom sztuka awangardowa w Warszawie i Krakowie wyszła na ulice. Z kolei dzięki artystom awangardy elita hipisów wkroczyła do galerii sztuki zbuntowanej.

W Sigmie działał też teatr studencki, uprawiający intensywną grotowszczyznę. Pamiętam spektakl polegający na silnej chaotycznej nadekspresji ruchowej z towarzyszącymi nieartykułowanymi okrzykami, prym wiódł Leszek Kolankiewicz z obnażonym torsem (obecnie profesor UW).

Razem z Władkiem Kopińskim (nieżyjącym już tłumaczem języka angielskiego) unosili nad głowami pięknie wyginającą się, jedyną aktorkę w trupie, Igę Rodowicz (późniejszą wybitną japonistkę, aktorkę, literatkę i dyplomatkę). To też miał być czysty spontan, choć reżyserowany.

W Sigmie i Galerii Repassage dokazywał również teatr hipisowski Jędrka Zuzaka. Były to zaskakujące, prowokujące dadaistyczne działania niecodzienne z codziennymi przedmiotami, gra nieoczekiwanych, często absurdalnych sytuacji. Jędrek szalał też na ulicach, inspirując się Krzysztofem Niemczykiem – krakowskim performerem-prowokatorem skandalistą. Grupa w Składzie: i teatr Zuzaka poszli dalej niż Galeria Foksal. Dla tych młodych ludzi nie było granic między życiem codziennym a uprawianiem sztuki. Uprawiali ruchome święto wolnych ludzi. Działali bez spadochronów w postaci statusu artystów, bez legitymacji związków twórczych i jakiejkolwiek asekuracji, ryzykując nadzór SB oraz interwencje MO. Poza tym rozposzechniali palenie marihuany, czego czerwono-czarny establishment nie mógł tolerować, uważając ją za demoralizującą truciznę i diabelski sakrament. Jednak marihuana wyszła z podziemia prywatnych mieszkań i klubów jazzowych, wchodząc w rywalizację z alkoholem na Krakowskim Przedmieściu.

Ważną rolę w ożywianiu Krakowskiego odgrywała Akademia Ruchu Wojtka Krukowskiego, mądry teatr kontrkultury, który powstał w Dziekance w 1974 roku, występujący też w Galerii Współczesnej Boguckich.

Byli też artyści działający na Krakowskim Przedmieściu solo. Pamiętam wspaniały spacer Teresy Murak w Wielkanoc 1972 roku jako Dziewanny w płaszczu z waty, na którym rosła zielona rzeżucha wysiana w Domu Studenckim Dziekanka, jak również happening Ewy Partum w ramach jej „poezji aktywnej“ – rozsypywania przez nią w przejściu podziemnym między ASP a UW wyciętych z papieru liter jak ulotek. Przechodnie bali się je podnosić! Najbardziej konsekwentym z artystów ulicznych działających w pojedynkę był i jest do dziś, wspomniany reaktywator Galerii Dziekanka, Zygmunt Piotrowski, który w swoich publicznych medytacjach stara się przekazywać obecność sacrum.

Ruch hipisowski zaczął gasnąć na Zachodzie po 1970 roku. W Polsce hipisi weszli w okres dekadencji, ale współdziałania z awangardą artystyczną dalej się toczyły . W „Odrze“ (2009, nr 5) tak opisałem jedną z naszych akcji: „Najciekawszy happening zrobił z nami Jerzy Kalina w listopadzie 1972 r. Nosił on tytuł Wykop, dział się bowiem w wykopie pod przejście podziemne na Krakowskim Przedmieściu między UW a ASP [...] Muzyka Grupy w Składzie: ustawionej od strony Galerii Brama (obecnie księgarnia Liber) zgromadziła widzów na jego brzegach. Środek wykopu przedzielała pozostawiona przez robotników ściana gliniastej ziemi gruba na jakiś niecały metr. Pod koniec happeningu leżałem na dnie części wykopu od strony ASP, posypany farbami w proszku. Twarz i długie włosy miałem chyba na zielono. Kilka metrów ode mnie Jerzy oblał benzyną i podpalił gipsową figurę. Niechcący chlusnął też mi benzyną na twarz i włosy. Wiatr roznosił iskry od płonącej figury, nade mną jarzyły się ogniki papierosów widzów, wystarczyłaby jedna iskra, a jednak czułem, że nic mi się nie stanie, że nie spłonę. A potem Jerzy z jednej strony zaatakował szablą ścianę z gliny i ziemi pozostawioną przez robotników, podczas gdy ja z jej drugiej strony rozrywałem ją rękami. W końcu runęła pod naszymi razami i przy aplauzie widzów, umorusani jak nieboskie stworzenia, rzuciliśmy się sobie w ramiona. Było to terytorium wyzwolone od PRL-u.“


15 XI 1972. Jerzy Kalina "Wykop”: happening w wykopie na Krakowskim Przedmieściu miedzy ASP a UW. Od lewej: Krokodyl Jacek Malicki, członek zespołu "Grupa w składzie:", Jacek Dobrowolski, Jerzy Kalina. Archiwum KwieKulik. Było to współdziałanie intuicyjne: https://artmuseum.pl/pl/filmoteka/praca/kwiekulik-dzialania. Opisane w tekście.

Wspólne działania happenerskie Zofii Kulik, Pawła i Przemka Kwieków, Jana Stanisława Wojciechowskiego, Krzysztofa Zarębskiego, Macieja Żychlińskiego, Jacka Łomnickiego, Grupy w Składzie: i moje zdokumentowała w 1972 roku Beata Tomorowicz w filmie dyplomowym Działania dla łódzkiej Szkoły Filmowej, realizowanym wspólnie z TVP, a którego debiut w telewizji nie odbył się z racji „propagowania treści ideowo obcych“. Film pokazano w Tate Gallery w 2008.


Kadr z „Działania” w TVP. Autor ze strażnikami TVP.

W 1980 roku podczas karnawału Solidarności ruszyła Galeria Piwna Andrzeja i Emilii Dłużniewskich, w której pojawiali się starzy znajomi z Foksal i Bramy, a rolę małomównego nestora pełnił z godnością i wdziękiem Henryk Stażewski. Królowały tam czyste działania konceptualne i duch dionizyjski był nieobecny. Jednocześnie młodzi pod wodzą Tomka Sikorskiego (obecnie profesora Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach) ruszyli Pracownię Dziekanka, pragnąc przejąć pałeczkę awangardy.

Kogo mógłbym nazwać Królem Krakowskiego Przedmieścia? Żadnego z krążących po nim literatów czy artystów (Andrzej Dobosz piastuje urząd pustelnika, a Andrzej Partum był niekoronowanym samozwańcem) – tylko Waldemara Fydrycha Majora Pomarańczowej Alternatywy. 2 maja 1990 roku przed listopadowymi wyborami prezydenckimi zrobiłem spektakl uliczny z elementami błazeńskiego happeningu Lech na tron! Był to tłumny pochód z improwizowanymi scenami przy pomnikach. Zaprosiłem Pomarańczowego Majora do odegrania roli nowego wcielenia praojca Lecha, jako króla elekta, władcy Lechistanu. Nastrój Krakowskiego był wspaniały, ludzie byli pijani wolnością. Pamiętam na murze napis: „Havel na Wawel!“. Władza leżała na ulicy, więc wzięliśmy ją. Orszak przebierańców pobłogosławiony przez Kopernika odegranego przez Andrzeja Zwierzchowskiego (obecnie profesora w ASP) towarzyszył Królowi-Elektowi w jego zmaganiach ze Smokiem Jaruzelem granego przez Wiesława Rosochę (byłego asystenta w ASP). Po serii błazeńskich rytuałów pod Kolumną Zygmunta koronowaliśmy uroczyście Majora na Króla Lechistanu. Radio Wolna Europa, „Teleexpress“ „Goniec Teatralny“ i „Warsaw Voice“ podały to do wiadomości światu. Było to zamknięcie całej epoki mniej lub bardziej spontanicznych działań artystycznych na Krakowskim Przedmieściu.


Jacek Dobrowolski

Komentarzy nie ma.