Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-04-02

Ratomir Wilkowski

Czy warto się zrzeszać w ramach związków rodzimowierczych


Prawo do dobrowolnego zrzeszania się należy do fundamentalnych praw człowieka, a swoboda działalności i zaangażowanie obywateli w życie społeczne jest podstawą prawdziwej demokracji.
~ Karta Zasad Działania Organizacji Pozarządowych


Zgodnie z Konstytucją RP, każda osoba ma prawo do wolności wyznania. Nie ma przy tym obowiązku przynależności do jakiegokolwiek związku czy grupy wyznaniowej. Ma za to prawo wyznawać swą wiarę indywidualnie lub w wybranej przez siebie - działającej zgodnie z obowiązującymi przepisami - wspólnocie wyznaniowej (przy czym oficjalne przystąpienie do prawnie działającego, demokratycznego związku - do którego przystąpienie i wystąpienie jest dobrowolne - zazwyczaj nie wyklucza kontynuowania dotychczasowych indywidualnych praktyk religijnych przez dana osobę). Wolność zrzeszania się jest bowiem przysługującym nam prawem, z którego możemy (lecz bynajmniej wcale nie musimy) skorzystać. [1]

Najważniejszą funkcją tej wolności jest możliwość realizacji swoich interesów, czy rozwoju swojej osoby przez jednostkę poprzez wspólne działania z innymi w różnego typu zinstytucjonalizowanych formach.[2] "Istotą wolności zrzeszania się jest [bowiem] możliwość tworzenia przez obywateli sformalizowanych więzi organizacyjnych o celach i zadaniach nie reglamentowanych przez państwo. Wolność ta stanowi o możliwości funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Naruszeniem istoty tego prawa w stosunku do określonej kategorii osób byłoby wprowadzenie zakazu zrzeszania się tych osób w jakiejkolwiek organizacji i w ten sposób sytuowanie ich jako zbiorowości jednostek wyłączonej ze struktur społeczeństwa obywatelskiego."[3]

"Społeczeństwo obywatelskie, kształtujące się od 1989 r. to społeczeństwo wolnych, świadomych, aktywnych i zaangażowanych w sprawy publiczne obywateli. Obywatele nie mają żadnych przeszkód prawnych organizowania się w sposób odpowiadający ich potrzebom, celom i interesom. Nie ma takiego elementu życia publicznego, w którym nie uczestniczą obywatele zorganizowani w organizacjach społecznych, stowarzyszeniach czy fundacjach.(…) Konstytucja tworzy przesłanki dla funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego, w którym właśnie obywatele, zorganizowani w różnych strukturach formalnych (partie polityczne, stowarzyszenia, organizacje społeczne, fundacje) realizują swoje cele wpływając na sprawy publiczne. (…) To właśnie związek (art. 12 z art. 4 Konstytucji) określa demokratyczny charakter państwa i społeczeństwa."[4]

Mimo to w polskim społeczeństwie nadal powszechnie jeszcze pokutuje bliżej niesprecyzowana obawa przed jakimkolwiek sformalizowanym zrzeszaniem się, co zapewne wynika z realiów poprzedniego ustroju. Z jednej strony część osób doskonale pamięta jeszcze niejako odgórny przymus przynależności do różnego rodzaju organizacji państwowych (mniej lub bardziej o charakterze politycznym), a z drugiej strony represje i sankcje za próby zrzeszania się w związkach mogących uchodzić za opozycyjne w stosunku do ówczesnych władz... W obu przypadkach nie nastrajało to optymistycznie, czego echa odczuwamy do dziś... Pokutuje więc albo nierealistyczny stereotyp "grupy", że od razu "partyjka, zebrania, przemówienia, wiece, mundurki itp.", albo swego rodzaju trauma, że w przyszłości ktoś może z takiej przynależności wyciągać jakieś negatywne konsekwencje...

Współcześnie część osób obawia się np. potencjalnych represji będących wynikiem ujawnienia swojej przynależności organizacyjnej (czy nawet samego, obranego - w tym wyznaniowego - światopoglądu) tym razem bardziej ze strony swoich pracodawców. I w większości przypadków zasadniczo nie ma się czemu dziwić skoro teoria - każdemu gwarantująca prawo do wolności wyznania i zrzeszania się - często rozmija się z praktyką. Często działa to więc trochę na zasadzie "chciałabym, ale się wstydzę"... Co innego jeśli wyraźny sprzeciw zrzeszaniu (jakiemukolwiek, a nie dotyczącemu wyłącznie własnej osoby) wyraża ktoś nie mający powyższego dylematu.

Zasadniczo czym innym jest bowiem obawa, a czym innym wyraźnie deklarowana awersja przeciw wszelkim formom zrzeszania (szczególnie, że przecież nikt nikogo do zrzeszania się nie zmusza - to przywilej, przysługujące nam prawo, a nie obowiązek). Szczególnie ciekawe jest to jednak w przypadku osób deklarujących się rodzimowiercami (którym z różnych powodów nie odpowiada wszelka forma zrzeszania się w rodzimowierczych związkach wyznaniowych), a którym jednocześnie w niczym zasadniczo nie przeszkadza nadal formalna przynależność do dominującego w tym kraju monoteistycznego związku wyznaniowego (do wspólnoty którego włączeni zostali zazwyczaj jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności, niejako przez udział w takich obrzędach jak chrzest czy bierzmowanie).

Co więcej, bardzo często osoby pozostające poza jakimkolwiek związkiem rodzmowierczym (szczególnie nie widzące dotąd najmniejszej nawet potrzeby zrzeszania się), gdy trwoga to z różnego rodzaju apelami i roszczeniami odwołują się zazwyczaj (same przy tym nie podejmując wcześniej żadnych kroków) właśnie do formalnych związków (by te zajęły się w ich imieniu zgłoszonym problemem). Najpierw więc osoby te same (czynnie i/lub biernie) niejako przyczyniają się do marginalizacji (np. liczebnej) roli samych związków, by następnie w sytuacji kryzysowej / problematycznej żądać od tychże związków wsparcia lub pomocy.

Najczęstszym przykładem są tu przypadki, gdy w czyjejś osobistej opinii (pomijam w tym miejscu słusznie czy nie) naruszone zostało obowiązujące prawo (np. w modnej ostatnio kwestii tzw. obrazy uczyć religijnych). W większości tego rodzaju sytuacji ze skargą wystąpić może jednak każdy (np. zgłaszając sprawę do prokuratury, która następnie ma ją obowiązek zbadać). Nie ma tu znaczenia, czy wniosek złoży osoba fizyczna czy oficjalnie zarejestrowany związek (choć naturalnie ten drugi ma zazwyczaj znacznie większą siłę przebicia - co jest właśnie jedną z zalet zrzeszania się, choć zależną m.in. właśnie od liczebności członków związku).

Można się naturalnie zastanawiać, czemu indywidualne osoby same nie dokonują stosownego zgłoszenia do prokuratury, skoro tak bardzo im na danej sprawie zależy... Bo same nie chcą wdawać się w długotrwałe (a co za tym idzie kosztowne) spory urzędowe lub sądowe? Bo pozytywny dla rodzimowierstwa wynik takiego sporu / procesu (przy zdecydowanie nadal przeważającej katolickiej mentalności naszego społeczeństwa / opinii społecznej) jest raczej wątpliwy? A jeśli nawet będzie pozytywny, to poniesione wcześniej szkody i tak nie zostaną w pełni zrekompensowane (lub zadośćuczynienie będzie nieadekwatne do poniesionych na tenże spór nakładów)?

Jak zasygnalizowałem jednak wcześniej, o ile formalne związki niewątpliwie mają zazwyczaj większą siłę przebicia, o tyle pamiętać przy tym należy, że wyznaniowe związki rodzimowiercze są związkami zdecydowanie mniejszościowymi, a sami rodzimowiercy rozproszeni są po całym kraju. Dany związek działać może natomiast tak prężnie i efektownie, na ile prężnie i efektownie działają jego członkowie... Jeśli więc komuś rzeczywiście zależy na wystosowaniu danego protestu (zgłoszeniu popełnienia przestępstwa), zamiast wyłącznie apelować o podjęcie stosownych działań do danego mniejszościowego związku wyznaniowego, może uczynić to sam, także w ramach tegoż związku. Związek zapewni mu wówczas stosowne wsparcie i pomoc.[5]

Do związków warto bowiem zwracać się w szczególnie istotnych sytuacjach, tam gdzie indywidualnie wykorzystaliśmy przynajmniej minimalne dostępne środki. Nie należy oczekiwać zaś, że wszystko załatwi za nas jakiś związek (w innym razie ów zapewne nie zajmowałby się niczym innym - na nic innego, niż różnego rodzaju spory, nie starczyłoby mu czasu)... Będąc częścią społeczeństwa przede wszystkim sami bowiem winniśmy czynnie reagować na dostrzeżone nieprawidłowości... Sami lub w ramach (a wówczas przy wsparciu) stosownych związków, grup i stowarzyszeń.

O ile bowiem mniejszościowe związki wyznaniowe zazwyczaj podejmują się interwencji w najistotniejszych (zgodnych ze swoimi priorytetami) przypadkach, to same w sobie mają znacznie lepsze zajęcia niż angażowanie się (wiązanie swych zasobów) w wątpliwe w skutkach spory... Jako takie mają ważniejsze cele do realizacji, niż angażowanie się w długotrwałe, kosztowne procesy sądowe, o trudno przewidywalnym wyniku i wątpliwych korzyściach. Przy czym pamiętać należy, że związki wyznaniowe też są różne - mniejsze i większe, a tym samym ich siła przebicia, i udział w kształtowaniu tzw. opinii publicznej, też są różne.

Reasumując - w powyższych przypadkach - należałoby wpierw odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: czy ważniejsze jest rzeczywiste budowanie dobrego imienia rodzimowierstwa, czy raczej samo ciąganie się po sądach w obronie tegoż (gdyż obecnie jednej organizacji czy związkowi rodzimowierczemu, raczej trudno będzie pogodzić obie te kwestie). Innymi słowy - jeśli ktoś wymaga, by w absorbującą go kwestie angażował się dany związek, niech może raczej ten ktoś sam się tym zajmie, np. w ramach tegoż związku (wówczas np. licząc na stosowne wsparcie z jego strony). Nie powinno się natomiast liczyć, że owe związki wszystko załatwią za nas... Szczególnie jeśli wcześniej dana osoba pozostawała poza ich obrębem - co niniejszym czyni je właśnie mniejszościowymi (tym samym osłabiając ich siłę przebicia - na którą liczy i do której dana osoba apeluje, gdy jest potrzeba)...

Powszechnie wiadomo natomiast, że będąc w tego rodzaju sformalizowanym związku, grupie czy stowarzyszeniu, pewne wspólne cele generalnie realizować łatwiej (np. dochodzić swoich racji i domagać się rzeczywistego respektowania przysługujących nam praw), niż pozostawionej samej sobie jednostce. O wolności zrzeszania się podstawowe regulacje prawne zawiera Konstytucja RP (art. 11-13, 58, 59) oraz Europejska Konwencja Praw Człowieka (art. 11). Doskonałym przykładem są tu związki czy stowarzyszenia powoływane zazwyczaj przez grupę zainteresowanych tym osób, w celu łatwiejszej realizacji wspólnych celów.[6] W normalnej sytuacji ludzie zrzeszają się bowiem dlatego, że łączą ich wspólne cele, zainteresowania, a nie by te cele czy zainteresowania komuś narzucać (na tej zasadzie np. Klub Piwosza jest dla osób lubiących degustować wybrany trunek, nie zaś by kogoś do jego degustacji zmuszać).

Będąc zapisanym do związku nie wszyscy muszą jednak zaraz czynnie (zwłaszcza w ten sam sposób - w ramach związków występuje bowiem najczęściej podział obowiązków) udzielać się w ramach jego struktur. Można np. podpisać deklarację przystąpienia do jakiegoś związku i zasadniczo nie poświęcić mu dalej większej uwagi. Już w ten (wydawać by się mogło drobny) sposób (składając jeden podpis) niejako oddaje się swój głos i wyraża poparcie dla danego środowiska (celu / opcji / wizji przez to środowisko reprezentowanej). Taki głos dodany zaś do łącznej puli tworzy natomiast znaczący argument, np. w formalnych rozmowach urzędowych. Dla różnych osób różna jest bowiem potrzeba (skala) działania w ramach danej grupy - posługując się przykładem KK - jednemu wystarczy udział we mszy co niedziela (albo i to nie zawsze) oraz dofinansowanie związku np. datkiem na tacę, inny dodatkowo będzie udzielał się w oazie albo w ramach pozostałych struktur tegoż Kościoła, a jeszcze inny pójdzie do seminarium by następnie pełnić tzw. posługę. Innymi słowy, przynależność do danej grupy wcale niekoniecznie musi zaraz wiązać się z czynnym udziałem (szczególnie w tym samym zakresie) każdego jej członka na jej rzecz - przy czym z naturalnych względów im mniejsza grupa tym bardziej odczuwalny jest brak czynnego zaangażowania jego członków (a szczególnie dotyczy to grup niesformalizowanych - bo co to za grupa, która formalnie nie istniejąc, również w rzeczywistości praktycznie nie funkcjonuje?).

Przykład liczbowy – w grupie powiedzmy 100.000 członków, rzeczywiście czynnych może być np. 10.000, z czego zarząd będzie liczył np. 1.000; przy powiedzmy 10.000 wszystkich, czynnych wystarczy 1.000 a w zarządzie 100... ale jak masz w grupie 5 osób, z których czynnie nie działa 4 to o jakiej grupie tu w ogóle mowa? Przy tym nie należy mylić skali i rodzaju grup, przede wszystkim zaś samej formy uczestnictwa poszczególnych osób w ramach danej grupy (czym innym jest uczestnictwo np. w nabożeństwach, a czym innym rzeczywiste czynne działanie na rzecz samej grupy)...

Nie bez znaczenia w sformalizowanych wspólnotach jest natomiast możliwość częstego (w sposób zorganizowany) spotykania się (zarówno w celu zacieśniania więzi społecznych, poczucia wspólnoty, jak i wymiany założeń i celów programowych). Inna sprawa, że duże związki cieszą się zwykle większym poważaniem. Przykładowo, z demonstrującymi pod Sejmem robotnikami jakiegoś większego zakładu produkcyjnego się liczą, rozmawiają, negocjują - bo ci mają związki zawodowe (i m.in. możliwy dzięki temu wzajemny, stały kontakt ze sobą) - są zrzeszeni, zorganizowani... Z drugiej strony weźmy emerytów i rencistów - których liczebnie jest zdecydowanie więcej... Co z tego, skoro pozostając rozproszeni nie posiadają ze sobą stałego kontaktu, a tym samym zasadniczo nie mogą się efektywnie zorganizować? Kto się wówczas będzie z nimi tak naprawdę liczył?

W przypadku związków wyznaniowych w Polsce istotną rolę odgrywa natomiast wpis do rejestru Kościołów i związków wyznaniowych MSWiA. Wpis ten nie jest jednak obowiązkiem lecz uprawnieniem - dzięki niemu dany podmiot uzyskuje osobowość prawną.[7] Brak wpisu nie oznacza bynajmniej nielegalności działań związku wyznaniowego - świadczy jedynie o tym, że nie ma on zdolności do podejmowania czynności prawnych. Jak tłumaczy Wioletta Paprocka, rzecznik MSWiA: "Minister spraw wewnętrznych i administracji jest organem rejestrowym. Nie ma kompetencji do monitorowania Kościołów i związków wyznaniowych, którym konstytucja gwarantuje poszanowanie wolności sumienia i wyznania oraz swobodę wypełniania przez nie funkcji religijnych [...] Wszelkie przejawy działalności takiego Kościoła, jeżeli nie naruszają obowiązujących norm prawnych, są dozwolone. "[8]

Dopiero jednak ci, którzy znajdą się w rejestrze w pełni korzystać mogą z szeregu przywilejów, którymi w Polsce cieszy się Kościół. Wspólnoty te mogą wówczas korzystać np. z dotacji unijnych na cele socjalne, społeczne i kulturalne. Przede wszystkim mogą jednak korzystać z ulg podatkowych - związki wyznaniowe nie muszą płacić np. podatku od nieruchomości (zwolnione są przede wszystkim z podatku od miejsc kultu), aczkolwiek i w tym przypadku (w myśl zasady, że duży może więcej) najlepiej wychodzi na tym dominujący w Polsce monoteistyczny związek wyznaniowy (dodatkowo otrzymujący często grunty od lokalnych władz za tzw. przysłowiową złotówkę). Przykładowo - jak podaje Magdalena Kobos, rzeczniczka Ministerstwa Finansów: "Jeśli jedynymi udziałowcami kościelnego przedsiębiorstwa czy spółki są osoby prawne Kościołów, a dochody zostały przeznaczone na cele kultowe, oświatowo-wychowawcze, naukowe, kulturalne, działalność charytatywno-opiekuńczą, punkty katechetyczne, konserwację zabytków oraz na inwestycje sakralne i remonty, to nie płacą podatku."[9] Jeśli więc ktoś nadal nie widzi korzyści dla rodzimowierstwa ze zrzeszania się (które za to od wieków doskonale dostrzega np. KK), to chyba trudno prowadzić tu jakąkolwiek dalszą konstruktywną polemikę...

Niektórzy są przeciwni jakimkolwiek formalnym związkom. Wolą grupy bez (jak to sami określają) "papierków, zwierzchników, przysięg, etc [...] oparte na sympatii, a nie na podleganiu pod kogoś czy coś." Czasami jednak przez ten brak formalizacji nie udaje się np. odprawić obrzędu, bo urząd danego miasta nie wyraża zgody na "nielegalne” zgromadzenie. Inna sprawa, że nawet jeśli w niesformalizowanej grupie pozornie relacje opierają się "na sympatii, a nie na podleganiu pod kogoś czy coś", to w rzeczywistości jednak zawsze ktoś komuś podlega... Mniej lub bardziej formalnie... Mniej lub bardziej odczuwalnie... W każdej grupie, wcześniej czy później, wyłaniają się bowiem liderzy.

Po dłuższym czasie grupa taka albo się więc formalizuje albo... zwyczajnie przestaje istnieć (grupy nieformalne dużo łatwiej i szybciej się rozpadają). Tak samo bowiem jak łatwiej do grupy niesformalizowanej przystąpić (np. bez żadnych zasadniczo pisemnych deklaracji - za to najczęściej przy koniecznej akceptacji pozostałych jej członków lub nieformalnych liderów), tak samo łatwiej z nich wystąpić... W zasadzie wystąpienie nie jest tu nawet konieczne - po prostu zapominamy o całej grupie (analogicznie nie jest też nawet konieczne rozwiązanie samej grupy). Dziś jesteś w grupie, jutro cię nie ma, dziś jest grupa, jutro jej nie ma... W sformalizowanych wygląda to nieco inaczej. Zarówno wstąpienie jak i wystąpienie wiąże się z pewnymi procedurami (za to warunki przyjęcia są formalne, a przez to zazwyczaj jasno sprecyzowane). Dodatkowo brak czynnego udziału danej osoby w ramach formalnej grupy niekoniecznie musi być zaraz równoznaczne z jej porzuceniem. Najlepszym natomiast sprawdzianem każdej z tych grup i tak pozostaje upływający czas.


Ludzie się zmieniają (rozwijają w różnych kierunkach), ich priorytety życiowe ulegają przeobrażeniom, zmianom, dołączają do innych grup. Przy czym taka zmiana wcale nie musi bezpośrednio dotyczyć podejścia do kwestii wiary, ale np. samego czynnego udziału w grupach. Dotyczyć też może nie tyle samej osoby co otoczenia, które ma na nią wpływ... Np. człowiek zakłada rodzinę, ma żonę, dzieci i wówczas to im zaczyna poświęcać swoją główną uwagę - z nimi kultywować swoją wiarę, praktyki religijne - kosztem czasu poświęconego dotychczas na udział w ramach tej czy innej grupy... Jeśli natomiast taka niesformalizowana grupa, zazwyczaj o dość hermetycznym, wykrystalizowanym dotąd składzie, zacznie odnotowywać odpływ członków (bez zasilania jej nowymi), którzy sukcesywnie zaczynają się wykruszać, to co ją ostatecznie wówczas czeka?... Z pewnością są wyjątki, a rozpadają się i rozwiązują też te sformalizowane grupy, niemniej jednak chodzi o pewną skalę tego zjawiska w obu przypadkach...

Zawsze bowiem jest "coś za coś" - w grupie nieformalnej lub wcale bez grupy ma się większe poczucie niezależności, nie trzeba też np. "świecić oczami, jeśli twój kolega zrobi coś głupiego" (pomijając, że nie zawsze każdy członek danej grupy reprezentuje zaraz jej oficjalne stanowisko - równie dobrze mógł on w danym momencie wyrażać jedynie swoją osobistą opinię). Z drugiej strony przynależność do zarejestrowanego związku wyznaniowego gwarantuje różne wymienione wcześniej przywileje prawne. Reasumując - formalne zrzeszanie się ma zasadniczo (jak wszystko) swoje dobre i złe strony... Są sfery, w których wskazana jest samodzielność i indywidualne praktyki, i jest czas gdy pewne cele na pewnych płaszczyznach realizować trzeba wspólnie. Zasadniczą kwestią jest, na czym komu bardziej zależy...

W ramach rodzimowierstwa słowiańskiego wyodrębnić więc można trzy zasadnicze trendy: formalną jak i nieformalną tendencję do zrzeszania oraz całkowity brak zainteresowania zrzeszaniem. W przypadku tego ostatniego najczęstszym argumentem jest to, że dana osoba nie potrzebuje innych osób dla kultywowania swojej wiary. Jest to jednak dość krótkowzroczne stanowisko... To bowiem, że dziś może ona swobodnie kultywować swoje indywidualne praktyki religijne, zawdzięcza m.in. różnego rodzaju związkom i grupom, które do wywalczenia i ustanowienia takiego prawa (mniej lub bardziej) ostatecznie się przyczyniły. Dodatkowo, formalna przynależność do danego związku (jak już wspomniałem na początku) bynajmniej nie musi wykluczać kontynuowania czyichś dotychczasowych osobistych praktyk religijnych, ani też nawet kategorycznie wymagać od tej osoby uczestnictwa w praktykach organizowanych przez dany związek.

Należy też zdawać sobie sprawę, że mamy obecnie XXI wiek i raczej trudno (szczególnie w Europie) np. zaszyć się gdzieś w leśnej głuszy i np. zostać pustelnikiem. Pozbywając się dokumentów potwierdzających tożsamość, zrywając kontakt ze znajomymi i bliskimi - z formalnego punktu widzenia w najlepszym razie zostaje się bezpaństwowcem a w najgorszym bezdomnym lub po prostu zwyczajnym włóczęgą. Reasumując - świat się zmienia i dziś podejmować należy działania stosowne do współczesnych realiów. Naturalnie można próbować przeciwstawiać się temu, bronić się przed tym, ale tak naprawdę zostaniemy wówczas tylko kolejnymi "nieprzystosowanymi"... Krótko - nowe czasy wymagają nowych metod jeśli chce się coś osiągnąć... Jeśli natomiast nie idzie się do przodu, to trochę tak jakby się cofało...


Człowiek, będąc istotą społeczną, stosunkowo trudno znosi życie w całkowitym odosobnieniu. Niemal od zawsze, nie chcąc być sam, szukał towarzystwa sobie podobnych. Przynależność do grup ma podłoże ewolucyjne, jako że w grupie po prostu łatwiej przeżyć - zdobyć pożywienie czy obronić się przed wrogami (nawet szafę łatwiej przesunąć w kilka osób, niż w pojedynkę). Być może nie byłoby nas dzisiaj, gdyby nie to, że również w przeszłości łączyliśmy się w grupy. To nam zostało do dziś... Naturalnie, są chwile gdy każdy z nas potrzebuje odrobiny prywatności, chwili samotności - generalnie jednak nie potrafimy żyć zupełnie poza społeczeństwem. Praktycznie od samego początku każdy z nas bowiem przynależy do jakiejś (mniej lub bardziej formalnej) grupy, tudzież pełni różne role społeczne. Od naszej wyłącznie decyzji zależy natomiast, do której z nich przynależność formalnie zadeklarujemy.

Ratomir Wilkowski, Wilkowo 2009 r.


PRZYPISY:
1. Wolność sumienia i wyznania - Paweł Borecki http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,3243
2. Wolność zrzeszania się a inne wolności i prawa jednostki - Ada Paprocka http://www.zpc.wpia.uw.edu.pl/
3. Wyrok TK z dnia 10 kwietnia 2002 r. sygn. akt K 26/00 za Ibidem
4. Wyrok TK z dnia 27 maja 2003 r., sygn. akt K 11/03, (referendum ogólnokrajowe) za Ibidem
5. Rodzimy Kościół Polski http://www.RKP.org.pl
6. Rodzimowierca - rodzimowierczy portal informacyjno-kulturalny http://www.RODZIMOWIERCA.prv.pl
7. Rejestracja Kościoła i związku wyznaniowego - Paweł Borecki http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,2683
8. Załóż sobie Kościół - Maciej Miros http://Onet.pl
9. Ibidem

...za Smaki z Polski


Ratomir Wilkowski

Komentarzy nie ma.